Tomasz Malinowski: - Jestem raczej powściągliwym kibicem

Czytaj dalej
Roman Laudański

Tomasz Malinowski: - Jestem raczej powściągliwym kibicem

Roman Laudański

Rozmowa z Tomaszem Malinowskim, dziennikarzem sportowym i publicystą. - Jestem raczej powściągliwym kibicem - mówi autor książki.

- Gazeta żyje jeden dzień, internet dłużej, ale niewiele po nas zostanie. Stąd pomysł na książkę "Rozmowy nieoczywiste"?
- (śmiech) Nie, nie! Zdecydował, jak to często bywa, przypadek. W czasach, kiedy dziennikarstwo sportowe było pod obstrzałem nie tylko czytelników, ale i językoznawców, pomyślałem, że wybiorę się do prof. Miodka i - u źródła zapytam, jakie błędy językowe popełniamy pisząc o sporcie. Prof. Miodek pocieszył mnie, że nie jest aż tak źle, a jemu trzeba ufać, bo jest językoznawcą...

-...oraz zapalonym kibicem, czego dowiedzieliśmy się z twojego wywiadu.
- Z tematów prasoznawczych szybko przeszliśmy do futbolu, bo prof. Miodek jest wielkim fanem chorzowskiego Ruchu! Kiedy zaczął opowiadać o swojej miłości do piłki nożnej, to po prostu wcisnęło mnie w fotel! Po tym wywiadzie postanowiłem pójść "za ciosem" i poszukać kolejnych ciekawych postaci interesujących się piłką nożną. Jednak w wywiadach, które ukazywały się na łamach Gazety Pomorskiej nie ograniczam się tylko do futbolu, ale rozmawiamy często w ogóle o sporcie, który jest zjawiskiem globalnym, a zainteresowanie nim powszechne. I tak po raz kolejny wcisnęła mnie fotel rozmowa z wybitnym pisarzem Jerzym Pilchem! Ślady fascynacji piłką nożną i sportem można odnaleźć w wielu jego książkach. Kiedy skończyliśmy rozmowę, mistrz zapytał: a dlaczego pan nie wyda książki z tymi wywiadami? I wracając pociągiem do Bydgoszczy pomyślałem: dlaczego nie?

- "Prawdziwy kibic musi mieć drużynę z krainy swojego dzieciństwa" - to zdanie Jerzego Pilcha z waszej rozmowy. Jak jest z tobą? Na podwórku zawsze chciałeś być kapitanem. No i kłóciliście się, kto będzie "Lubańskim".
- Zaczęło się od gry na podwórku, później startowałem w turnieju "dzikich drużyn" organizowanym przez "Dziennik Wieczorny" i Jerzego Stroińskiego. Tam wypatrzyli mnie trenerzy i zaprosili do szkółki piłkarskiej działającej przy bydgoskim Okręgowym Związku Piłki Nożnej. Miałem wtedy 10, 11 lat - zwykły chłopak ze śródmieścia, gdzie nawet porządnego boiska nie było.

Tomasz Malinowski: - Jestem raczej powściągliwym kibicem
Książka Tomasza Malinowskiego to zbiór wywiadów z m.in. Maryla Rodowicz, Zenonem Laskowikiem, Krzysztofem Materną i Kazikiem Staszewskim o ich fascynacji piłką nożną.

- A w "jedynce" (I LO) za płotem?
- Było także w dawnym Technikum Kolejowym, gdzie graliśmy na szutrowym boisku, ale najczęściej graliśmy w parku przy filharmonii. Bramki ustawialiśmy ze szkolnych teczek. Uczyłem się w szkole podstawowej nr 37, dziś jest tam szkoła muzyczna. Na każdej przerwie i w "okienku" biegliśmy grać w piłkę. A w szkole grałem również na bramce w piłkę ręczną. Pamiętam, że trudno było pogodzić treningi w szkółce z nauką, a starałem się uczyć dobrze, bo ojciec był nauczycielem, polonistą. Jako młody piłkarz wyjechałem po raz pierwszy za granicę, do Schwerina w byłym NRD.

- Z czym wiąże się anegdota o polskich monetach w niemieckich automatach?
- Trochę wstydliwa i przykra historia. Nie uczestniczyłem w niej! Do NRD pojechały dwie reprezentacje. Starsi koledzy zauważyli, że do automatów pasują nasze dwuzłotówki. Tak wchodzili w posiadanie słodyczy, gumy do żucia i maskotek, a podczas spotkania pod koniec wyjazdu, jeden z organizatorów wysypał z worka polskie dwuzłotówki... Było nam przykro, a opiekunowie dostali mocnych wypieków na twarzach...

- Nie chciałeś grać zawodowo?
- Dwa, trzy razy zagrałem w reprezentacji województwa bydgoskiego, ale do wieku juniora grałem w Kolejowym Klubie Piłkarskim Brda Bydgoszcz. Byłem jedynym zawodnikiem uczącym się w liceum... Oczywiście marzyłem o "karierze" sportowej, ale bardziej w roli trenera lub dziennikarza sportowego. Starsi koledzy uprzedzili, że ciężko się dostać na kierunek trenerski w AWF, na dodatek trzeba umieć pływać, a ja od zawsze byłem i jestem w wielkim konflikcie z wodą. Postanowiłem studiować polonistykę, zawiozłem nawet dokumenty na uczelnię, ale na dworcu w Poznaniu kupiłem "Głos Wielkopolski", w którym przeczytałem, że są wolne miejsca na dziennikarstwie w ramach Instytutu Nauk Politycznych. Od razu złożyłem tam papiery!

- Myślałem, że fascynacje sportowo - dziennikarskie masz po Janie Ciszewskim, znakomitym komentatorze, którego potrafiłeś zręcznie naśladować.
- Nie mam głosu radiowego, a poza tym moim idolem był, jest i pozostanie nieżyjący już Bohdan Tomaszewski. Ceniłem go nie tylko za sposób komentowania, ale za jego działalność publicystyczno - reportażową. Pisał fantastyczne książki, z których można było się wiele nauczyć. Miał nad nami przewagę - uczestniczył w wydarzeniach sportowych rangi światowej i europejskiej. Ja miałem okazję relacjonować tylko Igrzyska Olimpijskie w Sydney i Mundial 2006 roku w Niemczech.

- Ciągle czekam na odpowiedź o drużynę dzieciństwa...
- W Bydgoszczy - narażę się kibicom Zawiszy - kibicowałem Polonii Bydgoszcz, a moim idolem był Marian Norkowski zwany "Malą". Znakomity snajper, podczas meczu z Górnikiem Zabrze w Bydgoszczy strzelił cztery gole. To była wielka sensacja. A bramki Górnika bronił Hubert Kostka! Mogłem mieć wtedy sześć, siedem lat.

- To pierwszy, ważny mecz, który zapamiętałeś?
- Jak najbardziej, zabrał mnie tam starszy brat. Mecz utkwił mi w pamięci, bo "Mala" stał się idolem kibiców, także moim. W kraju zawsze kibicowałem Lechowi Poznań.

- Bo studiowałeś w Poznaniu?
- Nawet wcześniej, a potem - o ile studencki budżet pozwalał - starałem się regularnie chodzić na mecze Lecha. Jeśli pytasz o zespoły zagraniczne, to AC Milan i Manchester United. Miałem okazję być na stadionie Old Trafford - przepiękny obiekt i fantastyczne muzeum "ManU". Trzecim zespołem, który lubię oglądać - tym razem narażę się kibicom Barcelony - jest Real Madryt. Dodam, że wcale nie z powodu wszechobecnego Ronaldo. Tam grał nasz rodak Raymond Kopaczewski.

- A z Ronaldo chciałbyś zrobić wywiad?
- Nie jest bohaterem mojego romansu, choć cenię go za profesjonalizm i pomoc potrzebującym. Zarabia niebotyczne pieniądze. Nie interesuje mnie, gdzie je lokuje, ale wiem, że pomaga ludziom. Cenię też za to Justynę Kowalczyk, czy Piotra Małachowskiego. Oprócz działalności sportowej i tantiemów za wyniki potrafią dzielić się z innymi. Moje możliwości są skromniejsze (śmiech), ale honorarium ze sprzedaży książki przeznaczę na rzecz poparzonej Amelki, której tata zginął w Bydgoszczy w wybuchu gazu. Ja spełniłem się wydając książkę i ta satysfakcja mi wystarczy...

- W "Pomorskiej" trafiłeś od razu do działu sportowego?
- Zacząłem pracę w 1976 roku. "Gazeta Pomorska" zawsze miała silny dział sportowy i tak jest nadal, a ja zgłosiłem się na wakacyjny staż. Moimi mistrzami byli redaktorzy: Zbigniew Urbanyi i Zbigniew Smoliński, którzy podczas każdych wakacji uczyli mnie zawodu. W 1978 roku otrzymałem fundowane stypendium. Janusz Garlicki, redaktor naczelny i moi przełożeni wystąpili o nie do wydawnictwa. Bardzo się ucieszyłem! Etat stażowy dostałem w 1980 roku, ale nim trafiłem do sportu - przeszedłem normalną drogę reportera działu miejskiego, pracę w dziale ekonomicznym. Dopiero w 1983 roku nastał czas na etat w dziale sportowym.

- Nie interesował cię dział społeczny?
- Chciałem pisać o sporcie. Każdy chce od razu zaczynać od publicystyki, komentarzy i reportaży, ale wtedy w codziennych wydaniach "Pomorskiej" nie było miejsca na takie wypowiedzi. Dopiero poniedziałkowe wydanie pozwalało rozwinąć skrzydła, bo w weekendy dużo się działo. Dziś praktycznie nie ma dnia bez zawodów sportowych.

- Były mecze, które utkwiły w narodowej pamięci Polaków?
- Mecz na Wembley w 1973 roku, kiedy Polacy zremisowali 1:1 z Anglikami i awansowali do Mundialu w RFN. To był "milowy" mecz biało-czerwonych.

- Prof. Miodek wskazuje na mecz naszej reprezentacji ze Związkiem Radzieckim.
- Wygraliśmy 2:1, Gerard Cieślik strzelił dwa gole Lwowi Jaszynowi, legendarnemu bramkarzowi radzieckiemu. Radość była wielka. Na stadionie Śląskim w Chorzowie, który mógł pomieścić 80 tys., zasiadło sto tysięcy kibiców. Podobnie było podczas meczu lekkoatletycznego Polska - Stany Zjednoczone, gdzie na Stadion Dziesięciolecia przyszło 100 tys. kibiców! To nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach! Tylko wtedy sport był jedną z niewielu rozrywek.

- Mamy w Bydgoszczy stadion, który świeci pustkami nawet w czasie dużych imprez.
- Ubolewam, że Zawiszę wysłano na banicję do Potulic. Serce mi się kraje, gdy widzę pusty stadion Zawiszy. Może zapełni się podczas Młodzieżowych Mistrzostw Europy? Będzie tu grała Hiszpania i Portugalia. Kibice przyjdą.

- Wytłumacz, proszę, profanowi, na czym polega sekret 22 facetów uganiających się za piłką?
- Zapraszam do książki, zapytałem o to prof. Wojciecha Bursztę. Wyjaśnia, że to jest fenomen kulturowy, wręcz atawizm. Kwestia relacji międzyludzkich, tylko na boisku. Piłka fascynuje. Dla Brazylijczyków piłka nożna jest sacrum. To również rywalizacja. Zauważ, że staramy się oddać emocje w naszych materiałach, bo piłka nożna to przecież emocje! To również forma ludycznego widowiska, które gromadzi tysiące ludzi. Na dawnej Maracanie w Rio de Janerio mecze oglądało prawie 200 tysięcy kibiców! Tylko jeśli dziś Chińczycy proponują najlepszym piłkarzom gaże na poziomie 400 tys. euro tygodniowo, to widać, że piłka niebezpiecznie zawładnęła ludzkimi umysłami. Przepraszam, najwyższą tygodniówką jest kwota 700 tys. euro dla Carlosa Teveza!

- Tu jeszcze jest miejsce na sport?
- On dziś jest bardzo powiązany z telewizjami. Popularność danej dyscypliny, przede wszystkim piłki nożnej, napędza relacje sportowe w telewizjach. A stacje telewizyjne prześcigają się w wykupywaniu praw do transmisji wydarzeń sportowych. Popatrzmy jak w Stanach Zjednoczonych "opakowane" są wydarzenia sportowe, np. futbol amerykański, Piłkarska Liga Mistrzów czy Diamentowa Liga Lekkoatletyczna.

- Jakim jesteś kibicem? Musisz siedzieć na trybunach czy wolisz w domu przed telewizorem? Klniesz, krzyczysz, szlag cię trafia?!
- Staram się być kibicem czynnym, oglądać na stadionie każdy krajowy mecz reprezentacji. Niestety, dobre czasy jeżdżenia za reprezentacją już się skończyły. Redakcje niechętnie delegują na coś takiego dziennikarzy. Kibicuję Chojniczance, która ma szansę awansować do ekstraklasy. W 40-tysięcznym mieście zmobilizowała się fantastyczna grupa pasjonatów, którzy stworzyli taki zespół! A kibicem jestem bardzo spokojnym, nawet żona ma do mnie pretensje, że kiedy oglądamy wspólnie mecze, to powstrzymuję się od głośnych komentarzy. Jestem powściągliwym kibicem.

- Wymieniłeś Chojniczankę, a ja mam wrażenie, że futbol potrafi zmobilizować mieszkańców nawet najmniejszych wsi, o czym przekonujemy się jeżdżąc po regionie.
- Bardzo szanuję piłkę na poziomie poniżej rozgrywek centralnych. Tam widać sportową pasję i fascynacje futbolem. Tam nie ma etatów dla piłkarzy i tantiemów. Prawdziwa ludyczna rozrywka.

- Pika nie straciła w twoich oczach, kiedy odbywały się tak wielkie przekręty? Kilkuset zatrzymanych działaczy. Zenon Laskowik wspomina mecz Zawiszy w Poznaniu. Do przerwy Zawisza prowadził 2:0...
- ...a w przerwie przez megafony wywołano któregoś z członków zarządu i Lech wygrał 4:2. Byłem na tym meczu. Nie straciłem szacunku dla Lecha, bo nie byłem świadomy tego, co się działo. O tym fakcie dowiedziałem się rozmawiając z Zenonem Laskowikiem, który był wtedy trenerem grup młodzieżowych w Lechu Poznań. Piłka dużo straciła na "drukowaniu" spotkań między klubami, zawodnikami i sędziami. Bolało mnie to, że maczali w tym palce sędziowie, którzy wypaczali wyniki spotkań. Procesy nadal trwają. Kiedy na czele związku stanął Zbigniew Boniek - wizerunek zdecydowanie się poprawił.

- Znacie się?
- Oczywiście, Zbyszek mieszkał na osiedlu Leśnym, które ze Śródmieściem rozgrywało podwórkowe mecze. Częściej grał jego starszy brat, Roman, bo Zbyszek miał obowiązki klubowe. Był czołowym juniorem, a wcześniej trampkarzem w bydgoskim Zawiszy. Jesteśmy kolegami. Kiedyś gościliśmy go na łamach jako piłkarza, dziś - w roli prezesa. Pamiętam, że przed każdymi świętami dzwoniłem do niego do Włoch, by zamieścić choć krótką relację. Utrzymujemy koleżeńskie relacje.

- Nasza obecna reprezentacja narodowa przywróci nam dumę?
- Już jesteśmy z niej dumni, choć nie gramy jeszcze takiej wyrafinowanej piłki jak Niemcy, Belgowie czy Hiszpanie. Miejsce Polski w rankingu pokazuje, że trzeba się z nami liczyć. Zostawiliśmy już za plecami reprezentację Italii, której zawsze kibicuję. Jestem przekonany, że zakwalifikujemy się do Mundialu w Rosji. A jak tam nam pójdzie? Chciałbym, żeby co najmniej tak dobrze, jak we Francji. Ćwierćfinał i może coś więcej...

- Fanami piłki nożnej są nie tylko faceci. Rozmawiałeś z Małgorzatą Domagalik i z Marylą Rodowicz, z którą na dodatek rozkręciłeś aferę na całą Polskę.
- Relacjonując mecze widziałem te panie na stadionie. Podczas wywiadu Maryla Rodowicz powiedziała mi, że chciałaby być jak rosyjski oligarcha Roman Abramowicz (właściciel Chelsea Londyn) i mieć własny klub piłkarski. Ukazał się wywiad, a działacze Victorii Koronowo napisali do niej list z zapytaniem, czy nie chciałaby ich wykupić, bo mają trudną sytuację finansową. Oczywiście temat podchwyciły wszystkie media, zwłaszcza centralne i Maryla Rodowicz musiała wytłumaczyć się, że użyła przenośni, bo gdyby miała takie dochody jak oligarcha Abramowicz, to pewnie kupiłaby klub piłkarski. Nawet nie wiem, czy inne kluby nie ustawiły się w kolejkę do pani Maryli. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie rozmowa z Małgorzatą Domagalik, która na wstępie powiedziała, że jako dziewczynka grała w piłkę nożną, a ja - przyznam się - mam słabość do futbolu kobiecego. Lubię panie grające w piłkę nożną, na łamach "Pomorskiej" piszę o bydgoskiej drużynie kobiecej. Wiedza redaktor Domagalik na temat futbolu po prostu poraża! Jest autorką świetnej książki "Kuba" o Kubie Błaszczykowskim. Przyznała również, że chciałaby napisać scenariusz filmu o piłkarzu, ale szuka zawodników z charyzmą. Dla niej kimś takim jest niegrający już francuski piłkarz Eric Cantona, enfant terrible europejskiej piłki, koneser sztuki i dobrych win.

- Rozmawiałeś z gwiazdami, może choć trochę ktoś "gwiazdorzył"?
- Nie, nie. Najdłużej umawiałem się na wywiad z profesorem Normanem Daviesem. Czekałem prawie dwa lata na wywiad, ale było warto! Ze spotkania wychodziłem na miękkich nogach. Nie dość, że jest znakomitym historykiem wspaniale czującym polskie sprawy, to jego wiedza na temat futbolu jest równie wielka, chociaż przyznał się, że jego emocje i namiętności z piłki nożnej przechodzą na rugby. Powiedział: "futbol stał się grą barbarzyńców". Trudno się pogodzić z tym zdaniem, bo rugby jest chyba bardziej walecznym sportem.

- Ty również walczysz i prowadzisz teraz najważniejszy mecz życia - z chorobą nowotworową.
- Na razie wygrywam. Zobaczymy, co będzie dalej.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy \"Gazety Pomorskiej\"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.