Zawał bez uniesienia. Za to z dużymi emocjami

Czytaj dalej
Fot. archiwum Polska Press
Hanka Sowińska

Zawał bez uniesienia. Za to z dużymi emocjami

Hanka Sowińska

Lekarka ze szpitala w Nakle szukała pomocy dla pacjentki z niepełnościennym zawałem serca. Trzy bydgoskie szpitale odmówiły. Przyjął czwarty.

- Nie chodzi o to, by robić zadymę. Zdecydowałam się opowiedzieć tę historię, by uczulić lekarzy, a przede wszystkim ostrzec tych, którzy mają problemy kardiologiczne - zapewnia Romana Skwarczek z Nakła. - Mój przypadek pokazuje, że mimo funkcjonowania tylu specjalistycznych ośrodków pacjent może nie doczekać fachowej pomocy. I tak miałam szczęście, bo w końcu trafiłam do szpitala wojskowego. To była jedyna placówka, która nie odmówiła pomocy.

„Silny ból za mostkiem dopadł mnie w kościele”

Była niedziela, 21 lutego. Pojechała z mężem do kościoła na wieczorną mszę.

- Ponad pięć lat temu miałam pierwszy zawał, więc gdy tylko pojawił się silny ból za mostkiem, wystąpiły mdłości i poty, wiedziałam, że to serce. Prosto z kościoła mąż zawiózł mnie do poradni świadczącej nocną pomoc medyczną - mówi.

Wynik wykonanego w przychodni elektrokardiogramu był na tyle niepokojący, że lekarz skierował pacjentkę do izby przyjęć w nakielskim szpitalu.

- Pobrano mi krew do badania w celu stwierdzenia poziomu troponiny i enzymu sercowego CK-MB. Wyniki nie były złe, dlatego pani doktor powiedziała, że za trzy godziny badania zostaną powtórzone - relacjonuje mieszkanka Nakła.

Wyniki kolejnych badań były zdecydowanie gorsze.

Z relacji naszej Czytelniczki wynika, że opiekująca się nią lekarka postanowiła szukać miejsca w bydgoskich szpitalach, w których jest kardiologia interwencyjna (takie oddziały ma „Biziel”, „Jurasz”, szpital miejski oraz wojskowy).

„Żeby mi tu nie umarła”

- Byłam obok, więc słyszałam, co pani doktor mówiła. Relacjonowała mi też to, co usłyszała w kolejnych szpitalach. Albo nie było miejsca, albo kazali przetrzymać mnie do rana w nakielskim szpitalu - mówi.

Dopiero w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym lekarka usłyszała, że pacjentka ma przyjechać, że już szykują zespół.

- Słyszałam, jak pani doktor podawała rozpoznanie, wiek. Powiedziała, zacytuję: „Żeby mi tu nie umarła”. Mąż chciał mnie zawieźć do Bydgoszczy, ale to nie był dobry pomysł. Przywiozła mnie karetka.

Pani Romana trafiła na oddział kliniczny kardiologii inwazyjnej. - Zrobiono mi koronarografię. Z dwóch stentów, które miałam implantowane ponad pięć lat temu, jeden się zamknął całkowicie, drugi w 95 procentach. Miałam założony balonik, a po dwóch dobach opuściłam szpital.

„Pierwszy raz tyle szpitali odmówiło”

Tego wieczoru dyżur w Nowym Szpitalu w Nakle miała lek. med. Luiza Głuszek-Orzechowska, internista.

- Badania wykazały ewidentny wzrost wartości wskaźników martwicy mięśnia sercowego - była dynamika narastania enzymu troponiny. Do tego dochodziły silne objawy bólowe. Z zapisu EKG wynikało, że jest to niepełnościenny zawał. Mimo to uznałam, że pacjentka wymaga interwencji w trybie pilnym.

Dlatego chwyciła za telefon i zadzwoniła: do szpitala na Kapuściskach (usłyszała, że mają komplet pacjentów), do Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 (też nie mieli wolnych miejsc) i do „Jurasza”.

- Tam powiedzieli, żeby przyjechała rano, że nie teraz. Z kolei w „Bizielu” poradzili, żeby przetrzymać pacjentkę w naszym szpitalu i robić badania co dwie godziny - relacjonuje Luiza Głuszek-Orzechowska.

„Nie było stanu zagrożenia życia”

Lekarka zapewnia, że w dotychczasowej praktyce nigdy nie spotkała się z tak „kompleksową” odmową przyjęcia chorego w sytuacji, gdy badania potwierdzały, iż coś się niedobrego dzieje z sercem. Tym bardziej że w tym przypadku chodziło o pacjentkę, która zawał już miała.

- Taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy - mówi.

Czy w nocy z 21 na 22 lutego w Szpitalu Uniwersyteckim nr 1 im. dr. Jurasza nie było miejsca na oddziale kardiologii interwencyjnej? - Faktycznie, wszystkie łóżka były zajęte. Trzeba pamiętać, że trafiają do nas pacjenci z całego województwa - podkreśla Marta Laska, rzeczniczka prasowa szpitala.

Przypomina, że w postępowaniu z pacjentami, u których wystąpił zawał serca, obowiązują ścisłe standardy. - W tym przypadku nie mogło być stanu zagrożenia życia.

Przypadek pani Romany opowiedzieliśmy prof. Aleksandrowi Gochowi, konsultantowi wojewódzkiemu w dziedzinie kardiologii. - To był na pewno zawał typu ostry zespół wieńcowy bez uniesienia odcinka ST, bo inaczej nie byłoby żadnej dyskusji, jeżeli zagrożone byłoby życie pacjentki. Ostateczną ocenę mogę wydać po zapoznaniu się z dokumentacją medyczną.

Hanka Sowińska

Zawodowe zainteresowania: zdrowie, medycyna, organizacja ochrony zdrowia, historia medycyny; historia ze szczególnym uwzględnieniem najnowszych dziejów Bydgoszczy; udział w pracach różnych gremiów, których zadaniem jest ocalenie tego, co prof. Gerard Labuda nazywał "strumieniem wieków".

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.