W tym roku Maciej Boinski szedł wzdłuż Wisły [zdjęcia]

Czytaj dalej
Adam Lewandowski

W tym roku Maciej Boinski szedł wzdłuż Wisły [zdjęcia]

Adam Lewandowski

W tym roku Maciej Boinski szedł wzdłuż Wisły. Według map 1047 kilometrów, wyszło ze 100 więcej. Spotkałem go w Solcu. W styczniu 2018 roku chce pokonać San. Mówi, że to najtrudniejsza rzeka.

O to pytają wszyscy: Dlaczego wędruje? Bo lubi. A dlaczego w zimie? Bo jest budowlańcem. - A budowlaniec wolne ma tylko w zimie - śmieje się Maciej Boinski. No i jeszcze dziwią się, jak można w zimie spać w namiocie. A gdy zapraszają go zewsząd na nocleg, a on odmawia, to też pukają się w głowę. W zimie noc w namiocie?! Można - opowiada Boinski. - Trzeba tylko dysponować odpowiednim sprzętem. I odpowiednio przygotować się do każdej zimowej wyprawy.

Oj, nie dla żółtodziobów

- Człowiek uczy się całe życie - mówi pan Maciej. - Przed pierwszą wyprawą spałem dla wprawy nad rzeką pod Piechcinem. I pod Zielonczynem, też blisko mojego Nakła nad Notecią. I tej wyprawy nie zapomnę. Pojechałem do Zielonczyna pociągiem 5.15. Na nogach miałem gumofilce. Zapomniałem oczywiście o latarce. Było jeszcze ciemno i wpadłem w wodę po pas. A tu mróz. Rozpaliłem ognisko, suszyłem się, na szczęście miałem zapasowe skarpety. Ale od ognia gumofilce się zdeformowały... To była nauczka na całe życie. To, że ruszyłem wzdłuż Noteci to też był przypadek. Jestem z Nakła. Noteć zawsze była przy mnie. I korciło mnie, co jest dalej. A że do tego uwielbiam robić zdjęcia, więc i dla zdjęć, i dla poznania tego, co dalej, ruszyłem wzdłuż Noteci. Od źródeł do ujścia. Przyznam, że to była najbardziej niebezpieczna wędrówka. Zero doświadczenia dawało o sobie znać każdego dnia. Ciągnąłem cały swój dobytek na saniach z kółkami...

Pod Białośliwiem rzeka tworzy potężne rozlewisko. Chciałem trzymać się jak najbliżej brzegu. GPS przestał działać, kompasu z sobą, takie niestety żółtodziób popełnia błędy, też nie miałem. I aby zorientować się w terenie, zobaczyć, gdzie koryto Noteci, wszedłem na starą ambonę myśliwską. Byłem pięć metrów nad ziemią...

W tym roku Maciej Boinski szedł wzdłuż Wisły [zdjęcia]

Zmurszałe drewno pękło, spadłem. Na szczęście w wierzbinę otaczającą stare wierzby. Mogłem zabić się. Skończyło się na potężnym bólu łokcia... Co zrobiłem po upadku? Nie myślałem o bólu, tylko... czy aparat fotograficzny jest cały!

Bagaż na saniach ciągnął jeszcze rok później idąc wzdłuż Warty. - Uważałem się wtedy za ledwie opierzonego wędrownika - wspomina Maciej Boinski.

Żonie zawdzięczam

- Bardzo wiele zawdzięczam żonie. To ona przecież przesyła pod wskazane na trasie adresy odzież, żywność itp. Do niej też odsyłam rzeczy do prania. Bo przecież warunków do prania nad rzeką nie mam. Żona też zamieszcza na facebooku moje relacje z każdej wyprawy. Ślę je do niej, również zdjęcia i o resztę dba już żona. I proszę sobie wyobrazić, że o mojej wyprawie wzdłuż Noteci dowiedziała się pani Elżbieta Dzikowska! Zaprosiła mnie na spotkanie do biblioteki głównej PTTK w Warszawie. Ludzie na widowni, na scenie pani Elżbieta i ja! Trema przeogromna. Bo czym jest ta moja wędrówka wzdłuż jednej wtedy rzeki, jeśli porównać z tym, gdzie była i co zobaczyła i zrobiła pani Dzikowska. To tak cudowna kobieta, życzliwa, że w kilka minut zapomniałem o tremie i rozgadałem się na całego.

- Wrócę do Brdy... Takiego błędu w przygotowaniach do wyprawy już więcej nie popełniłem. Przed kolejną - tegoroczną wzdłuż Wisły, przez trzy miesiące przygotowywałem się kondycyjnie. Codziennie bieg i długi spacer.

Zła przymiarka do Brdy

- Noteć ma 400 kilometrów, Warta 800. Brda tylko 238 - pan Maciej wspomina wyprawę sprzed dwóch lat. - 238 kilometrów to przecież pikuś! I ten pikuś wiele mnie wtedy kosztował. Bo wzdłuż Brdy ruszyłem z marszu, bez odpowiedniego przygotowania. Ot, z dnia na dzień spakowałem się, i ruszyłem do źródeł Brdy. Już bez bagażu na saniach z kółkami, tylko z plecakiem. Bo to rzeka o bardzo zarośniętych brzegach, dzika, tereny wokół nie są zagospodarowane tak jak te nad Notecią czy Wartą. Najgorsze, że nie zrobiłem żadnej próby, żadnego treningu z plecakiem. I padłem już po pierwszym dniu. Nogi i ręce odmawiały posłuszeństwa. Wlokłem się, odchorowałem ten brak treningu przed wyprawą. Niewiele brakowało, a zrezygnowałbym z dalszej wędrówki. Decyzja, by iść dalej, kosztowała wiele. Ale dałem radę! Za ciężki był plecak typu komin. Targałem za dużo na plecach.

- Takiego błędu w przygotowaniach do wyprawy już więcej nie popełniłem. Przed kolejną - tegoroczną wzdłuż Wisły, przez trzy miesiące przygotowywałem się kondycyjnie. Codziennie bieg i długi spacer, do 25 kilometrów. W tym także wędrówka z obciążonym plecakiem.

Spotkałem wtedy pana Macieja w Samociążku. Dźwignąłem jego plecak. Ważył chyba z pięćdziesiąt kilogramów. A na pewno czterdzieści. A on jeszcze miał przy sobie drugi, mniejszy, ze sprzętem fotograficznym.

Co tyle w plecaku waży? Namiot, śpiwór, karimata, zapasowa kurtka, kalosze, kuchenka gazowa, jedna butla wystarcza na trzy tygodnie, bielizna, jedzenie... - Skarpetki zmieniam codziennie, majtki co dwa dni, koszulki - co trzy - wyliczał na spotkaniu w soleckim ratuszu. - Z żoną mamy umówione punkty kontaktowe, na które przesyła mi rzeczy na zmianę, także jedzenie. Przed Solcem Kujawskim dostałem zapas kotletów schabowych. Jak zimno, to lodówka potrzebna nie jest. Na każdej wyprawie chudnę i tak po kilkanaście kilogramów.

Koszty? Spore

- Koszty? Duże. Aby nie marznąć, potrzebny jest dobry śpiwór. Kosztuje półtora tysiąca. Namiot, taki na Himalaje, 800 zł, ale jest bardzo ciężki, waży 4 kg. Buty, dobrej firmy, też 800 zł, niestety, nie wytrzymały całej Wisły; popękały. Reklamowałem. Kiedy jest mokro albo bardzo mroźno, to idę w ocieplanych pianką gumowcach. Największy mróz spotkał mnie w tym roku pod Sandomierzem. Minus 27 stopni. Tanie, ciepłe, wypełnione pianką gumowce bez problemu wytrzymują trudy każdej mojej wędrówki i największe mrozy. Kurtka też porządna być musi. I tania wcale nie jest. W plecaku targam drugą - zapasową. I zapasowe spodnie. Jakie są najlepsze portki? Te z budowy. Jak już za brudne, zniszczone, to po prostu wyrzucam. Drugie mam w plecaku, w punkcie kontaktowym czekają kolejne, które przesyła mi żona.

Tysiące zdjęć i filmy...

- Strzelam tysiące zdjęć, i aparat zawsze mam pod ręką. Ale kiedy trzeba nagle zrobić foto, bo bobry, bo zwierzak blisko - to jakoś zawsze wyciągam aparat za późno. Albo jest za ciemno. Kręcę też filmy. Nagrywam dźwięki. Jak huczy pękający lód na rzece, kiedy płynie kra, śryż, bo to też słychać.

- Nad Wisłą bobry jednej nocy urzędowały przy moim namiocie. Obudziło mnie uderzenie w jego poszycie. Okazało się, że zrąbały drzewo i gałąź uderzyła w namiot. To płochliwe zwierzęta, więc kiedy poruszyłem się, wyszedłem z namiotu, to bobrów nie było. Rano gałęzi też już nie było. Zdarza się że podchodzą dziki. Są płochliwe, wystarczy ruszyć się w śpiworze i uciekają.

Bo bać się można tylko ludzi

- Czy się boję? Nie. Bo na takim pustkowiu, nie tylko nad Wisłą, można bać się tylko człowieka... I raz miałem pietra.

- To było nad Wartą, pod Działoszynem. Noc, i nagle warkot samochodów i światła reflektorów omiatające mój namiot. Okazało się, że to złodzieje przyjechali po drewno autami typu jeep. Na szczęście nie zauważyli mnie. Byli bardzo blisko. Załadowali drewno i odjechali. Nie wiem, co by się stało, gdyby dostrzegli niewygodnego świadka kradzieży w lesie. Wtedy naprawdę się bałem.

- Ale najczęściej spotykam bardzo życzliwych ludzi. Najciekawsza noc? W zeszłym roku wędrując wzdłuż Brdy rozbiłem się z namiotem na trawniku przed gmachem bydgoskiej telewizji. A w tym roku idąc wzdłuż Wisły rozlokowałem się z namiotem na... wieży zamku w Czersku! Starosta pomagał mi rozłożyć się. Ale fajnych, ciekawych ludzi spotykam wszędzie. Choćby pod Solcem Kujawskim - w bazie „CREX”. Bardzo mile wspominam też spotkanie w Fordonie. Miejsce na plaży znalazło dla mnie Stowarzyszenie Stary Fordon. Mogłem wykąpać się, zjeść obiad, a że na facebooku zamieszczam relacje z wędrówki, więc zjechało kilkadziesiąt osób - rodzina i znajomi z Nakła i Bydgoszczy, nakielanin mieszkający w Fordonie podarował mi ciepłe skarpety.

- Ludzie zapraszają na spotkania do szkół, ale odmawiam, bo nie mam na to czasu. Takie spotkanie to jeden dzień wędrówki dłużej. A tęskno mi przecież do żony i córki.

San do 9. urodzin córki

Maciej Boinski, choć jeszcze wiosna, już przygotowuje się do styczniowej wędrówki wzdłuż Sanu. 460 kilometrów. Zamierza wyruszyć 2 stycznia.

I przejść San do 25 stycznia, bo chce zdążyć na 9. urodziny córeczki. - By mi nie przebaczyła, gdybym nie był - mówi. - Dlaczego San najtrudniejszy? Bo tam za Ustrzykami kończy się cywilizacja. Dwa dni stracę, by dostać się do źródeł rzeki: 300 metrów po stronie ukraińskiej. Będę rozmawiał w tej sprawie z pogranicznikami. Potem, jak już pójdę wzdłuż rzeki, przez Bieszczady, to przez pięć dni będę szedł przez totalną dzicz. Bez sklepu i przysiółka. Tak więc wyżywienie, wodę, będę na cały tydzień nieść na plecach.

W tym roku Maciej Boinski szedł wzdłuż Wisły [zdjęcia]

- Kolejny problem, to śnieg. Tam zawsze go dużo, około metra, czego nie zaznałem w dotychczasowych wędrówkach. No i zimniej tam niż nad Wisłą, Brdą, Wartą czy Notecią. Bywają mrozy do minus 30 stopni. Mój śpiwór wytrzymuje do -24. Powinienem na San kupić zatem bardziej odporny na mrozy. Ale taki kosztuje już 2,5 tysiąca złotych. Szukam sponsorów. Na razie to sponsoruje mnie mój pracodawca. Jest rozwiązanie: nie mając odpowiedniego śpiwora przy dużych mrozach spać w dzień, gdy jest cieplej i iść w nocy, gdy mroźniej.

- Czy znam Bieszczady? Nie, nigdy tam nie byłem! W Tatry pojechałem raz z żoną. Z wycieczką. Wędrując wzdłuż Wisły poznałem w Tarnobrzegu pana Staszka, przewodnika z Parku Narodowego Bieszczady. Jestem z nim w stałym kontakcie. Pan Staszek radzi zabrać z sobą rakiety śnieżne i łopatę plastykową, tzw. lawinówkę. Niestety, dobre rakiety kosztują sporo - 800 złotych. Znów te koszty!

Bez namiotu będzie lżej

- Zastanawiam się, czy zabrać w Bieszczady namiot. Byłoby o cztery kilogramy lżej. Na pewno nie spotkają mnie tam deszcze, a przecież do ochrony przed deszczem służy namiot. Mogę za to zabrać z sobą dwa koce termiczne. Ustawione pionowo, przy ognisku, znakomicie odbijają ciepło. A ja po całodziennym marszu zasypiam ze zmęczenia w każdych warunkach. Na stojąco. Strach? A przed czym? W takiej głuszy bieszczadzkiej bać się można tylko ludzi. I ewentualnie niedźwiedzi. Ale misie w zimie śpią. Wilków? Przecież wilki boją się człowieka i schodzą mu z drogi.

Adam Lewandowski

Dziennikarz społeczny, zajmujący się interwencjami.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.