Zygmunt Szatkowski - żołnierz niezłomny, który na honory od rodaków czekał pół wieku

Czytaj dalej
Fot. archiwum rodzinne Jadwigi Szymaniak
Jolanta Zielazna

Zygmunt Szatkowski - żołnierz niezłomny, który na honory od rodaków czekał pół wieku

Jolanta Zielazna

Niezwykła historia muzyka, żołnierza AK, który po wojnie został w Danii specjalistą budowy silników okrętowych.

Spotkanie rodzin Szatkowskich w parku w Solcu Kujawskim, 1938 rok. Zygmunt Szatkowski stoi pierwszy od prawej, w mundurze. Trzecia od lewej siedzi Paulina
Zbiory Jadwigi Szymaniak Zygmunt Szatkowski

Takie życie to gotowy scenariusz na film sensacyjny, i to z momentami, które będą trzymać widza w napięciu. Jego bohaterem byłby bydgoszczanin, nauczyciel muzyki, który nie zdążył rozwinąć skrzydeł w zawodzie, bo przeszkodziła mu w tym wojna. Zdobył konspiracyjne wykształcenie inżyniera, tworzył jednostki Związku Walki Zbrojnej, działał w AK.

Wskutek głupiego przypadku aresztowany przez gestapo, po torturach wysłany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie, skąd schorowany, po ewakuacji obozu, dotarł do Danii. I tam już został.

Był konstruktorem silników okrętowych, współpracował z zakładami i uczelniami w Polsce, reprezentował swoją firmę podczas międzynarodowych konferencji. Pod koniec życia odsłonił w Bydgoszczy tablicę upamiętniającą jego wojenną, konspiracyjną działalność. W miejscu, gdzie upłynęło jego dzieciństwo i młodość.

Tak z grubsza mogłyby wyglądać wypunktowane najważniejsze rzeczy ze scenariusza.

Biografia z pierwszej ręki

Zygmunt Franciszek Szatkowski swoje losy opisał w 1992 r. dla Fundacji gen. Elżbiety Zawackiej w Toruniu. Mamy więc informacje z pierwszej ręki. Jego relacja jest bazą, z której czerpałam informacje. Ale o wielu - dla niego nieistotnych - sprawach Zygmunt nie wspomniał. Pisał przecież przebieg swej drogi życiowej, a nie wspomnienia.

Za to jego kuzynka, Jadwiga Szymaniak zapamiętała wiele rodzinnych szczegółów. Pani Jadwiga z domu Szatkowska (ur. 1937) jest dr. nauk pedagogicznych w Szczecinie.

Ojciec Zygmunta - Jan Szatkowski i ojciec Jadwigi - Antoni byli rodzonymi braćmi. Ale dzieliło ich 18 lat! Jeszcze większa różnica wieku dzieliła kuzynostwo: Jadwigę i Zygmunta - ponad 20 lat. To rodzice Jadwigi byli Zygmunta rówieśnikami, z nimi utrzymywał częste kontakty. A ona, jako kilkuletnia w czasie okupacji dziewczynka, część zapamiętała, ale sporo dowiedziała się już po wojnie ze wspomnień matki, z rozmów z ojcem. Pamięta także to, co później działo się wokół Zygmunta, rozmowy dorosłych, troski.

Talent muzyczny po ojcu

Zygmunt, syn Jana Bolesława Szatkowskiego i Pauliny z Wiśniewskich, urodził się 9 marca 1914 r. w Bydgoszczy. Ciekawe, że w życiorysie dla Fundacji gen. Zawackiej podaje datę 15 marca 1915 r. Dlaczego tak zrobił? Tego już się nie dowiemy.

Swego ojca nie mógł pamiętać. Kilka miesięcy później, gdy wybuchła wojna, Jan, z zawodu muzyk, został wcielony do pruskiej armii (Bydgoszcz była przecież pod pruskim zaborem). Latem 1918 r. Szatkowski został ciężko ranny.
- Z opowiadań mamy wiem, że miał brzuch rozerwany pociskiem dum-dum. Zmarł w szpitalu w Hamburgu - mówi pani Jadwiga.
Jan spoczął na cmentarzu Hamburg-Ohlsdorf.

Paulina Szatkowska wyszła ponownie za mąż za bydgoskiego urzędnika miejskiego Antoniego Taszarskiego. Międzywojenne bydgoskie książki adresowe pokazują, że mieszkali przy ul. Grudziądzkiej 5/6.
Tymczasem Zygmunt podaje adres Grudziądzka 13.


- Zajmowali lokal w budynku, w którym była fabryka kartonów. Pamiętam to doskonale, bo wiele razy tam byłam i przez tę fabrykę przechodziłam do nich na górę - wspomina Jadwiga Szymaniak.

Fabryka mieściła się przy Grudziądzkiej 5.

Zygmunta wychowywał więc ojczym, Antoni Taszarski.
- Był bardzo dobry dla dzieci cioci Pauli z pierwszego małżeństwa - przyznaje Jadwiga Szatkowska.
Po swoim ojcu Zygmunt odziedziczył zdolności muzyczne. Gry na skrzypcach uczył się od 6. roku życia. Zamiast do szkoły powszechnej poszedł do szkoły ćwiczeń Państwowego Seminarium Nauczycielskiego. W tymże seminarium w 1933 r. zdał maturę.

Swoją przyszłość wiązał z muzyką. Bo równolegle, od roku 1930, uczył się w Miejskim Konserwatorium Muzycznym pod kierunkiem Zdzisława Jahnke (Jahnke, mimo pracy w Poznaniu, nauczał także w bydgoskim Konserwatorium). Grał nie tylko na skrzypcach, także na fortepianie.

Młody nauczyciel uczył muzyki w Państwowej Szkole Przemysłowej w Bydgoszczy i zdobywał kolejne stopnie nauczycielskiego i muzycznego wykształcenia, by latem 1939 r. bardzo dobrze zdać egzamin uprawniający do nauczania muzyki i śpiewu w szkołach średnich i seminariach nauczycielskich.

Wcześniej jednak studia musiał przerwać. Upomniało się o niego wojsko. Rok był w Szkole Podchorążych Rezerwy przy 62. pułku piechoty. 22 września 1938 r. prezydent Ignacy Mościcki podpisał patent oficerski - Zygmunt Szatkowski został podporucznikiem rezerwy.
"Po drodze" było jeszcze harcerstwo i praca w Radzie Artystyczno-Kulturalnej w Bydgoszczy.

Ucieczka z niewoli

Ale przyszedł sierpień 1939 i zamiast przygotowywać się do nowego roku szkolnego, ppor. Szatkowski został zmobilizowany do 82. pułku piechoty w Brześciu nad Bugiem. W Samodzielnej Grupie Operacyjnej "Polesie" pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga walczył do ostatniej bitwy pod Kockiem. Trafił do niemieckiej niewoli, uciekł, wrócił do domu.

Po ucieczce z niewoli musiał się zgłosić na gestapo. Dostał przepustkę, został już w Bydgoszczy, na Grudziądzkiej.
Jako że był obowiązek pracy, od 1940 r. pracował w niemieckiej firmie budowlanej Holzman AG. Biuro techniczne było w Emilianowie i tam dojeżdżał. Holzman AG wykonywało wiele różnych prac dla Dynamit Aktien Gesellschaft Nobel Fabrik Bromberg - fabryki materiałów wybuchowych.
Niemcy zaczęli wznosić ten kompleks tuż po wybuchu wojny. W Emilianowie Holzman budował dla DAG elektrownię, kotłownię, wiele podziemnych elementów budowli chemicznych. Rozbudowywał także dla niemieckiej kolei dworzec Bydgoszcz-Wschód, mosty kolejowe, naprawiał tory.

Właśnie w Emilianowie Szatkowski spotkał inż. Stańczyka - budowniczego portu w Gdyni. Dzięki niemu Zygmunt na konspiracyjnych wykładach zdobył wykształcenie w zakresie budowy mostów i konstrukcji żelbetonowych. Mimo że był muzykiem, drzemał w nim chyba także talent techniczny, który teraz się rozwijał. W 1943 r. firma Holzman wysłała Zygmunta do Królewca na kurs inżynierów kontrolnych żelbetonu w tamtejszym instytucie doświadczalnym.

Konspirował od początku

Praca u Holzmana pozwalała na swobodne poruszanie się w terenie. Dla Zygmunta było to bardzo ważne. Działał już w konspiracji.

Z propozycją rozpoczęcia pracy konspiracyjnej (Związek Walki Zbrojnej) zwrócili się do Szatkowskiego wykładowcy ze szkoły podchorążych już pod koniec 1939 r. Pisze o tym w swoim życiorysie przekazanym Fundacji gen. Zawackiej.
Znał ludzi, środowisko. Nie odmówił. W garnizonie bydgoskim tworzył komórki organizacji, wywiadu, łączności, mikrofotokopii, oddział sanitarny. Najpierw działał w ZWZ, potem w AK.
Nawiązał kontakty z dowództwem Pomorskiego Okręgu ZWZ i AK: płk. Rudolfem Ostrihanskim, szefem sztabu mjr. Józefem Chylińskim. Dla podwładnych Zygmunt został "Wiesławem", dla szefów był "Grzmotem".
Dostał zadanie zjednoczenia komórek politycznych i z wielką ostrożnością komórek wojskowo-konspiracyjnych na Pomorzu. Jego zadaniem było również rozbudowanie zaplecza bezpieczeństwa, schronisk w Borach Tucholskich, terenu do zrzutów.

I właśnie z okresu wojny pochodzą pierwsze osobiste wspomnienia Jadwigi Szymaniak o kuzynie Zygmuncie.
Do Solca Kujawskiego, gdzie mieszkali rodzice Jadzi, przyjeżdżał często.
- Był u nas bardzo lubiany - wspomina pani Jadwiga. - Przyjeżdżał i grał na fortepianie. Pięknie grał. Mieliśmy fortepian, bo mama też uczyła się muzyki.

Zygmunt przyjeżdżał jednak głównie do ojca Jadwigi, Antoniego, czyli swego wuja. Obaj często jeździli rowerami do lasu, spacerowali nad Wisłę.
Gdy Jadwiga była już dorosła dowiedziała się od ojca, że rozmawiali wtedy o konspiracji.
- Ojciec żałował, że nie dał się namówić do konspiracji - wspomina pani Jadwiga. Ale bał się. Miał dzieci, nie chciał rodziny narażać. A Zygmunt tkwił w konspiracji.

Mimo wojny Szatkowski o muzyce nie zapomniał. O pracy kulturalnej - także. Wspólnie ze znajomymi (m.in. skrzypkiem Franciszkiem Kaźmierczakiem, tenorem Adolfem Dachterą, organistą Masłowskim z kościoła św. Trójcy) grali polską muzykę, śpiewali polskie pieśni. Robili tak w kościele klarysek, Matki Boskiej Nieustającej Pomocy na Szwederowie, Świętej Trójcy i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
Szczęśliwie udało im się prowadzić te działania bez wpadki.

Wpadł razem z szefem

W czerwcu 1942 r., gdy aresztowany został por. Jasiński, pierwszy komendant inspektoratu AK w Bydgoszczy, zastąpił go Zygmunt Szatkowski. Za zasługi w pracy konspiracyjnej zostały doceniony przez zwierzchników. W 1943 r. dowódca okręgu AK odznaczył "Grzmota" Złotym Krzyżem Niepodległości z Mieczami.

Wsypy zaczęły się w marcu 1944 r. Najpierw Toruniu, potem w Bydgoszczy. Zdradzone zostało miejsce zamieszkania szefa wywiadu Józefa Eichstaeda. Gestapo wpadło po niego 25 marca, akurat wtedy, gdy był u niego Szatkowski i obaj zastanawiali się, co dalej. Następnego dnia aresztowany został też ojczym Zygmunta, Antoni Taszarski. Bo i on konspirował.
W mieszkaniu Taszarskich przy ul. Grudziądzkiej gestapo przeprowadziło rewizję. Sprawdzona została każda książka z obszernej biblioteki i odłożona na stół, rozciągnięte zostały stoły w pozostałych pokojach. Niczego nie znaleziono.

Tymczasem podrobione niemieckie pieczątki, blankiety ausweissów ukryte były w stole, na który Niemcy odkładali książki. Tego stołu, szczęśliwie, Niemcy nie sprawdzili. Za to w ich ręce wpadła teczka szefa sztabu Józefa Chylińskiego, a w niej dokumenty o przyznaniu Szatkowskiemu Krzyża Niepodległości. To wystarczająco obciążyło aresztowanego.

Więzień Stutthof

"Grzmota" torturowano na bydgoskim gestapo prawie pół roku. Nikogo nie wydał. We wrześniu 1944 r., razem ze swoim ojczymem, trafił do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Otrzymał numer 80087. Był wycieńczony, ledwo przeżył.
Trafił do rewiru chorych, później do baraku dla gruźlików.

- Mama kilka razy posyłała Zygmuntowi paczki do Stutthofu - wspomina pani Jadwiga. - Pomagała mamie szkolna koleżanka, Helena Wenzlaw. Ona pracowała na poczcie i jakoś te paczki przemycała między innymi przesyłkami.
Co można było wysłać, kiedy samemu niewiele się miało? Posyłali do obozu cebulę - w tamtych warunkach rzecz bardzo cenna. - Ciocia Paula mówiła, że Zygmunt nauczył się jeść cebulę jak jabłko - wspomina Jadwiga Szymaniak. Po latach Zygmunt dziękował jej mamie za te przesyłki.

Zygmunt musiał być człowiekiem o ogromnej sile woli. Słaby i chory, na święta Bożego Narodzenia 1944 r. z rewiru chorych zebrał muzykalnych więźniów, skompletował 8-osobowy chór, napisał kolędę i przygotował potajemną pasterkę.
W kwietniu 1945 r., podczas ewakuacji obozu, zginął Antoni Taszarski. Zygmunt, ciągle słaby i wycieńczony, wraz z kilkoma tysiącami, chorych zostaje załadowany na barki. Nie raz śmierć zaglądała im w oczy podczas kilkutygodniowego dryfowania po Bałtyku, ostrzeliwali ich Rosjanie, próbowali utopić SS-mani.

5 maja weszli do maleńkiego duńskiego portu Klintholm Havn na wyspie Moen. Tam już więźniami zaopiekowała się podziemna duńska organizacja i Duński Czerwony Krzyż.

W Danii znalazł dom

Zygmunt, u którego stwierdzono gruźlicę, wiele miesięcy przebywał w duńskich sanatoriach.
Szybko wrócił do społecznikowskiej pasji. Najpierw dla polskich uchodźców zorganizował kurs kreślarski, potem założył związek byłych więźniów Stutthofu, a wreszcie Związek Uchodźstwa Polskiego w Danii.

W październiku 1947 r. został przyjęty do firmy Burmeister&Wein, budującej okręty i silniki okrętowe; został inżynierem w biurze konstrukcyjnym silników okrętowych dużej mocy.

Gdy na początku lat 60. Burmeister&Wein rozpoczął współpracę z zakładami Cegielskiego w Poznaniu i Stocznią Gdańską, Szatkowski nawiązuje kontakt z tamtejszymi inżynierami. Staje się specjalistą budowy silników okrętowych (specjalizował się w ulepszaniu silników Diesla), jako przedstawiciel B&W jeździ na zjazdy naukowe do Warszawy, Poznania, Gdańska, Anglii, Norwegii.

Będąc w kraju, odwiedza bliskich, jednak na stałe do Polski nie wrócił. W Danii założył rodzinę. Synowi dał na imię Jan Erik. Można w ciemno założyć, że chłopak dostał to imię na pamiątkę swojego dziadka Jana, który zmarł w 1918 r. Na emeryturę odszedł w 1981 r., gdy skończył 67 lat.

8 maja 1995 r. przy ul. Grudziądzkiej na murze dawnego budynku "Telfy", a obecnie Urzędu Miasta, Zygmunt Szatkowski odsłonił tablicę pamiątkową.

Dwa lata później, 17 kwietnia 1997 r. zmarł w Danii. Tam jest pochowany.


Zygmunt Franciszek Szatkowski
Create your own infographics

Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.