Żeby kolo w Nowym Roku przemówił ludzkim głosem

Czytaj dalej
Fot. Krzysztof Kapica
Andrzej Plęs

Żeby kolo w Nowym Roku przemówił ludzkim głosem

Andrzej Plęs

Przestajemy rozumieć i pojmować, zaczynamy kumać bazę, czyli zaj...ste refleksje prof. dr. hab. Kazimierza Ożoga o naszym współczesnym spiczu i jego wkur...ce prognozy, że nie wszystko z naszą komunikacją jest spoko. A będzie gorzej.

- Kuma pan psor jeszcze bazę, o co kaman z tym spiczem?
- Gdyby pan zechciał dookreślić, o które z zagadnień języka pan pyta...

- Esemesy, emotikony, lapidarność e-maili. To wszystko zabija nam język czy wzbogaca?
- Rewolucja informatyczna, wspaniała skądinąd, spowodowała, że przeciętny Polak oderwał się od czytania książek, bo to trudne, żmudne i wymaga wysiłku. Otóż rewolucja informatyczna zrewolucjonizowała nam i język. Wielowiekowa kultura pisma odchodzi, nadchodzi kultura obrazków i nowej piśmienności elektronicznej. A ileż treści da się zawrzeć tylko w obrazkach? W obcowaniu z książką było pewne misterium: ja i książka, i nic więcej. W obcowaniu z tekstem inter- netowym jestem ja, tekst, a przy okazji jeszcze lawina reklam, bodźców dźwiękowych, zachęt graficznych, odnośników, rozpraszająca uwagę tęcza kolorów. Mało kto jest w stanie skupić się na tekście, toteż tekst ma być krótki. I język też musi być „krótki”, czyli prosty. Na ogół to hybryda słowa pisanego, mówionego, obrazu, dźwięku. Zjawisko - o zgrozo! - sięga głębiej: zanika umiejętność pisania odręcznego, do życia wystarcza klawiatura. A jeśli próbuje się jednak używać pióra czy długopisu, to nierzadko popełnia się kardynalne błędy. Składniowe, interpunkcyjne, ortograficzne... Program komputerowy krzyknie nam, że błąd, pisząc odręcznie - nie mamy takiego korektora. Bo piszemy, tak jak mówimy, a mówimy... tak jak mówimy. Obawiam się, że temu nie postawimy już tamy.

- Upraszczamy język może nie z wygodnictwa, tylko dlatego, że świat stał się tak skomplikowany, że próbujemy porządkować go sobie prostymi słowami. Żeby zrozumieć.
- Jest w tym sens. Boimy się tego, czego nie potrafimy nazwać. A nazywając, oswajamy, czynimy mniej strasznym. Nie jesteśmy w stanie pojąc miliardów znaków rzeczywistości, toteż pomagamy sobie, nazywając je krótko i prosto. A że przy okazji kaleczymy język...

- Kaleczymy też nasze postrzeganie rzeczywistości. Bo prosto nazywamy rzeczy skomplikowane.
- Niegdyś mieliśmy w języku: tworzenie, zastosowanie, przystosowanie, użytkowanie, uruchomienie. Teraz jest uniwersalna aplikacja, która zastępuje wszystkie te słowa i wiele innych. Nie ma pan pojęcia, jak pojemne może być określenie „projekt”. My obaj też możemy być projektami, jeśli nas tylko umieścić w stosownym kontekście. „Przepraszam” odchodzi do lamusa, królują „sorki” albo „sorewicz”. Jeden z moich studentów napisał w pracy dlaczego: „Przepraszam” niesie w sobie ładunek poczucia winy i skruchy, deklarację poprawy, gest uniżoności. A „sorki” niczego z tego nie niosą. I student wytłumaczył: po co mi się kajać i upokarzać przeprosinami; niezobowiązujące „sorki” załatwią sprawę. Współczesna komunikacja jest albo nadmiernie emocjonalna, albo wręcz przeciwnie - intuicyjnie unika emocjonalności.

- Profesor Jan Miodek zaszokował tezą, że gdyby nagle znikło najpopularniejsze w polszczyźnie słowo na „k”, to wielu z nas przestałoby się komunikować.
- A ja w swojej książce „Kokakola jest spoko” podkreślam, że od biedy możemy się wyrazić za pomocą sześciu słów, bogatej polskiej fleksji i jakich takich umiejętności słowotwórczych. Zrobiliśmy sobie jajecznicę? Nie! „Wkur...śmy 15 jaj na patelnię, a potem wszystko wjeb...śmy”. I dokładnie coś takiego usłyszałem na korytarzu Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego z ust studenta polonistyki. Młody człowiek był mocno zdziwiony, że na to zareagowałem. Czego ja chcę, czego się czepiam?!

Miewa pan poczucie, że broni reduty, która została utracona i odzyskana nigdy nie będzie?
- Myśli pan pewnie o reducie piękna języka polskiego. Już nie bronię reduty, podkreślam tylko, że to jest piękna reduta. I że warto byłoby, gdybyśmy się nią poważniej interesowali, bo wyraża każdego z nas, grupę, naród. Owszem, dzisiejszy język też wyraża nas samych i naród cały, i na to też staram się zwracać uwagę. I zamierzam ciągle walczyć o polszczyznę - ładną, poprawną, barwną, bogatą w słowa. Dawno temu, w szkole jeszcze, pani wymagała od nas, by w pracach pisanych zawierać jak najwięcej przymiotników. I z tego bogatego świata przymiotników niewiele zostało, bo ledwie kilka nam już wystarcza. Coś jest albo nie jest „zaj...ste”. W jednym z programów telewizyjnych jurorka konkursu dla wokalistów oceniła uczestnika: „twoje śpiewanie jest spoko, tylko za totalnie rzucasz herami”. Młody człowiek dowiedział się czegokolwiek o swoim wykonaniu? Więcej dowiedział się o swoich włosach.

- Współczesny język chyba nic dobrego o narodzie nie mówi.
- Nic na to nie poradzimy, możemy tylko grzmieć. Jako członek Rady Języka Polskiego obserwuję te zmiany. Możemy mówić, że takich mamy polityków, jaki mamy lud i że jaki mamy lud, taki mamy język. A ten język wyraża chaos współczesności z jej konsumpcjonizmem, rewolucją informatyczną, wszechobecnymi mediami, inwazją przekazów reklamowych. W potocznej polszczyźnie to wszystko istnieje naraz. I nie tylko potocznej, ten chaos przeniósł się do chronionych do tej pory światów. Porównuję prace magisterskie moich studentów sprzed 25 lat z pracami moich obecnych magistrantów. W tamtych były zdania ładne, wielokrotnie złożone, teza była udowodniona, wniosek wyłuszczony, świetne operacje na tekście. Dziś pracę pisze się często metodą „kopiuj i wklej”, zdania proste, absolutna monotonia.

- Ubożejący język skazuje nas na coraz większe trudności we wzajemnym zrozumieniu?
- Kiedy Konfucjusza zapytano, od czego zaczynałby reformę państwa, odpowiedział, że zacząłby od reformy języka i przypomnienia, ustalenia znaczenia podstawowych słów. Bo już teraz w różny sposób rozumiemy znaczenie tego samego słowa. Rozmycie znaczenia słów to efekt procesów medialnych. Na witrynie krakowskiego sklepu zauważyłem hasło reklamowe: „Mamy ekstremalnie niezawodne komputery”. Do tej pory sądziłem, że coś jest po prostu niezawodne, i koniec. Okazuje się, że niezawodny niekoniecznie jest niezawodny, czyli może być zawodny. A skoro tak, to „niezawodniejszy” od niego jest ekstremalnie niezawodny. Reklama spowodowała, że słowa tracą swoje znaczenie. Dobry wcale nie musi znaczyć, że dobry. Gwiazd mamy już bez liku i nie sztuka być gwiazdą, toteż prócz gwiazd mamy jeszcze megagwiazdy, absolutne megagwiazdy, supergwiazdy. Konfucjusz miał rację: potrzeba nam przywrócić właściwe znaczenie słów, bo to samo zaczynamy rozumieć w różny sposób, a to utrudnia wzajemne zrozumienie. Szczególnie jeśli słowo jest zmanipulowane, używane w różnych kontekstach. Biedny człowiek, który nie czyta, któremu obca jest refleksja nad tym, co i jak mówi, co i jak słyszy - taki człowiek ma prawo czuć się zdez- orientowany. I taki jest znacznie łatwiejszy do zmanipulowania.

- Jak będzie wyglądała literatura piękna XXII wieku? I czy w ogóle będzie wyglądała?
- Powstrzymuję się od prognoz, od kiedy w 1960 roku zadano nam w szkole podstawowej zadanie, jak będzie wyglądał świat w roku 2000. Napisałem, że do szkoły każde dziecko będzie sobie latać helikopterkiem. Są gimbusy; to jednak nie to samo. Inne moje prognozy też się nie zrealizowały, to powiedziałem sobie: żadnych prognoz więcej. W XXII wieku literatura piękna będzie, bo jednak człowiek musi dawać ekspresję samego siebie przez teksty. Nie mam pojęcia jaka, ale można dostrzec pewne tendencje: coraz mniej w literaturze języka literackiego, coraz więcej języków środowiskowych, wulgaryzmów, potocyzmów, kolokwializmów. Języka, który jest na ulicy, a nie języka, który jest sztuką słowa. Na polonistyce uczono nas niegdyś, że dzieło literackie daje przeżycie estetyczne, pewien stan uniesienia. Trudno się unosić estetycznie, słuchając współczesnej polszczyzny powszechnej. Można się, co najwyżej, oburzyć, zdziwić, poczuć niesmak.

- Jaka będzie polszczyzna XXII wieku?
- Środowiskowa. Grupy zawodowe będą miały swój język, swój - grupy społeczne i inne. Język będzie się specjalizował. Ważne, żeby pozostało językowe uniwersum, którym każdy z każdym będzie się mógł porozumieć. I tu bardzo ważna rola szkoły: nie drożdżówki i sól są najważniejsze. Najważniejsze powinno być także kultywowanie i nauka polszczyzny. Żeby dwunastolatek do rówieśnika mógł na przerwie szkolnej powiedzieć: „nara, czaj, kolo, bazę kumaj”, ale żeby po szkole potrafił porozmawiać z babcią, która wciąż jeszcze uparcie posługuje się wysoką polszczyzną i „nie kuma bazy”.

Autor: Andrzej Plęs

Andrzej Plęs

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.