Wojny widziane na własne oczy

Czytaj dalej
Fot. Piotr Smoliński
Roman Laudański

Wojny widziane na własne oczy

Roman Laudański

- Postawimy na wigilijnym stole dodatkowe nakrycie. Czy pamiętamy, dla kogo jest ono przeznaczone? - pyta reporter Wojciech Jagielski.

- Zestrzelenie rosyjskiego samolotu przez Turków to dobry pretekst do rozpoczęcia trzeciej wojny światowej?
- A czy sto lat temu ktoś przewidywał, że zamach na arcyksięcia Ferdynanda, tragiczne, ale lokalne wydarzenie rozpocznie wojnę, którą nazwiemy światową, choć działa się na naszym podwórku? Zestrzelenie rosyjskiej maszyny wojskowej mogło być incydentem, który wywoła reakcję przewracających się klocków domina (tu reporter odpukuje w niemalowane drewno przyp. red.). Ten incydent mnie zaniepokoił.

- To wyczulenie, nos reportera relacjonującego wcześniej kilkadziesiąt wojen?
- Wciąż jestem dziennikarzem, codziennie wertuję depesze z wieściami z całego świata. Śledzę wydarzenia przede wszystkim w tych regionach, którymi się od lat zajmuję: w Afryce, na Kaukazie, w Azji Środkowej - ale czytam również pozostałe wiadomości. Depesza o zestrzeleniu rosyjskiego samolotu na pograniczu turecko-syryjskim bardzo mnie zaniepokoiła, ponieważ sytuacja na Bliskim Wschodzie i tak jest już wystarczająco niepokojąca. Trudno wyobrazić sobie konsekwencje takiego wydarzenia. I wcale nie czuję się uspokojony, że minęło kilka dni i nie wydarzyło się nic szczególnego, co pogorszyłoby i tak kiepski stan rzeczy.

Jeśli dziś ktoś mówi, że wojny nie będzie, to dla mnie oznacza jedynie, że on tej wojny nie chce. Ale czy sytuacja, nad którą panuje, a przynajmniej jest o tym święcie przekonany, nie wymknie spod kontroli?

- Bo kiedy Rosja ustami Ławrowa ministra spraw zagranicznych zapewnia, że nie będzie wojny, to można spodziewać się wszystkiego?
- Procesy rozpoczynane przez ludzi wyniesionych na szczyty władzy bardzo często wymykają im się spod kontroli. Wciąż mam nadzieję, że podejmując decyzję, przywódcy wyobrażają sobie ich konsekwencje, są przygotowani na rozmaite warianty rozwoju wydarzeń. Podobnie jak szachiści, którzy rozpoczynając partię przewidują ileś ruchów do przodu. Tyle, że mamy lepszych i gorszych szachistów. I często okazuje się, że współcześni przywódcy do mistrzów szachownicy nie zostaliby zaliczeni. Są wśród nich i tacy, którzy zakładają wyłącznie plan "A", nie dopuszczają nawet myśli, że może się nie powieść, nie myślą o innych wariantach. Jeśli dziś ktoś mówi, że wojny nie będzie, to dla mnie oznacza jedynie, że on tej wojny nie chce. Ale czy sytuacja, nad którą panuje, a przynajmniej jest o tym święcie przekonany, nie wymknie spod kontroli? Po syryjskim niebie latają samoloty kilku państw i bombardują partyzantów, których w mniejszym lub większym stopniu uważają za wrogów. Partyzanci, póki co, nie mają żadnej broni, która umożliwiłaby im strącanie tych samolotów.

- Kiedy CIA uzbroiła afgańskich mudżahedinów w stingery (przenośne wyrzutnie pocisków), radzieckie śmigłowce zaczęły spadać.
- Wojna w Afganistanie toczyła się w czasach podziału świata na Wschód i Zachód. Obie strony, obawiając się bezpośredniej wojny termojądrowej, toczyły między sobą wojny zastępcze. Kiedy w latach 90. jeździłem po Afganistanie, widziałem, z jaką pieczołowitością i staraniem wysłannicy CIA starali się odkupić wyrzutnie i pociski stinger. Tylko ich w Afganistanie trzymało. Nic więcej, po wygraniu tam zastępczej wojny ze Związkiem Radzieckim i upadku komunizmu, Afganistan przestał ich zupełnie zajmować. Dzisiejszy świat nie jest jednak podzielony na dwa obozy, jest znacznie bardziej chaotyczny. W tamtych czasach broń rozmaitym partyzantom mogły dostarczać w zasadzie tylko dwie strony, Wschód albo Zachód, żeby hojnie ofiarowani rebelianci osłabiali rywala. Dziś broń zdobyć jest łatwiej, potencjalnych sprzedawców jest więcej, są bardziej niż kiedyś niezależni i kieruje nimi raczej chęć zysku niż polityczne uwarunkowania.

- Co najbardziej zabolało Rosjan: strata maszyny, śmierć pilota, czy utrata honoru, który w tak jawny sposób został naruszony?
- Politykom słowo honor nie schodzi z ust. Traktują je tak samo instrumentalnie jak wszystkie pozostałe. Tu chodzi o zachowanie władzy i politykę prowadzoną przez władcę. Ta polityka ma cele lokalne i zagraniczne. Strata dwóch samolotów bo przypominam o samolocie pasażerskim wysadzonym przez terrorystów dla Kremla, prezydenta Putina to był bolesny cios. Nie tylko zginęli rodacy, ale te incydenty sprawiły, że powszechny entuzjazm dla każdej decyzji Putina zaczął słabnąć. Pojawiły się wątpliwości: czy turyści nie zginęli aby przez to, że Rosja zaczęła bombardować Syrię? Tu chodzi o wizerunek i powszechny poklask dla Putina. Dlatego nie zwracałbym uwagi na słowa "honor", "godność", to tylko słowa. A liczą się tylko interesy.

Każdy przywódca, wcześniej czy później, zaczyna myśleć: "państwo to ja". To, co władcy Kremla uważają za niekorzystne dla siebie jest niekorzystne dla Rosji. Zrobią wszystko, żeby wmówić to Rosjanom. Nasi będą robili dokładnie to samo. Ten mechanizm jest taki sam na całym świecie.

- Poszukiwaniem poklasku było zajęcie Krymu przez Rosję i rozpalenie wojny na wschodzie Ukrainy? Z Krymem mają tylko problem: z energią, wodą, wypłatami.
- Powstrzymują w ten sposób sprzeczną z rosyjskim interesem politykę Zachodu w dążeniu na Wschód. To była próba wyznaczania nieprzekraczalnej granicy, która oddzielałaby wpływy Rosji od wpływów Zachodu. Przywódcy upadającego Związku Radzieckiego umówili się z Zachodem, że żołnierze NATO nie pojawią się na terenach byłych krajów komunistycznych, że nie będzie ekspansji NATO na wschód. A to właśnie nastąpiło. Rosjanie z trudem przeboleli utratę Litwy, Łotwy i Estonii. Ale nie zamierzali przyglądać się z założonymi rękami, gdy akces do Unii Europejskiej i NATO zgłosiła Ukraina. Rosja uznała to za zagrożenie jej państwowych interesów. Każdy przywódca, wcześniej czy później, zaczyna myśleć: "państwo to ja". To, co władcy Kremla uważają za niekorzystne dla siebie jest niekorzystne dla Rosji. Zrobią wszystko, żeby wmówić to Rosjanom. Nasi będą robili dokładnie to samo. Ten mechanizm jest taki sam na całym świecie. Interwencja na Ukrainie, w przekonaniu Rosjan, była odpowiedzią na obalenie przez Zachód namaszczonych przez Moskwę władz ukraińskich. I według Kremla była to recydywa po Pomarańczowej Rewolucji, którą również w Moskwie uznano za przejaw zachodniego imperializmu.
Rosjanie bardzo alergicznie reagowali na udane i nieudane próby kolorowych rewolucji. Nie widzieli w nich protestów przeciwko skorumpowanym władcom, a jedynie intrygi Zachodu. Interwencja Stanów Zjednoczonych w Iraku była dla Rosji kolejnym przykładem oszustwa Zachodu. Uznanie niepodległości Kosowa to kamyczek, który pokazał rosyjskim przywódcom, że z Zachodem nie sposób się porozumieć. Na Kremlu załamywano ręce. "Najpierw się na coś umawiają, a potem, powołując się na prawa człowieka, wolność, demokrację czy coś równie niepoważnego, wycofują się z wcześniejszych ugód" mówiono o Zachodzie. Zachód nie skąpił zresztą argumentów, by Rosja umacniała się w przekonaniu, że to ona ma rację. Amerykańska inwazja na Irak odbywała się pod sztandarami demokracji i wolności.

- ... a Włodzimierz Cimoszewicz, wtedy minister spraw zagranicznych, snuł wizje naszego udziału w polach roponośnych.
- A później się okazało, że chodzi o interes nie tyle pola naftowe, co międzynarodowy porządek. Rosja widzi, że jej miejsce w tym porządku się kurczy coraz bardziej. Rozumiała, że przegrała w zimnej wojnie, ale próbuje ograniczać straty. Rosyjscy przywódcy boją się lawiny kolorowych rewolucji. Boją się, że rozpad rosyjskiego imperium wcale nie musi zatrzymać się na rosyjskiej granicy. Dzisiejsza Rosja to przecież także podbity Kaukaz, to Kałmucja, Czuwaszja, wreszcie Tatarstan w środku Rosji, cała Syberia, Jakucja. Można sobie wyobrazić bałkanizację Rosji podobną do tej z Jugosławii. W porównaniu z wojnami bałkańskimi, towarzyszącymi rozpadowi Jugosławii, można uznać, że rozpadowi Związku Radzieckiego nie towarzyszył aż taki barbarzyński rozlew krwi. Zapominamy też o boleśnie zranionej rosyjskiej duszy. Związek Radziecki był może i imperium zła, ale był ich państwem, mocarstwem, które trzęsło światem i z którym liczyli się nawet Amerykanie. I Rosjanie to państwo stracili, a w zamian nie zyskali nic, bo wolność oznaczała dla nich na początku przede wszystkim niepewność i biedę.

-... tęsknota pozostała.
- Tęsknota za wielkością. Za tym, że wcześniej wszyscy musieli się z nimi liczyć. Jednym z ubocznych skutków transformacji w Rosji stało się upokorzenie Rosjan. Podejrzane geszefty, rabunkowa prywatyzacja wszystkie, najbogatsze pola naftowe trafiające w ręce nikomu nieznanych ludzi, bogacących się oligarchów. A biedni ludzie znikąd nie mieli ratunku. Decyzja Jelcyna o ataku na Czeczenię była zbiegiem niekorzystnych dla Rosji decyzji. Tej wojny można było łatwo uniknąć, ale druga wojna, zaczęta przez Putina, miała już jasny cel wyznaczyć granicę ustępstw i cierpliwości. To było rosyjskie "niet".

- Po zamachach w Paryżu wydawało się, że Rosja wróci do łask. Prezydent Francji zaczął montować nową koalicję do walki z Państwem Islamskim, a przecież Rosja już jest w Syrii. Gdyby nie ten samolot, to ta układanka mogłaby się pięknie poskładać. Stąd pytanie: czy zestrzelenie rosyjskiego bombowca w tym czasie było przypadkiem?

- To nie był pierwszy przypadek, kiedy rosyjskie samoloty naruszyły przestrzeń powietrzną Turcji.

- Pamiętasz, ile razy latem naruszali przestrzeń nad Litwą, Łotwą i Estonią?
- A także nad Skandynawią. Nie tylko samoloty, ale i okręty podwodne. I raczej nie wynikało z bałaganu czy błędnych map. Putinowska Rosja od lat sprawdza na jak wiele może sobie pozwolić. Może tym razem się przeliczyli? Będą się wypierać, przysięgać, że samolot leciał po syryjskim niebie i przedstawią na to milion dowodów, ale w tym przypadku ufam Turkom. Turcy zestrzelili ich samolot. Pokazali, że po tureckim niebie nikt obcy latać im nie będzie. Nie podejrzewam prowokacji.

- A czemu nie? Koalicja z Rosją nie powstanie.
- Wcale nie jest powiedziane, że nie powstanie chociaż sytuacja sprzed zestrzelenia samolotu, a po zamachach w Paryżu była dla Rosji korzystniejsza. Amerykanie zostali postawieni w trudnej sytuacji. Cała Europa domagała się, żeby w końcu coś zrobić z Państwem Islamskim. Rosja posłała tam już wojsko i namawiała, by Zachód się do niej przyłączył. Amerykanie nie chcieli. Po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu wszystkim stronom będzie trudniej się porozumieć. Ale może spojrzą na to inaczej? Dopóki w Syrii nie będzie porządku, a na tym niebie liczba samolotów będzie rosła to jedynym sposobem uporządkowania sytuacji będzie stworzenie wspólnej koalicji. Jeżeli Rosjanie wysłali do Syrii kompleksowe systemy obrony lotniczej, to do kogo zamierzają z nich strzelać? Do partyzantów? Tam naprawdę jest niebezpiecznie. Obawa, żeby ten incydent się nie powtórzył, żeby nie doszło do walki między samolotami rosyjskimi a amerykańskimi to może doprowadzić jednak do zawarcia koalicji. Póki co niewysoko oceniam szanse jej powstania. Nie widzę zrozumienia między stronami.

- Polscy piloci polecą walczyć do Syrii?
- Dopiero dziś przeczytałem na jednym z portali, że podobno Polska gotowa byłaby w jakiś sposób uczestniczyć w operacji w Syrii pod warunkiem, że Zachód pomoże wyjaśnić katastrofę smoleńską. Wydaje mi się to niepoważne.

- Prof. Andrzej Zybertowicz przekonywał ostatnio "Pomorską", że rząd prowadzi politykę "pakietową": my was poprzemy, a wy np. zrobicie bazę NATO w Polsce.

- Błędem polskich władz było bezwarunkowe poparcie interwencji amerykańskiej w Iraku. Nie tylko nie domagaliśmy się niczego w zamian, ale w zawstydzający sposób daliśmy się oszukiwać. Ktoś powie, że Amerykanie w Iraku oszukali wszystkich, nie tylko Polskę zgoda, ale to żadne pocieszenie. Polityka jest sztuką kompromisu, obawiam się, czy nasze życzenie dotyczące tragedii smoleńskiej nie wyda się zbyt poważne zachodniej stronie.

- Zbyt poważne?
- Dla nich Smoleńsk to sprawa zamknięta, choć dla nas będzie już chyba wiecznie żywa. Odnoszę wrażenie, że na Zachodzie panuje przekonanie, że pięć lat po tragedii nie pojawiły się żadne nowe istotne przesłanki, które wskazywałyby, że to było coś więcej niż katastrofa. No i znowu mamy do czynienia z Rosją. Jeżeli uznamy politykę "pakietową" za zasadę, to powinniśmy też rozumieć, że i Zachód może kalkulować. Co mu się będzie bardziej opłacało: ile samolotów dadzą Polacy do Syrii? Dwa? A Rosjanie? Jeśli prof. Zybertowicz i realiści tak rozumieją politykę, to trzeba się liczyć z tym, że możemy okazać się zbyt małymi pionkami na tej szachownicy.

- Po niedawnych zamachach we Francji zastanawiamy się, skąd biorą się ci, którzy zakładają pas z materiałami wybuchowymi i rozrywają się w tłumie przypadkowych ludzi.

- Tylko zarysuję problem: muzułmanie uważają lub im wmówiono a może jest tak i tak, że we współczesnym świecie są obywatelami drugiej kategorii, że dzieje im się krzywda. Muzułmanie są skolonizowani przez zachodni porządek. Mają narzuconych przywódców, narzucone granice, nazwy państw i niepodległość, ale bez suwerenności, jaką chcieliby mieć. Wiosna arabska była zaskoczeniem dla Zachodu. Nagle zostali obaleni prezydenci wspierani chętnie przez Zachód to byli nasi strażnicy w tej części świata ("To były nasze sukinsyny" jak mawiają Amerykanie). Zachód miał problem: bronić tych Mubaraków i wystąpić przeciwko ulicznej rewolucji, która wołała: "wolność", "braterstwo"? Zachód stanął po stronie rewolucji, stracił przywódców i kontrolę nad tą częścią świata. Teraz pewnie płacze nad tym, co się stało w Libii, bo stała się nowym Afganistanem, a wcale nie jest przeciwny obecnym władzom Egiptu, które niewiele się różnią od Mubaraka. Poza jednym: Mubarak już dawno zdjął generalski mundur, a obecny prezydent ciągle w nim chodzi.
Do poczucia krzywdy muzułmanów dodałbym rozczarowanie Europą, która jawiła im się jako raj. Nie ma gorszego rozczarowania niż rozczarowanie rajem. Wyobrażali sobie, że w Europie będzie żyło się wspaniale i pięknie. Może tak było 20 lat temu?! Dziś Europa ma własne problemy gospodarcze. Mówi się o bankructwie państw. Europa nie gwarantuje, że pospełniają się życiowe plany młodych Hiszpanów, Niemców, Polaków, a co dopiero młodych, przyjezdnych Arabów. Ograniczona liczba dóbr powoduje, że ktoś ich nie dostaje. Nikt nie zgodzi się z argumentacją, że przegrał, bo jest gorszy. Będzie szukał usprawiedliwienia i często zostanie mu ono podpowiedziane. W Polsce nie zdajemy sobie sprawy z podziałów rasowych. W Wielkiej Brytanii, Francji, to element codziennego życia. Wielu Brytyjczyków nie uważa za rodaków tych, którzy urodzili się w Londynie czy Birmingham, ale których ojcowie przybyli tam z Bangladeszu czy Nigerii. Dla nich to nie są Brytyjczycy. Wykluczani młodzi Brytyjczycy nigeryjskiego czy bengalskiego pochodzenia zadają sobie więc pytanie: to kim w takim razie jesteśmy? Znajdują ją zazwyczaj w internecie, gdzie spotykają podobnych sobie młodych, rozczarowanych, zagniewanych, pałających żądzą odwetu za zmarnowane życie. Skrzykują się nie w meczetach, lecz w internecie.

- Wytłumacz proszę, od czterech lat trwa wojna w Syrii. Co się stało, że latem uchodźcy ruszyli ławą przez Europę do Niemiec i Skandynawii?

- Wydaje mi się, że akurat tę wędrówkę ludów uruchomiła kanclerz Niemiec, która dała im sygnał, że zostaną przyjęci do Europy. No to ruszyli w drogę. Do tej pory europejska polityka imigracyjna polegała na tym, że każdy, kto przyjeżdżał i ubiegał się o azyl lub stały pobyt musiał to robić w pierwszym kraju Unii Europejskiej. Tak było z Czeczenami, którzy u nas składali wnioski i czekali w ośrodkach dla uchodźców. Uchodźcy z Syrii pojawili się na Węgrzech, więc Węgrzy chcieli zastosować wobec nich taką samą procedurę. Ale uchodźcy na dworcu Keleti w Budapeszcie nie chcieli zostać na Węgrzech tylko zamierzali jechać dalej, do Niemiec i do Austrii, bo słyszeli, że kanclerz Merkel ich wszystkich przyjmie.

- Nawet szli z jej zdjęciami.
- Gdyby w latach 80. prezydent Reagan ogłosił, że w ciągu roku przyjmie pół miliona Polaków, to pewnie zabrakłoby samolotów, żeby chętnych przewieźć do Ameryki.

- Ostatni zgasiłby światło.
- Taką lawinę potrafi wywołać nawet plotka. W ubiegłym roku wiosną w gruzińskiej dolinie Pankisi zamieszkałej przez Czeczenów i w samej Czeczenii ludzie nagle zaczęli zapożyczać się, sprzedawać samochody i domy, bo usłyszeli, że przez kilka dni, przed Wielkanocą Niemcy będą wpuszczali do siebie uchodźców z okazji święta. Takie plotki są często celowo rozpuszczane na Kaukazie przez przemytników ludzi i spekulantów nieruchomościami. A ci z Syrii otrzymali informację, a nie plotkę że pozwoli im się wjechać do Niemiec. No to ruszyli po życiową szansę.


Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Postawimy na wigilijnym stole dodatkowe nakrycie. Czy pamiętamy dla kogo jest ono przeznaczone? Nie mam wątpliwości, że jeśli czyjeś życie jest zagrożone, trzeba je ratować. Warto pomyśleć czy jeśli ktoś chce po prostu lepszego życia, to czy i jemu mu tego nie powinno się umożliwić.

- Co zrobić z siedmioma tysiącami uchodźców, których zobowiązała się przyjąć w Polsce poprzednia premier?
- Sprowadzenie debaty do poziomu: wpuścić albo nie jest pomieszaniem pojęć. Tak dyskutować mam na myśli nas dziennikarzy i tych, którzy aspirują, by nami rządzić jest zbrodnią. To mieszanie w głowach ludziom, którzy i tak czują się niepewnie w niepewnym świecie. Żadna z odpowiedzi nie jest rozwiązaniem. Nie wypuścić? Przecież oni nie pytają, tylko idą przez granice. Wpuścić wszystkich? Wśród nich może znaleźć się kilka podejrzanych osób, które będą chciały się przedostać wśród uchodźców. Osobiście nie wierzę, że fala imigrantów to jest coś, na co czekało Państwo Islamskie, żeby przerzucić do Europy swoją armię. Z Europy do Syrii wyjechało na wojnę kilkanaście tysięcy ochotników. Drugie tyle zwolenników zostało w Europie. Oni nie potrzebują podrobionych paszportów, mają własne, najprawdziwsze na świecie. Może nie są nawet notowani przez policję. Jaki jest pożytek z tych, których już śledzą służby wywiadowcze? Śledzą, ale i tak nie potrafią zatrzymać wszystkich, uprzedzić zamachy. W każdym kolejnym zamachu w Europie bierze udział ktoś, o którym wywiad belgijski, brytyjski, niemiecki, francuski coś wiedział, o coś podejrzewał, ale w najważniejszej chwili i tak nie upilnował. Nieodpowiedzialnością jest mówienie tylko "tak" lub "nie". To nie jest głosowanie telewidzów w jakimś programie rozrywkowym czy publicystycznym. To problem polityczny, gospodarczy. Śmieszne są głosy, że Polski nie stać na przyjęcie 7 tysięcy ludzi i zapewnienie im godnych warunków do życia. Jeśli nie jesteśmy na to gotowi, to chyba rzeczywiście Polska jest kamieni kupą i ruiną. Wiemy doskonale, że nie jest. Udzielenie pomocy jest jednoczesnym wzięciem odpowiedzialności za dalsze losy tych ludzi. To wreszcie kwestia etyczna. W rozpętanym jazgocie giniemy jako zwyczajni ludzie. Adam Szostkiewicz zauważył, że w dzisiejszych czasach nawet Święta Rodzina nie zostałaby przyjęta do Polski. Przecież byliby uchodźcami z Bliskiego Wschodu. Nie wpuszczamy! Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Postawimy na wigilijnym stole dodatkowe nakrycie. Czy pamiętamy dla kogo jest ono przeznaczone? Nie mam wątpliwości, że jeśli czyjeś życie jest zagrożone, trzeba je ratować. Warto pomyśleć czy jeśli ktoś chce po prostu lepszego życia, to czy i jemu mu tego nie powinno się umożliwić. Czy myśmy sami nie korzystali z tego prawa? Drażnią mnie opinie, że powinno się wpuszczać do Europy tylko chrześcijan, bo oni niby łatwiej się tu zaaklimatyzują niż muzułmanie. Adaptacyjną trudnością Erytrejczyka w Europie nie będzie jego wyznanie, ale fakt, że przyjechał do nowego miejsca z dalekiej Afryki. Zresztą czy obrońcy wiary z piłkarskich stadionów odróżnią Erytrejczyka muzułmanina od chrześcijanina? Dla nich będzie takim samym barbarzyńcą, najeźdźcą. Problem uchodźczy jest najważniejszym wyzwaniem dla Europy. O tym musimy rozmawiać, bo to rozmowa nie tylko o przybyszach, ale i o nas samych.

- Brakuje ci wojny?
- Nigdy nie uganiałem się za wojnami. Jako dziennikarz chciałem zajmować się Afryką. Okazało się, że moja droga do Afryki wiodła przez Kaukaz, Azję Środkową i Afganistan. Przez 25 lat pracy dziennikarskiej zajmowałem się wyłącznie tymi regionami. Gdyby nie doszło tam do żadnej wojny, nie napisałbym żadnej wojennej korespondencji. Ale niestety wybuchło ich wiele. Każda redakcja zawsze chętniej wysyłała dziennikarzy na wojny niż do krajów, które żyją spokojnie, rozwijają się. Jeździłem na wojny do Afryki, na Kaukaz, do Afganistanu, ale nie przyszło mi do głowy, by jechać na Bałkany, nie pojechałem do Iraku. Ktoś mnie zapytał: czemu nie pojechałem na Ukrainę? A czemu miałbym? Nigdy nie byłem na Ukrainie, nawet jako turysta. Co miałbym ciekawego opowiedzieć o wojnie w kraju, którego nie znam? Jeżeli kiedyś będzie mi czegoś brakowało, to jednego nieprawdopodobnego przywileju dziennikarskiego bycia naocznym świadkiem wydarzeń, o których inni przeczytają z mojego artykułu, a kiedyś z podręcznika historii. Ja mogłem być blisko, oglądać to własnymi oczami i z wieloma bohaterami zamienić choć słowo. To było najbardziej urzekające. Tego, być może, będzie mi kiedyś brakowało.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.