Dorota Kowalskad.kowalska@polskatimes.pl

Wakacje to dobry czas na spełnianie swoich marzeń [wideo]

Piesze wycieczki, ognisko, obcowanie z naturą, to świetny pomysł na spędzanie czasu wolnego, także tego wakacyjnego. Piesze wycieczki, ognisko, obcowanie z naturą, to świetny pomysł na spędzanie czasu wolnego, także tego wakacyjnego.
Dorota Kowalskad.kowalska@polskatimes.pl

Jeżdżą po świecie, chodzą na długie piesze wycieczki, skaczą na spadochronach, wymieniają się - wielu z nas ma ciekawe pomysły na spędzanie czasu wolnego. Najważniejsze, żeby się dobrze bawić i odpoczywać.

Można spędzać wakacje tradycyjnie: iść do biura podróży, wykupić wycieczkę z wliczonymi w cenę śniadaniem, obiadem, kolacją i przewodnikiem. Można zarezerwować miejsce w ośrodku wczasowym nad morzem, albo jechać do gospodarzy na Mazury, którzy prowadzą agroturystykę. Można też odpoczywać zupełnie inaczej.

Piesze wycieczki, ognisko, obcowanie z naturą, to świetny pomysł na spędzanie czasu wolnego, także tego wakacyjnego.
Ruch jest dla wielu podstawą udanego wypoczynku.

Anita

Anita Czupryn, dziennikarka, można by rzec człowiek natury, bo Anita w mieście po prostu się dusi. Każdą wolną chwilę spędza gdzieś w leśnej głuszy między drzewami, dzikami, sarnami. Najchętniej z Yoshi’m, ukochanym psiakiem, wiernym towarzyszem doli i niedoli. Kiedy Anita ma szansę na kilka dni wolnego, od razu kombinuje, jak się tu wyrwać ze swojego Mokotowa. Czasami jej plany wprawiają nas, czyli jej redakcyjnych kolegów, w osłupienie. Tak było rok temu, wczesnym latem.

- Plan był taki, aby w 5 dni, bo tyle miałam urlopu, przejść sto kilometrów, trzymając się brzegów rzeki Pilicy i wędrówkę zakończyć w Warce, bo stamtąd z powrotem do Warszawy mogłam z psem wrócić pociągiem. W głęboką dzicz, około 100 km od Warki wywiózł mnie i pieska kolega Artur. I zostawił na pastwę dziczy i traperskiej samotności - opowiada.

Kiedy zachwycona Anita pokrótce streściła nam plan swojej wyprawy, otwieraliśmy oczy ze zdumienia. Sama? Gdzieś na odludziu? Telefon wyładuje jej się natychmiast, jak wezwie pomoc? A jeśli coś jej się stanie? A jak ją ktoś napadnie?
- Przesadzacie! - machnęła tylko ręką.

Wydawało jej się, że wszystko ma zaplanowane, a niespodzianki, jakie mogły się zdarzyć, będą tylko dodatkowym bonusem. Nie wzięła pod uwagę jednego: jej plecak ważył chyba ze 40 kg, w środku prócz namiotu, śpiwora, szczoteczki do zębów, pasty i niezbędnych naczyń, oraz jedzenia, znalazły się głównie potężnie ciężkie puszki z psią karmą.

- I ja z tym 40-prawie-kilogramowym plecakiem człapałam dziennie po 20 km. Nie wzięłam też pod uwagę, że Pilica ma starorzecza, które często są bagienkami. Po pierwszej przeprawie przez bagno z czarnym szlamem, w którym pies mało się nie utopił, musieliśmy obchodzić te bagna, co znacznie podwyższyło liczbę kilometrów - tłumaczy Anita.

Codziennie rozbijali obóz w innym miejscu i wcale nie padała ze zmęczenia od razu. Najpierw trzeba było przygotować ognisko, posiłek, nacieszyć się przyrodą i pogłasakać Yoshi’ego, dla którego to była pierwsza taka wyprawa. Codziennie prowadziła też „dziennik pokładowy”, myśląc, że opisze to w jakiejś ładnej formie literackiej. I pewnie kiedyś to zrobi.

- Przygód mieliśmy mnóstwo, niektóre niebezpieczne, jak chociażby spotkanie ze stadem niewątpliwie groźnych byków, bo nad Pilicą znajdują się też rozległe pastwiska i tylko mój wspaniały bodyguard Yoshi, uratował mnie przed niechybną śmiercią, wyrywając się ze smyczy, żeby odegnać stado. Bohaterska postawa, bo ja struchlałam - śmieje się.



Wspaniale było po trzech dniach zajść do wioski, uzupełnić zapas wody, tej z Pilicy nie dało się pić, i stać się bohaterką, bo cała wieś przyszła do sklepu, by z podziwem słuchać tego, co miała do powiedzenia. Tylko nikt jakoś nie potrafił zrozumieć, czemu idzie tyle kilometrów z tym wielkim, ciężkim plecakiem, kiedy stać ją na autobusowy bilet. Pewna starsza pani słuchała, słuchała, a kiedy Anita przyznała, że zdarła pięty, pogryzły ją komary, a przed nią jeszcze szmat drogi, popatrzyła jakoś tak z politowaniem i westchnęła: „A taka młoda!”. Że niby jeszcze nie stara, a tyle nieszczęść spada na jej barki.

Ale Anita wcale nie czuła się nieszczęśliwa, wręcz przeciwnie - cieszyła się każdą chwilą spędzoną nad Pilicą. Ona tak ma, jak urlop, to z dala zakorkowanych ulic, hałasu, zgiełku, pędzących gdzieś, zestresowanych ludzi.

Olimpia

Olimpia Patej już zaplanowała wakacje: urlop bierze we wrześniu i razem z teamem No Mercy leci na Spadochronowe Mistrzostwa Świata FAI (Federation Aeronautique Internationale) w Chicago, będą uczestniczyć w konkurencji zespołowej akrobacji FS4, jako pierwszy w historii zespół z nad Wisły. Wcześniej, bo w czerwcu jedzie do Czech na Vector Festival, jedną z największych imprez dla osób latających free fly, ale też Olimpa nie wyobraża sobie życia bez skakania. Każdy dzień wolny, każdy urlop planuje „pod hobby”.

Piesze wycieczki, ognisko, obcowanie z naturą, to świetny pomysł na spędzanie czasu wolnego, także tego wakacyjnego.
Dla Olimpii Patej udane wakacje, to oczywiści skoki.

- Tam w powietrzu mamy swoje drugie życie. Dla mnie skoki to wolność i powie to każdy, kto tego spróbował. Lecąc nabiera się dystansu do ziemi. Co innego jest ważne. Nie można myśleć o spłacie rachunków, będąc w powietrzu na wysokości czterech kilometrów. Perspektywa spojrzenia z lotu ptaka, powoduje, że nasze myślenie się przestawia i inaczej patrzymy też na życie na ziemi. Inne rzeczy zaczynamy doceniać, widzimy wszystko z innej, szerszej, trójwymiarowej perspektywy. Ale wiem też, że wśród niektórych ludzi drzemią utarte stereotypy - a to, że ze spadochronem skaczą tylko żołnierze, albo to, że skoki są bardzo niebezpieczne, albo, że lądowanie jest nieprzyjemne. To wszystko powoduje, że niektórzy boją się spróbować i zobaczyć, jak to jest w trzecim wymiarze. A to jest bardzo przyjemne - opowiada Olimpia, lat 38, z wyboru weganka. Mieszka w Gdańsku. Zawodowo pracuje jako dyrektor inwestycji w jednej z największych firm odzieżowych w Polsce. Na swoim koncie ma ponad 1800 skoków. Tylko raz przeżyła sytuację awaryjną, gdy musiała użyć zapasowego spadochronu - po 150 skokach. Prócz tego uprawia biegi przełajowe, zimą jeździ na nartach i desce, a latem - na motocyklach.

- Ale to skoki spadochronowe najbardziej uczą precyzji, dokładności, jaką przenosimy potem w życiu. Uczą szacunku do życia, choć dla niektórych brzmi to paradoksalnie, kiedy myślą, że jesteśmy szalone, że skaczemy. Jest inaczej - szanujemy życie i chcemy żyć jak najdłużej, ale chcemy odczuwać też radość. Świadomość, że mamy na to wpływ, sprawia, że z tym większą uwagę do tego podchodzimy. Rozwaga, świadomość, dokładność, kilka razy sprawdzamy sprzęt, również jeszcze przed wyskokiem, kontrolujemy siebie nawzajem. Wszystko to uczy poszanowania życia - opowiada.

Skokom poświęca każdą wolną chwilę. Zawrze marzyła o tym, by latać. Tylko wmówiła sobie, że to nie dla niej, bo pewnie drogo. Postanowiła jednak spróbować, zaczęła od kursu szybowcowego. Kiedy oswoiła się ze środowiskiem i z szybowcem, wykonała kilka skoków ze spadochronem. I tak jej już zostało: wychodzi z pracy i gna na lotnisko.

Kuba

Kuba Rydkodym woli autostop. Mówią, że autostop może być sposobem na życie. I nie chodzi tylko o to, żeby tanio podróżować po świecie i poznawać ciekawych ludzi. Kuba w drodze czuje się wolnym ptakiem, trochę tak jak Olimpia w górze, w chmurach. Pewnie wielu z nas pamięta jeszcze Karin Stanek i jej wakacyjny przebój „Autostop”, albo „Podróż za jeden uśmiech” ze świetnym Filipem Łobodzińskim i Henrykiem Gołębiewskim w rolach głównych. Biedacy chcieli pociągiem dostać się nad morze, ale zgubili pieniądze, co jednak wcale chłopaków nie załamało. Poldek i Duduś, bo takie są ich filmowe imiona, wybrali podróż autostopem. I była to podróż ich życia: poznali nowych, ciekawych ludzi, przeżyli niesamowite przygody. Rozpieszczony przez rodziców Duduś zmienił się, zmężniał. Kiedy dotarli do swoich matek na Hel, byli już inni, doroślejsi. Takich jak Poldek i Duduś, no może trochę starszych amatorów autostopu wciąż nie brakuje.

Piesze wycieczki, ognisko, obcowanie z naturą, to świetny pomysł na spędzanie czasu wolnego, także tego wakacyjnego.
plecakwspomnien.eu Kuba Rydkodym (drugi od prawej) postawił na autostop, zwiedził już ponad 30 państw świata.

„Przez wieki autostopowicze stali na drogach, ścieżkach i szlakach. Łapali okazje, głównie dlatego, że musieli. Wszak nie było innej możliwości. Dziś dominująca część podróżników na gapę robi to, bo chce. Nie tylko w celu przemieszczenia się z miejsca na miejsce. W dobie nowoczesnych środków transportu wybierają autostop - powolny i niewygodny. Dlaczego? Dla poznania ludzi i przeżycia przygody. (…) Stany Zjednoczone, dziewiętnasty wiek. Dopiero co pojawiła się kolej. Po lśniących z nowości szynach mknie z łoskotem żelazna maszyna, ciągnąc za sobą rząd towarowych wagonów. Para bucha z komina, przesłaniając większość składu gęstymi kłębami. Nagle wyłania się z nich dwóch młodych mężczyzn ze szmacianymi plecakami. Biegną ile sił w nogach i wreszcie wskakują do otwartego wagonu. Dokąd jadą? Sami nie wiedzą. Po co? Po przygodę!” - pisze na swoim blogu (www.plecakwspomnien.eu) Kuba: 28 lata, absolwent Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Pierwszego stopa złapał w Bieszczadach. Był rok 2008: komunikacja miejska działała słabo i nie dojeżdżała tam, gdzie chciał. W następnym roku była już Hiszpania, potem Włochy, Turcja, Bałkany, Chiny i Dubaj - przez osiem lat zwiedził autostopem ponad 30 krajów. Teraz szykuje się na kolejną podróż, tym razem z mamą. Jadą autostopem do Moskwy, potem samolotem na Kamczatkę.

- Będziemy polować na niedźwiedzie, albo one na nas - wybucha śmiechem. - A tak na serio, chcemy pobyć trochę wśród natury, pochodzić po miejscowych parkach, odpocząć od cywilizacji - dodaje Kuba.

I tłumaczy, że jego blog powstał trochę przez przypadek. Spisywał krótkie relacje ze swoich podróży dla znajomych, ale coraz więcej osób zaczęło się dopytywać o to, gdzie był, co widział, z kim rozmawiał.

Nie miał właściwie wyjścia. Od 2010 r. zaczął pisać regularnie relacje ze swoich podróży, ale na jego stronie są też rady dla autostopowiczów, historia autostopu, rozmowy z ciekawymi ludźmi. Codziennie jego blog odwiedza pięćset osób. A on przybliża im świat wolnych ludzi w drodze.

Kuba Rydkodym na swoim blogu pisze także o swoich marzeniach, bo to one tak naprawdę napędzają człowieka. „Lista marzeń to mój osobisty spis rzeczy, które chciałbym zrobić w życiu i do których realizacji powoli dążę” - tłumaczy. Punt po punkcie wymienia cele, jakie chce osiągnąć, niektóre już skreślone, znaczy - osiągnięte. Więc co mu jeszcze zostało do zrobienia? Chciałby pójść na koncert bluesowy w knajpie w Chicago, zobaczyć zachód słońca nad wielkim kanionem, wypić rum z colą na Kubie, przebiec oryginalny maraton z Maratonu do Aten, wybudować igloo, rzucić kamieniem do wody z Nordkapp. Ale wiele już przeżył: widział noc polarną w Norwegii, spał w jaskini, zdobył koronę polskich gór. Na górze strony „Lista marzeń” Kuba umieścił cytat z Marka Twaina:

Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.

Anna

Niektórzy wolą jednak spokojniejsze wakacje, bez niespodzianek. Anna Wolińska od 10 lat wymienia się na urlop mieszkaniami, pomysł wakacyjnych wymian mieszkań powstał ponad 60 lat temu w USA, potem trafił do Europy. Jednak w Polsce wciąż nie jest tak bardzo popularny, jak w Stanach czy w Europie Zachodniej. Dla Anny, to najlepszy i najtańszy sposób spędzenia wakacji.

- Z rodziną zwiedziliśmy w ten sposób Rzym, Paryż, Florencję, Berlin, długo by jeszcze wyliczać - Anna, nauczycielka, razem z mężem i dwóją nastoletnich dzieci dwa tygodnie wakacji zawsze spędzają razem.

Anna jest członkiem portalu społecznościowego zrzeszającego osoby zainteresowane wymianą, ale można zarejestrować się na jednym z forów turystycznych i tam szukać chętnych, którzy chcieliby zamieszkać na jakiś czas u nas w zamian oferując swoje cztery kąty. To jednak sposób dla starych wyjadaczy, którzy wiedzą o co pytać i jak szukać chętnych do wymiany. Całą transakcję można także przeprowadzić za pośrednictwem firmy czy stowarzyszenia, które się w tym specjalizuje, a w Polsce jest ich przynajmniej kilka.

- Owszem, trzeba mieć zaufanie do ludzi, którym zostawia się swój dom, ale to działa w dwie strony, bo ci, którzy zostawiają nam swoje mieszkanie także muszą nam zaufać - tłumaczy Anna.

Dlatego Annie i jej rodzinie zdarzyło się przed podjęciem ostatecznej decyzji, zaprosić zainteresowanych wypożyczeniem na krótka wizytę weekendową.

- Zawsze można też nawiązać kontakt z ludźmi, którzy wymieniali się już z osobami nas interesującymi i dopytać ich o nich. My mieliśmy szczęście, nigdy nie byliśmy rozczarowani wymianą - tłumaczy Anna.

Są pewnie niepisane zasady, który obowiązują przy tej formie wypoczynku: opuszczając dom czy mieszkanie należy je posprzątać, zostawić pieniądze, jeśli pod czas naszego pobytu zepsuliśmy pralkę, czy stłukliśmy szkliwo.

- To tania forma podróżowania, bo odpada nam opłata za hotel, pensjonat, czy wynajem mieszkania, a to chyba największy koszt każdego wakacyjnego wyjazdu - opowiada Anna.

Ostatnio coraz więcej osób uprawia, jeśli można użyć tego słowa, couchsurfing. Couchsurfing to innymi słowy korzystanie z czyjejś kanapy lub udostępnianie komuś swojej. Oczywiście słowo kanapa to symbol goszczenia lub bycia czyimś gościem. Dzięki couchsurfingowi można poznać ludzi z całego świata, zobaczyć wiele ciekawych miejsc, wtopić się w miejscowy krajobraz, oberwować go z perspektywy miejscowych, nie turystów.

Julia Nowińska, redaktor prowadząca „National Geographic” często korzysta z portalu oferującego mieszkania innych, które można wynająć na krócej lub dłużej. Właśnie wróciła z trzytygodniowej podróży do Japonii, była w niej z mężem i dwójką malutkich dzieci. Ale zarezerwowała tylko dwa noclegi na dwie pierwsze noce. Potem, jak zawsze, rozejrzała się i ruszyła w drogę.

- Mamy z mężem poczucie, że w każdej sytuacji sobie poradzimy. Nie należy wszystkiego zbytnio planować, to bardzo usztywnia. Generalnie rezerwuję pierwszy nocleg, potem wchodzę między ludzi - opowiada.

Julia Nowińska „zaliczyła” ponad 50 państw na mapie świata, ale jeśli gdzieś jedzie, to zawsze na dłużej: 3 tygodnie, miesiąc, dwa miesiące - tylko tak można poznać kraj, jego kulturę, ludzi. Nigdy nie korzysta z usług biur podróży: żadnych oaz dla turystów, żadnych ośrodków z basenami, barami i miłą obsługą. Sama planuje trasy, korzysta z autostopu albo miejscowej komunikacji, śpi u znajomych, poznanych w drodze ludzi, w hostelach. Je to, co miejscowi, krótko mówiąc na te kilka czy kilkanaście tygodni żyje tak, jak oni. Podróżowanie, to jej wielka pasja. Pewnie w jakimś sensie, sposób na życie.

- Kiedy mam zły dzień, mąż śmieje się, że trzeba mnie zawieść i zostawić na Okęciu, wtedy odżyję - wrzuca ze śmiechem.

Miała chyba jakieś predyspozycje, aby zostać podróżniczką. W wieku 6 lat pojechała na obóz zuchowo-harcerski, wszystko musieli robić na nim sami. Rozchorowała się pod sam koniec, ale kiedy przyjechali po nią rodzice, aby oszczędzić jej podróży jakimś nocnym pociągiem, odmówiła powrotu do domu. Wracała ze swoją drużyną. Potem, już w liceum zdobyła nagrodę prezydenta miasta Warszawy za wyniki w nauce, przeznaczyła ją na kurs języka francuskiego w Montpellier. Pojechała do Francji rejsowym autobusem, sama załatwiła sobie noclegi w jednym z akademików, a w przerwach między zajęciami zjechała „stopem” całe południe Francji.

- Pokochałam klimat podróżowania - przyznaje.

Nie wyobraża sobie, by w ciągu roku nie wyjechać gdzieś na kilka tygodni. Parę lat temu razem z narzeczonym, obecnie mężem, zrobili sobie przerwę w codziennych obowiązkach i ruszyli w podróż dookoła świata. Wciąż jest gdzieś w drodze i nie przeszkadza jej w tym dwójka małych dzieci, podróżują z mamą.

Ryszard

O prof. Ryszardzie Bugaju, ekonomiście, byłym polityku, krążą po Warszawie legendy. - Sam zbudował samochód z przyczepą i jeździ nim po świecie - takie historie można usłyszeć. Znaczy podróżnik.

Profesor, jako młody człowiek, wbrew oczekiwaniom rodziców, bardzo chciał zostać inżynierem, skończył nawet techniczną szkołę średnią i czytał „Młodego Technika”. Ale wiadomo, studia to już była ekonomia, tyle, że ta chęć tworzenia, budowania cały czas w nim tkwiła. Wybudował dom dla siebie i rodziny.

- W tym czasie czytałem pewne rosyjskie czasopismo o majsterkowaniu właśnie, bo w Rosji wszystko robiło się samemu - opowiadał mi swego czasu prof. Bugaj. - Wyczytałem tam instrukcję, jak zrobić „pławdaczę”. To rzeczywiście jest taki domek, który można wozić na samochodzie, a potem zwodować i odpłynąć - tłumaczył.

Spodobało mu się. „Pławdacza” stanęła na podwórku. Kupił do niej poloneza traka, ale nijak nie można było na niego wpakować pływającego domku. Więc powstał projekt zastępczy: adoptował mały samochód zastępczy na auto-camp, którym podróżowali po całej Europie.

- Ale z tym podróżowaniem to bez przesady: dzisiaj wyjeżdżamy dwa, trzy razy do roku. Zdecydowanie północ podoba mi się bardziej niż włoskie klimaty. Bardzo lubimy kraje skandynawskie: Finlandię, Norwegię, Szwecję - opowiadał prof. Bugaj.

Jak widać nie brakuje nam pomysłów na spędzanie wolnego czasu. Jedni wolą spokojnie, w głuszy, z dala od miasta, dla innych najważniejszych jest ruch i to, żeby się działo. Najważniejsze chyba, żeby każdy robił, to na co ma ochotę i wakacjami po prostu się nie zmęczył.

Autor: Dorota Kowalska

Dorota Kowalskad.kowalska@polskatimes.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.