W Rio wygra najmocniejszy [rozmowa]

Czytaj dalej
Fot. Sylwwia Dąbrowa
Joachim Przybył

W Rio wygra najmocniejszy [rozmowa]

Joachim Przybył

Rozmowa z kolarzem Sky MICHAŁEM GOŁASIEM o Tour de France i wyścigu olimpijskim w Rio.

- Zanim zapytam o igrzyska, to porozmawiajmy o Tour de France. Przewaga twoich kolegów ze Sky była tak duża, że pojawiły się nawet sformułowaniu o zamordowaniu wyścigu przez Sky.
- Ta trasa nam wybitnie sprzyjała, była najcięższa od lat we Francji pod względem ilości i trudności etapów w górach. My mieliśmy doskonale dobrany skład: sześciu górali i dwóch kolarzy do pracy na płaskich odcinkach. Było widać, że cały czas się wymieniali i praktycznie na każdym etapie mieliśmy czterech mocnych kolarzy na czele. Skład został dobrany idealnie: 6 górali i dwóch na płaskie etapy. Każdy z nich był w stanie skończyć ten wyścig w czołowej dziesiątce.

- Trudno mieć pretensje do grupy Sky, że była tak dobrze przygotowana. Kibice narzekali jednak na nudę w wyścigu.
- Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony. Żadna z konkurencyjnych ekip nie wykazała inicjatywy. Rozumiem, była duża przewaga, ale chyba i tak można było czegoś spróbować. W tym ostatnim tygodniu Froome pokazał, że jest najmocniejszy, ale dziwi mnie lament, że Sky „zabił” wyścig. Przecież to nasza grupa starała się atakować. Chris odjechał na wietrze, atakował na Mont Ventoux. Tak naprawdę byliśmy jedyną ekipą, która robiła show.

- Jedyną dramatyczną chwilą dla Froome’a była kraksa na Mont Ventoux. Widziałeś kiedyś, żeby kolarz bronił koszulki lidera biegnąć bez roweru pod górę?
- Nigdy. Widziałem zawodników, którzy rzucali rowerami po awarii czy kraksie, ale zawsze czekali na wóz techniczny. Chris tymczasem zaczął biec pod górę. To najlepiej świadczy o jego determinacji. Reakcje kibiców nie zawsze są dla niego przyjemne. Bardzo mi wtedy żal, bo wiem, jak ciężko pracuje na te zwycięstwa w Tour de France. Nikt nie lubi dominacji, ale trzeba też docenić wysiłek.

- Dla ciebie to pierwszy sezon w Sky. Jak się odnalazłeś w tej wielkiej grupie?
- Wymagania są w miarę podobnie, moja rola w peletonie w zasadzie się nie zmieniła. Doceniają mnie w drużynie za to, że potrafię sobie poradzić w każdym terenie. Z drugiej strony zawsze może być lepiej: nowi ludzie, nowy trener, więc cały czas się uczę. Po pierwszym roku przeanalizujemy wszystko i poszukamy poprawek i jeszcze dodatkowych rezerw. Taką nobilitacją dla mnie był fakt, że byłem brany pod uwagę do składu na Tour de France, gdzie na początku sezonu nikt mnie tam nie widział.

- Kontrakt w Sky to zwieńczenie zawodowej kariery? Czy może są gdzieś tam pragnienia o czymś większym?
- Gdybym miał okazję pojechać Tour de France i ktoś z naszej drużyny by wygrał, to byłoby dla mnie niesamowite osiągnięcie. Druga część tego sezonu będzie trochę bardziej otwarta dla mnie. Tak na razie jeszcze nieoficjalnie, ale mam się szykować na Vueltę, gdzie także pojedzie Froome. Nasza ekipa jest skoncentrowana na liderze i potrafimy się poświęcić dla jego dobra. Najbardziej z Tour de France podobał mi się obrazek w Paryżu, gdy na podium stanęli wszyscy „skyjowcy”, także z zaplecza drużyny. Bo to było zwycięstwo każdego z nich.

- Ty ścigałeś się w tym czasie w Tour de Pologne, co skończyło się kontuzją ręki.
- To był jeden z najgroźniejszych upadków w mojej karierze, na dużej prędkości. Zostawiłem sporo skóry na asfalcie, ale najbardziej ucierpiała ręka. Wyścig z bólem ukończyłem i sądziłem, że szybko dojdę do siebie, tymczasem do dziś ręka jest opuchnięta, po każdym treningu trzymam ją w lodzie. Nie mogę normalnie oprzeć dłoni na kierownicy, ale nie ma wyjścia, nie mogę sobie teraz pozwolić na odpoczynek.

- Kontuzja wpłynie na przygotowania i formę w Rio?
- W ubiegłym tygodniu treningów nie było zbyt wiele. Trzy etapy Tour de Pologne po ponad 200 km były jednak na tyle ciężkie, że i tak musiałbym trochę odpocząć. W czasie jazdy czuję dyskomfort, organizm broni się i nie jest to optymalna sytuacja. Zaciskam jednak zęby i jadę dalej. Najważniejsze, że jestem w stanie realizować plan przygotowań.

- Przejechałeś trasę w Rio w czasie rekonesansu olimpijskiego. Wszyscy mówią, że jest niesamowicie trudna.
- To prawda. Trudno mi ją nawet porównać do jakiegoś klasyku, może Lombardia? Na pewno wyścig w Rio będzie bardziej wymagający niż choćby Liege - Bastogne - Liege. Nawet ta łatwiejsza runda w środku dystansu wystarczyłaby, żeby rozerwać peleton. Przypuszczam jednak, że wszystko rozegra się w końcówce, ostatnie 15-20 km do mety jest płaskie, więc istnieje wiele możliwych scenariuszy. Trzeba sobie świetnie poradzić podjazdami. To trasa dla kolarzy kompletnych, którzy jednego dnia potrafią dać z siebie wszystko i postawić wszystko na jedną kartę.

- Można wyścig olimpijski rozegrać w taki sposób, jak wy rozegraliście mistrzostwa świata w Ponferradzie? Od początku do końca pod kontrolą jednej reprezentacji?
- Nie sądzę. Reprezentacje są mniejsze, maksymalnie po sześć osób, nas będzie tylko czwórka. Trudno będzie kontrolować wyścig. Możliwe są natomiast różne koalicje, gdy kilka państw będzie miało wspólny interes.

- Takie sojusze zawiązywane są już przed wyścigiem?
- Nie, wszystko zależy od przebiegu wydarzeń. Po pierwszych kilometrach widać już, czy będzie ucieczka i wtedy pojawią się jakieś wspólne interesy. Każdy chce skorzystać z pracy innych, żeby wyeliminować jak najwięcej rywali. W takiej sytuacji dwie lub trzy drużyny zwykle zaczynają współpracować. Trzeba jednak pamiętać, że tak 30-40 km zostaną na czele tylko ci najmocniejsi.

- Jak wspominasz wyścig olimpijski z Londynu? Można go porównać do klasyku czy jakieś etapu w wielki tourze?
- W żadnym wypadku. Dużo większe jest napięcie. Mieszkamy w wiosce olimpijskie i atmosfera się udziela, bliskość innych sportowców, ich sukcesy i porażki, to wszystko zwiększa presję. To nie jest zwykły wyścig. W Londynie sytuacja była wyjątkowa ze względu na ogromną ilość kibiców na trasie. W Rio pewnie tylu nie będzie, ale z drugiej strony, jesteśmy jedną z pierwszych dyscyplin w programie, a takim zawsze towarzyszą wielkie emocje.

- Jeszcze przed Rio sprawdzicie nogi w klasyku San Sebastian.
- Tak, w sobotę startujemy jeszcze w Hiszpanii, w niedzielę lot do Rio. San Sebastian to ważny wyścig z cyklu World Tour. Chciałbym się tam dobrze sprawdzić, ale przy tych moich problemach z ręką muszę także zachować zdrowy rozsądek. W Rio stratujemy już 6 sierpnia. Trochę szkoda, że tak szybko, bo z tego powodu ominie nas ceremonia otwarcia igrzysk.

Joachim Przybył

Fan koszykówki, rowerowych wypraw, historii i astronomii. Toruński (i nie tylko) sport obserwuję i opisuję od prawie 20 lat. Piszę o koszykówce, żużlu, hokeju, piłce nożnej, MMA, ale także o kibicach i sportowych zjawiskach. Dlaczego sport? Za prostotę, kontakt z ludźmi, jasne reguły i prawdziwe emocje. Na platformach Polskapress staram się odpowiadać na wszystkie Wasze potrzeby, dlatego równie ważne dla mnie są rekreacja i sport zwykłych ludzi.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.