Znani ściągani z piedestału [audio, zdjęcia]

Czytaj dalej
Fot. Jolanta Zielazna
Jolanta Zielazna

Znani ściągani z piedestału [audio, zdjęcia]

Jolanta Zielazna

Ksiądz-poeta miał swoje słabości, malarz - poczucie humoru. Jako zwykłych ludzi pokazuje ich Magda Grzebałkowska.

Beksińscy to zwykli ludzie z problemami?
Moim zdaniem tak. No, może nie tacy zwykli dlatego, że jeden - Zdzisław - był znanym malarzem, a drugi - Tomasz, jego syn - znanym dziennikarzem. Ale poza tym nic niezwykłego, ja przynajmniej, nie znajduję.

Patrząc na obrazy Zdzisława, słuchając audycji i muzyki Tomka nie jestem pewna, czy były takie „zwykłe”.
Zależy, co pani ma na myśli, mówiąc o zwykłości, niezwykłości. Wydaje mi się, że ta niezwykłość to w większości były maski, szczególnie w przypadku Tomka. Maski jakiegoś wampira, księcia ciemności. On nie był taki na co dzień i na pewno nie czuł się takim człowiekiem. Zdzisław zaś nie lubił interpretowania jego obrazów. Niektórzy z jego przyjaciół twierdzą, że nie chciał zaglądać w głąb siebie, analizować, dlaczego tak maluje.

Trudno było się przebić do ich wnętrza, żeby stwierdzić, że to są zwykli ludzie, wrażliwi, spragnieni miłości, samotni, jak pani pisze.
Trudno jest zrozumieć człowieka, którego nie poznałam. Układam jego obraz na podstawie tego, co inni mi powiedzieli. Z Beksińskimi było o tyle łatwiej, że czuli ogromną konieczność pisania listów, to był wręcz przymus. Został po nich olbrzymi materiał, trudnością było raczej to wszystko ogarnąć i wybrać, co ważniejsze. Mam nadzieję, że chociaż trochę się udało, bo ludzie, którzy Beksińskich znali, w większości mówią, że widzą ich w mojej książce żywych, takich, jacy byli.

Magda Grzebałkowska o książkach:

Co panią zainspirowało, żeby zająć się tą rodziną?
Wydawnictwo spytało, czy chciałabym napisać książkę o Beksińskich? Wcześniej napisałam o księdzu Twardowskim i już nie chciałam pisać żadnej książki. Podrzucali mi różne tematy, odmawiałam. Aż któregoś razu zapytali o Beksińskich. I wtedy zachciałam. Poczułam, że to jest ciekawy temat, chociaż nigdy ani nie fascynowałam się malarstwem Zdzisława ani nie byłam słuchaczką audycji Tomka Beksińskiego.

Pierwszy został zamordowany, drugi popełnił samobójstwo. Jest odium tajemnicy, fatum. Tak mi się wydawało, ale bardzo szybko się przekonałam, że fatum to bzdura.

Ze względu na osobowość obu Beksińskich nie była to praca trudna psychicznie?
Właśnie nie, a dużo ludzi pyta, jak to zniosłam psychicznie? To była zwykła reporterska robota, ogrom materiału, nie było czasu rozczulać się czymś strasznym. Trudny psychicznie był dla mnie do napisania „1945” („1945 Wojna i pokój”- dop. jz), Beksińscy byli bardzo trudni fizycznie i organizacyjnie.

Dlaczego?
Ze względu na terminy, ogrom materiałów. To jednak jest biografia podwójna, co się rzadko zdarza. I Tomek był pełnokrwistym, pełnowartościowym bohaterem, i Zdzisław. Z drugiej strony - chyba nie dałoby się napisać tylko o Tomku, bo i tak by Zdzichu wychodził. Tak samo nie dałoby się tylko o Zdziśku. Oni byli ze sobą tak połączeni, jak yin i yang, jak kula śniegowa.

Nie powinna być to biografia potrójna? Przecież jest jeszcze Zofia - żona Zdzisława, matka Tomasza.
Zosia tak się schowała w cieniu Zdzisława i Tomasza, że niczego więcej nie udało mi się dowiedzieć. W książce jest wszystko, co o niej wiem.

Znajomi, którzy czytali biografię Beksińskich mówili, że książka wykończyła ich psychicznie. Odchorowali, musieli czytać fragmentami, inaczej się nie dało.
A tak! Jestem przekonana, że gdybym czytała, też bym się rozpadła psychicznie, ale ja się w ogóle nad tym nie zastanawiałam. Poza tym, mając taki ogrom materiału, widziałam też wesołe momenty. Zdzisław Beksiński mimo wszystko był dla mnie bardzo dowcipnym i wesołym człowiekiem. Jego listy, które czytałam były i tragiczne, i smutne, ale 3/4 listów było pisanych z poczuciem humoru! Gombrowiczowszczyna widoczna w jego listach wszystko łagodziła.

Oceny postaci zostawia pani czytelnikom.
Staram się. W „1945” mniej, natomiast w Beksińskich - tak. Nie byłam i nie będę słynnym malarzem, nie byłam i nie będę słynnym dziennikarzem radiowym, nie miałam takiej depresji, żeby próbować popełnić samobójstwo, więc trudniej mi zidentyfikować się z Beksińskimi. Łatwiej spojrzeć na nich z zewnątrz. „1945” dotyczy mnie osobiście, każdego z nas dotyczy. To większe emocje. Jeśli żyjemy tu i teraz, to znaczy, że ktoś z naszych bliskich żył w roku 1945. Z tymi bohaterami łatwiej się zidentyfikować.

Zanim napisała pani Beksińskich portret podwójny był „Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego”. Im bardziej niejednoznaczna osoba, im bardziej wymykająca się ocenom, tym dla biografisty lepiej?
Hmmm... Pewnie tak, wtedy postać jest ciekawa. Ale decydując się na napisanie tych książek, nie wiedziałam, że oni tacy będą!
Bardziej mogłam spodziewać się tego po Beksińskich, bo z nimi jest tak, że co człowiek to interpretacja, każdy widzi ich inaczej, każdy po swojemu rozpoznaje i to jest fantastyczne. Ale nie myślałam, że ksiądz Twardowski będzie niejednoznaczny! Na początku bałam się, że spotkam się tylko z hołdem dla niego, ale okazało się, że tak nie jest.

Poznała pani księdza osobiście?
Też nie! Ludzie, którzy go znali, a z którymi rozmawiałam podczas prac nad książką, robili mi z tego zarzut. Ksiądz Twardowski miał charyzmę, ja tego nie doświadczyłam, więc jak mogę o nim napisać?! Po czasie okazało się, że to dobrze, że go nie znałam. Inaczej nie napisałabym pewnych rzeczy, które napisałam. Inni, którzy o księdzu pisali, mówili mi rzeczy, których im nie wypadało napisać, bo chcieli być lojalni wobec księdza.

Nie chcieli go krytykować?
Nie chcieli go - w jakimś sensie - zdradzać. Chcieli zostać lojalni, a wiedzieli, że ja księdza nie znałam, więc nie muszę być lojalna. I wcale nie mówili jakichś strasznych rzeczy!

Przytacza pani zapiski z teczki księdza w IPN. Wątpliwości, które się nasuwają, równoważy wypowiedź prof. Wojciecha Polaka.
Wydawało mi się, że tak trzeba. Czytam teczkę i nie mam absolutnie żadnych narzędzi, by stwierdzić prawda czy nieprawda? Prof. Polak specjalizuje się w teczkach księży. Nie jechałam do niego z nastawieniem, że jeśli powie, że ks. Twardowski współpracował z SB, to tego nie napiszę. Napisałabym. Jechałam w ciemno, a wtedy już bardzo lubiłam księdza i bardzo nie chciałam, żeby okazał się TW. Na szczęście się nie okazał.

Kto wpadł na pomysł napisania książki o księdzu Twardowskim? Pani?
Nie, ja w ogóle nie myślałam o pisaniu jakiekolwiek książki! Wydawnictwo Znak spytało mnie, czy chciałabym napisać o nim książkę? O matko! Nie mam z nim nic wspólnego. Nigdy jego wierszy nie czytałam, nie przepadałam za jego postacią. Denerwował mnie, bo pod koniec życia zrobiono z niego precelebrytę kościelnego. Ale pomyślałam, że ludzie nie są jednoznaczni. Znałam go jako dziadziusia w peruczce z programu „Ziarno”. Jaki był wcześniej? Jak to w ogóle jest być księdzem i poetą? To mnie zaciekawiło. Chciałam dowiedzieć się, jaki on tam od środka jest, poskrobać to złotko. Bo każdy jest tylko człowiekiem. Król, gdy zamknie drzwi do swego mieszkania - zdejmie koronę, marszałek odłoży berło, ksiądz zdejmie sutannę. I zostaje człowiek. Mnie strasznie ciekawi, jaki jest ten człowiek?

To są biografie, które „odbrązowiają” ludzi.
Uwielbiam to! Bardzo lubię anglosaską biografię, ponieważ oni ściągają człowieka z piedestału i zakładają mu szlafrok. Ktoś inny tak to określił, nie ja. To nie oznacza, że pozbawia się bohatera godności. Trzeba go szanować i być jego adwokatem, szczególnie kiedy już nie żyje.

Wspomniała pani wcześniej, że praca nad ostatnią książką „1945 Wojna i pokój” była bardziej wyczerpująca psychicznie niż Beksińscy. Dlaczego?
Gdy czytałam albo słuchałam o losach ludzi, którzy z Kresów, w strasznych warunkach byli wywożeni na Ziemie Zachodnie, to każda z rodzin, która była w tych wagonach, miała twarz mojej rodziny. Ja się z nimi bardzo identyfikowałam, bo moja rodzina jest spod Lwowa. Gdy pisałam o dzieciach żydowskich z domu dziecka - wszystkie miały twarz mojego dziecka. Niemcy w obozie pracy w Łambinowicach - siłą rzeczy ja byłam tą matką, która trafia do obozu.
Łatwiej mi było zidentyfikować się z nimi niż z księdzem albo z malarzem.


Magdalena Grzebałkowska (ur. 1972) dziennikarka "Gazety Wyborczej", reportażystka, z wykształcenia historyk. Napisała biografię księdza Jana Twardowskiego "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego", "Beksińscy. Portret podwójny" oraz w ubiegłym roku "1945 Wojna i pokój").

Zdzisław Beksiński (1929-2005) - artysta fotograf, rzeźbiarz, malarz i rysownik. Pod koniec życia zajął się też grafiką komputerową. Brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu. W Galerii Miejskiej BWA w Bydgoszczy do niedzieli czynna jest wystawa jego prac.

Tomasz Beksiński (1958-1999) dziennikarz muzyczny, prezenter radiowy, tłumacz języka angielskiego. Prowadził m.in. audycje "Trójka pod księżycem". W 1999 roku w wigilię popełnił samobójstwo.
Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.