Trump to celebryta, anty-polityk. Tym zdobył poparcie [wideo]

Czytaj dalej
Fot. Seth Wenig
Agaton KozińskiTwitter: @AgatonKozinski

Trump to celebryta, anty-polityk. Tym zdobył poparcie [wideo]

Agaton KozińskiTwitter: @AgatonKozinski

W ostatnich latach Stany Zjednoczone przesunęły się mocno na lewo. Donald Trump zapełnia lukę, która powstała po prawej stronie. Grunt pod to przygotowała Tea Party - mówi prof. Charles W. Clark, wykładowca akademicki.

- Co takiego stało się z Ameryką, że ma tak trudny wybór: albo Hillary Clinton albo Donald Trump?
- System polityczny ma swoją dynamikę. W 2008 r. wyniósł na szczyt Baracka Obamę, mimo że ten dwa lata wcześniej był politykiem z drugiego, czy nawet trzeciego szeregu.

- Było sporo komentarzy mówiących wręcz, że on był „produktem” marketingu politycznego.
- Jedni wyniki wyborów przyjmują lepiej, inni gorzej. Nie zdarza się, by wszyscy z wyników byli zadowoleni.

- Ale ja zapytałem na początku o co innego. Jeszcze nie wiemy, kto zostanie nowym prezydentem, ale już wiemy, że będzie to polityk o rekordowo niskim poziomie zaufania. Trump i Clinton są na czele zestawień pokazujących poziom nieufności do polityków w USA.
- Fakt, że pani Clinton jest kandydatem na prezydenta jest dość naturalny. Przecież w 2008 r. też walczyła o nominację, na początku była niemal bezapelacyjnym faworytem, dopiero później pokonał ją Obama. W tym roku również od początku była głównym kandydatem, choć trafił jej się wyjątkowo zdeterminowany rywal, Bernie Sanders.

- U Republikanów od samego początku wszystko układa się na opak, całkowicie inaczej niż zwykle.
- Na początku było aż 16 kandydatów do prezydentury, wśród nich aż pięciu gubernatorów - już to czyniło walkę o republikańską nominację wyjątkowym.


Wideo: Kontrowersyjna kampania Donalda Trumpa. Czy przyciągnie Amerykanów?

źródło: Dzień Dobry TVN/x-news

- Efekt też wyjątkowy, nominację dostał największy autsajder. Trump wcześniej nie miałby szans nawet na to, by mocniej zaistnieć. Co takiego się zmieniło, że teraz mu się udało?
- Konsekwentnie powtarzał, że Ameryka jest w złej sytuacji, zarówno w sytuacji wewnętrznej, jak i w sprawach zagranicznych. Amerykanie podzielili jego diagnozę. To właśnie przesądziło o jego nominacji.

- Jaki wpływ na to ma fakt, że amerykańska klasa średnia coraz bardziej się kurczy? Dziś w USA mieszka więcej przedstawicieli klasy wyższej i niższej niż średniej - taka sytuacja ma miejsce po raz pierwszy.
- Hasło Trumpa „Make America Great Again” trafia w oczekiwania tej części klasy średniej, która poczuła, że traci swą silną pozycję.

- I poczucie pewności siebie.
- Bez przesady. W Ameryce poczucie pewności siebie porusza się po sinusoidzie, ale generalnie nigdy nie spada poniżej pewnego, dość wysokiego poziomu. Na pewno nominacji dla Trumpa nie da się wytłumaczyć tym, że Amerykanie stracili pewność siebie.

- Na pewno Trumpa niesie poparcie klas niższych, osób słabiej zarabiających. Dlaczego popierają miliardera?
- Duże znaczenie mają tu poglądy polityczne. W ostatnich latach Ameryka przesunęła się mocno na lewo. Clinton podtrzymałaby ten trend. Trump zapełnia lukę, która powstała po prawej stronie. Grunt pod to przygotowała mu Tea Party, która powstała kilka lat temu wewnątrz Republikanów, ona wyznaczyła pewien standard, do którego on się odwołuje. Trump poszedł w ich ślady.

- Od początku zachowuje się tak, aby Amerykanie uznali go za anty-polityka. I to działa.
- Bo w Ameryce nie lubi się polityków. Uważa się ją za grupę, której nie należy szanować. Natomiast Trump jest znany od dawna, swym ekstrawaganckim zachowaniem wypracował sobie w USA pozycję celebryty. Ma barwną osobowość i wykorzystuje to w swojej kampanii prezydenckiej. W ten sposób ma szansę stać się pierwszym prezydentem od czasów Dwighta Eisenhowera, który zostanie wybrany na najważniejszy urząd w państwem, mimo że wcześniej nie wygrał żadnych wyborów. Choć proszę nie traktować tych słów jako stawiania znaku równości między Trumpem i Eisenhowerem. Ten drugi przed prezydenturą był głównodowodzącym wojskami alianckimi w czasie II wojny światowej w Europie. On wygrał wojnę z Niemcami. Lepszych kwalifikacji do bycia prezydentem mieć nie można.

- Przyjechał Pan do Polski, by wygłosić wykład „Jak amerykańscy prezydenci są wybierani”. Tytuł sugeruje, że w amerykańskim systemie wyborczym jest haczyk. Jaki?
- Już sam fakt, jak wygląda cała procedura wyborcza, pokazuje jej niezwykłość.

- Chodzi Panu o system nominacji partyjnych?
- Bardziej o to, że opiera się on ciągle na zapisach z konstytucji, która obowiązuje od 1789 r. Od tamtej pory Ameryka zmieniła się radykalnie, prawo głosu dziś mają wszyscy obywatele kraju bez względu na płeć, rasę, czy status majątkowy. Ale mimo tej ewolucji, amerykańskiego prezydenta - przypomnę, że to jedyne wybory w USA, które odbywają się jednocześnie w całym kraju - ciągle nie wybiera się bezpośrednio, lecz za pomocą skomplikowanego systemu liczenia głosów elektorskich, innego w każdym stanie.

- Chce Pan powiedzieć, że USA - kraj, który właściwie wymyślił demokrację - w rzeczywistości demokracją nie jest?
- Nie, Stany Zjednoczone to republika oparta na demokratyczny systemie. Podkreślam jedynie fakt, że prezydenta nie wybiera się w wyborach bezpośrednich. Głowę państwa nie wybierają bezpośrednio Amerykanie, tylko elektorzy w poszczególnych stanach. Oznacza to, że te wybory - choć teoretycznie są ogólnokrajowe - tak naprawdę rozgrywają się w poszczególnych stanach. I w każdym z nich prowadzi się jakby oddzielną, zamkniętą kampanię.

- A kluczową rolę w wyborach odgrywają tzw. swing states, czyli stany, w których czasami wygrywa kandydat Republikanów, a czasami Demokratów.
- Tak - choć też nie znaczy to, że kandydaci mogą swą kampanię ograniczyć tylko do tych swing states.

- Warto, by Demokrata tracił czas na walkę o wybitnie republikański Teksas?
- Nie ma zamkniętej listy takich obrotowych stanów. Albo inaczej - wszystkie stany są obrotowe. Gdy Richard Nixon wygrywał wybory w 1969 r., zwyciężył je we wszystkich stanach poza jednym - ale już w czasie kolejnej elekcji w 1976 r. w zdecydowanej większości stanów wygrał kandydat Demokratów.

- Bo Nixona skompromitowała afera Watergate. Trudno było się spodziewać innej reakcji Amerykanów.
- Ale to nie była jedyna taka sytuacja. W 1964 r. demokrata Lyndon Johnson wygrał właściwie w całym kraju, poza stanami położonymi najbardziej na południu. To najlepiej pokazuje, że każdy stan w USA jest obrotowy.

- Pytanie do jakiego stopnia.
- Barack Obama kiedyś powiedział, że wszystkie stany w Ameryce są purpurowe - różnią się jedynie odcieniem purpury (w USA tradycyjnie Demokratów oznacza się kolorem niebieskim, a Republikanów czerwonym - purpurowy to symbol kolor powstające z wymieszania tych dwóch barw - przyp. red.). Wydaje mi się, że to określenie Baracka Obamy najlepiej oddaje specyfikę Stanów Zjednoczonych. Jest to istotne szczególnie w tegorocznych wyborach, bowiem zapowiada się, że wynik obu kandydatów będzie bardzo zbliżony do siebie. Pewnie o rozstrzygnięciach nie zdecydują nawet rezultaty na poziomie poszczególnych stanów, ale na poziomie hrabstw, na które stany są podzielone. Dopiero bowiem analizując poparcie partyjne w hrabstwach widać wyraźnie różnicę między Republikanami i Demokratami. Tak dziś pracują sztabowcy Hillary Clinton i Donalda Trumpa.

Rozmawiał: Agaton Koziński

Agaton KozińskiTwitter: @AgatonKozinski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.