Maria Mazurekm.mazurek@gk.pl

Z tej podróży wrócili inni

Elżbieta i Andrzej Lisowscy, dziennikarze oraz podróżnicy. 8 sierpnia, gdy byli w Kambodży, spaliło się ich mieszkanie w Krakowie. Fot. Katarzyna Prokuska Elżbieta i Andrzej Lisowscy, dziennikarze oraz podróżnicy. 8 sierpnia, gdy byli w Kambodży, spaliło się ich mieszkanie w Krakowie.
Maria Mazurekm.mazurek@gk.pl

Jednego dnia zostali obrabowani w podróży i, w wyniku pożaru mieszkania w Krakowie, stracili dorobek życia. Elżbieta i Andrzej Lisowscy wrócili z tej podróży inni. I jeszcze szczęśliwsi.

We wschodnich filozofiach ogień oznacza: odrodzenie, przemianę, nowy początek. Oczyszcza, ustanawia inny porządek rzeczy, wyzwala. Może to tylko zbieg okoliczności, że gdy ogień trawił mieszkanie Elżbiety i Andrzeja Lisowskich na krakowskim Kazimierzu, oni akurat byli w Kambodży. Tak samo za przypadek można uznać, że w ich mieszkaniu, z którego zostały praktycznie tylko zgliszcza, ocalała akurat figurka białego kota, którą przywieźli z zeszłorocznej podróży do Japonii. Ten biały kot, który znajdował się w samym środku pożaru, miał być szczęśliwym talizmanem.

A to, że jak kilka dni temu wrócili do Krakowa, do mieszkania swojej pracującej w Warszawie przyjaciółki, to na jej stoliku nocnym leżała akurat książka Tiziano Terzaniego „Nic nie zdarza się przypadkiem”?

Jasne, ludzie mają skłonność do szukania symboli i znaków, szczególnie w sytuacjach granicznych. Ale wybór podróżników wygląda teraz tak: albo odnajdą w tym całym dramacie jakiś sens i siłę do działania, albo załamią się i złożą broń. A to nie są ludzie, którzy wybraliby drugie rozwiązanie.

11 tygodni wcześniej: siedzimy z Lisowskimi w ich kolorowym mieszkaniu na ul. Jakuba i rozmawiamy o książce, którą właśnie napisali. Książka jest o podróżach, zamiłowaniu do sziszy, o masażach, świątyniach, winie i wędrowaniu z kamerą. Historia ich życia i świata widzianego ich oczami. Tytuł: „Południki szczęścia”. I rzeczywiście, przed sobą widzę ludzi szczęśliwych.

Z wieży sączy się przywieziona z którejś z podróży muzyka - jedna z paru tysięcy płyt zajmujących całą ścianę. Jest też imponująca biblioteka perskich książek - Elżbieta jest iranistką, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, te wielotysięczne zbiory gromadziła całe życie. Po mieszkaniu, szczelnie wypełnionym pamiątkami z całego świata, leniwie włóczą się cztery koty. To do nich - i dla nich - Lisowscy zawsze, z radością, wracają.

- Ale już byśmy gdzieś pojechali, chyba wkrótce wybierzemy się w podróż do naszej ukochanej Azji Południowo-Wschodniej. Była tam pani? Koniecznie musi pani tam dotrzeć! Proszę wziąć ze sobą jednego towarzysza podróży, samemu jest dość niebezpiecznie, a w większej grupie nie odkryje pani tego miejsca całą sobą, nie przeżyje pani tego w taki sam sposób - dają rady.

A ja słucham ich uważnie, i tak przez kilka godzin. Bo Lisowscy to ludzie, których nie da się nie pokochać od pierwszego wejrzenia: serdeczni, otwarci, dobrzy. Z imponującą wiedzą na temat świata. Prawdziwi pasjonaci. Zarażający energią.

Po kilku tygodniach widzę na portalach społecznościowych, że faktycznie pojechali. Tajlandia, Birma, Kambodża - średnio raz dziennie meldują się w podróży.

No tak. Marzenia są po to, żeby je spełniać, a nie miesiącami czy latami o nich opowiadać.

Ostatni poniedziałek: tym razem spotykamy się w mieszkaniu przyjaciółki Lisowskich na Grzegórzkach, też w Krakowie. Po tym, jak spalił się ich dom, zaoferowała, że odda im, na czas remontu, swój kąt. Widok z okna: po prawej prosektorium, po lewej pogotowie, na wprost kompleks Szpitala Uniwersyteckiego. - Czy to nie miejsce ostateczne? - uśmiecha się Andrzej.

Tak właśnie: uśmiechają się. Proponują whisky, tak jak przy naszym poprzednim spotkaniu. Też tulą się do kota (tyle że z całej bandy pożar przeżyła tylko Trichy, najstarsza, roszcząca sobie prawo do spania w łóżku z właścicielami). Lisowscy dalej wydają się być szczęśliwi, choć za każdym razem, kiedy pod oknami przejeżdża tramwaj (w swoim mieszkaniu ich nie słyszeli), Andrzej, na sekundę dosłownie, staje się jakby nieobecny. - Trochę, jak Matrix: jestem tutaj, nie jestem tutaj. Zdaję sobie sprawę, co się stało, i zaraz nie zdaję sobie z tego sprawy. Dziwny stan - mówi.

8 sierpnia, ulica Jakuba, krakowski Kazimierz: Beatę budzą w nocy koty. Cztery Lisowskich, jeden jej.

Beata: Jestem pewna, że te koty ocaliły mi życie. Darły się wniebogłosy, wszystkie były na mnie. Musiałam już chyba w tym momencie być delikatnie zaczadzona, skoro nie obudziłam się wcześniej. Z mieszkania już wtedy niewiele zostało: wszędzie ogień, dym, piekło. Wybiegłam z płonącymi włosami i zaczęłam dzwonić na 112. Przez kilka minut nie mogłam wstukać numeru, taka byłam rozstrzęsiona. Potem chciałam wrócić po koty, ale ktoś mnie powstrzymał. Całe szczęście - zginęłabym i ja.

Do dzisiaj nie wiadomo, co było przyczyną pożaru. Przynajmniej nie ma oficjalnej ekspertyzy. Wiele wskazuje na to, że w kamienicy - a była to nowa plomba, elegancki budynek - była wadliwa instalacja elektryczna.

Lisowscy są pewni, że w mieszkaniu w nocy nie paliła się żadna świeczka czy papieros. Ludzie plotkują o podpaleniu, ale kto by to miał zrobić? I po co?

Elżbieta i Andrzej, tego akurat są pewni, do ludzi mają w życiu szczęście. Jeszcze zanim w ogóle dowiedzieli się o pożarze, ich przyjaciele w Polsce zaczęli organizować dla nich pomoc: natychmiast uruchomili w fundacji subkonto na zbiórkę pieniędzy, zaczęli wynosić z mieszkania i oczyszczać to, co tylko się dało, orientować się, czego Lisowskim będzie trzeba.

8 sierpnia, dzień pożaru, Kambodża: Elżbieta i Andrzej są na plaży w Otres Beach. Z obliczeń podróżniczki wynika, że o 5.55 polskiego czasu, kiedy ich roztrzęsiona przyjaciółka dzwoni po straż pożarną, oni robią ostatnie zdjęcia Zatoki Tajskiej.

Tego dnia, niczego nieświadomi, dojechali do Phnom Penh, stolicy Kambodży. Znaleźli tani hostel, 12 dolarów za dwie osoby, wi-fi w cenie, wśród gości prawie sami 20- i 30-latkowie. Ktoś leży i leniwie czyta książkę, ktoś inny powoli pije piwo. Spodobało im się. Wyszli zwiedzać miasto o pierwszej w nocy, 12 godzin od pożaru - o którym do tamtej pory nie wiedzieli, bo operator telefonii komórkowej, za jeden niezapłacony w terminie rachunek (może to dwa były maksymalnie, Lisowscy nie są pewni) wyłączył im telefon.

Wiedzieli, że Phnom Penh nie jest bezpiecznym miastem, więc starali się uważać. Ale i tak dopadło ich. Klasyka we wschodnioazjatyckim wydaniu: podjeżdża facet na skuterze, nożem przecina plecak Andrzeja i odjeżdża. Andrzej próbował gonić go, powstrzymać. Skończyło się poharataną nogą i szramą na twarzy. Złodziej odjechał z ich paszportami, pieniędzmi i kartami kredytowymi.

Wrócili do hostelu. Andrzej zajął się opatrywaniem rany, a Elżbieta, dziękując Bogu za to wi-fi, podłączyła się do sieci, żeby zablokować karty płatnicze. I w tym momencie dotarła do niej wiadomość od przyjaciółki.

„Przeczytajcie to uważnie i powoli. Na Jakuba był pożar (ciekawe gdzie, pomyśleli? - bo to zawsze wydaje się, że u kogoś innego). Beata żyje. Nie wiadomo, co z kotami”. I zaraz kolejna wiadomość: że z kotów przeżyła tylko Trichy. Andrzej jeszcze trzy razy krzyknął do Elżbiety, czy Beata na pewno żyje. A potem wybuchnęli, oboje, głośnym płaczem. Przytulili się i tak wspólnie, przez dłuższy czas, szlochali.

Przez dwa dni - przez ten czas Lisowscy załatwiali paszporty tymczasowe, nowe wizy, transport do Polski - nie byli w stanie wejść do sieci, przeczytać wiadomości od przyjaciół, oglądać zdjęć ich spalonego mieszkania.

A później podłączyli się do sieci i zobaczyli cały ten ogrom wsparcia, dobrego serca, bezinteresownej pomocy. Andrzej: - Nie wstydzę się łez. Ale żadna z nich nie została wylana z powodu pożaru mieszkania. Płakaliśmy, i wciąż płaczemy, z dwóch przyczyn: z żalu po stracie kotów oraz ze wzruszenia, że wokół jest tyle dobrych ludzi.

Elżbieta: - To nie była najtrudniejsza podróż w naszym życiu. Najtrudniejsza była ta, podczas której umarł mój tata. Byliśmy wtedy w chińskim Kantonie. Ale to chyba po tej ostatniej podróży wróciliśmy inni. Podbudowani reakcją ludzi, ilością dobroci i bezinteresownej pomocy, którą ofiarowali nam czasem ci, których nawet nie znaliśmy.

Andrzej: To wspaniały kapitał, na którym na pewno będziemy budować. Myślimy o kolejnej książce i o utworzeniu grupy zrzeszających dobrych ludzi. Może nazwiemy ją Grupą Szczęścia? Albo Grupą Ludzi Szczęśliwych? Na razie nie mamy konkretnie sprecyzowanych planów, ale jedno wiemy: to, co wydarzyło się przy tej historii, zasługuje, by mieć swoją kontynuację. W gruncie rzeczy jestem pewien: to historia ze szczęśliwym zakończeniem.

Przyjaciele Lisowskich od czasu pożaru wynoszą z mieszkania i oczyszczają spalone rzeczy. Wydaje się, że da się uratować trochę książek, jeden z komputerów, może jakieś dane. Cały sprzęt domowy, meble, ubrania - są już nie do odzyskania.

Z mieszkania udało się wynieść, w praktycznie nienaruszonym stanie, nawet nieśmierdzące sadzą, czapki i jedwabne szaliki Elżbiety. - Czyli coś tak delikatnego, co normalnie powinno spłonąć w sekundę - opowiada podróżniczka. - Może to znów jakiś symbol? W końcu rzeczy ulotne potrafią czasami być bardziej namacalne i konkretne.

Na krakowski dworzec przyjechali w niedzielę. Cholernie bali się tego powrotu. Ale na peronie zobaczyli mnóstwo przyjaciół. Niektórzy przynieśli ze sobą jedzenie, inni - ubrania, a część po prostu przyszło Lisowskich przytulić, powiedzieć im: Jesteśmy z wami, zawsze możecie na nas liczyć.

Najbardziej bali się tej chwili, w której wejdą do swojego mieszkania, czy raczej - tego, co z niego pozostało.

- No i w końcu musieliśmy się z tym zmierzyć - mówi Elżbieta. - Wszyscy pytali, co czuliśmy? Powiem pani, że ja nie czułam nic. Albo przynajmniej - niewiele. Czułam, jakby to nie było miejsce. Chodzisz po podłodze, która była twoją podłogą. Ale już nie jest. Rozglądasz się po mieszkaniu, które było twoim domem - ale już nim nie jest. Czujesz więc pustkę. Nawet nie smutek, nie żal, nie złość. Pustkę - opowiada podróżniczka.

Remont, jak szacują Lisowscy, potrwa kilka miesięcy. Są przekonani, że chcą tam wrócić. - Wierzymy, że to będzie znów nasz dom. Wypełni się tylko nowymi maskami, nowymi świeczkami, nowymi garnkami i miseczkami - opowiada Elżbieta. - Zresztą, przedmioty nie są najważniejsze. Naprawdę nie są - mówi.

Takiego podejścia nauczyło ją... zamiłowanie do ślicznych, kruchych filiżanek z cienkiej porcelany, z których lubi pić herbatę. - Te filiżanki mają to do siebie, że bardzo łatwo się tłuką - opowiada Elżbieta. - Kiedyś tym się przejmowałam, a później nauczyłam się stwierdzać: stłukłam? to będzie nowa. I ta filozofia przeniosła mi się na inne sprawy. Materialne dobra są w gruncie rzeczy taką kruchą, delikatną porcelaną. Nie powinniśmy za bardzo do nich się przywiązywać ani też chować w szafie z myślą o specjalnej okazji. Ważniejsze są wspomnienia. I ludzie.

Andrzej: - Moja przyjaciółka powiedziała mi: jak ja wam zazdroszczę. Przeżyliście pogrzeb za życia. Normalnie o ludziach mówi się tyle dobrych rzeczy dopiero po ich śmierci.

Autor: Maria Mazurek

Maria Mazurekm.mazurek@gk.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.