Spotkanie u rzeźnika

Czytaj dalej
Fot. IPN
Adam Willma

Spotkanie u rzeźnika

Adam Willma

To był dla Feliksa Raczyńskiego fatalny zbieg okoliczności. Zimą 1948 roku dwóch mężczyzn w tym samym czasie przyszło na zakupy do rzeźnika. Po raz pierwszy ujawniamy mroczną przeszłość muzyka z inowrocławskiego uzdrowiska.

Zima w 1948 roku była surowa. Wisła pokryła się grubym lodem. Ale w polityce było gorąco. Z „kołchoźników” w zakładach pracy wylewały się informacje o walkach w Kaszmirze, bombardowaniu Palestyny i delegalizacji Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie. Główną informacją był jednak kongres zjednoczeniowy, na którym powstała PZPR. Dla ludzi najważniejszy był jednak prezent, który z tej okazji uszykowano społeczeństwu - zniesienie systemu kartkowego.

Skrzypek z uzdrowiska

Może więc właśnie na zakupy przyjechał do Inowrocławia 48-letni Jan Gucwa, właściciel 6-hektarowego gospodarstwa w Lachmirowicach nad Gopłem. Z akt Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa wynika, że Gucwa zaszedł do rzeźnika i tam zobaczył Raczyńskiego. „Świat jest mały” - pomyślał zapewne. Nie popędził z tą wiedzą od razu na milicję. Raczej podzielił się nią z kimś z rodzinnych Gorlic, bo z tamtejszego UB przyszło w maju 1949 roku pismo o sprawdzenie Raczyńskiego.

Informacja zwrotna zawierała informacje zdobyte przy pomocy tajnych agentów: „Urodził się w 1902 roku w Janikowie. Rodzice zamieszkiwali w Ostrowie koło Janikowa, w majątku, jako robotnicy rolni. Z zawodu muzyk, plutonowy rezerwy, zamieszkały w Inowrocławiu przy ul Solankowej 42. W 1939 roku zamieszkiwał w Gniewkowie przy ul. Zamkowej 3, gdzie był właścicielem domu. W 1940 został wysiedlony do Generalnego Gubernatorstwa skąd wrócił 8 VII 1945 roku do Inowrocławia. Muzyk w Zawodowym Związku Muzyków. Grywa obecnie w tutejszym uzdrowisku. Opinie ma dobrą, nic ujemnego nie stwierdzono”.

Solankowa, gdzie Raczyński mieszkał z żoną, to w Inowrocławiu najlepszy z możliwych adresów. Bo Raczyńskiemu - o czym donosili agenci - wiodło się nadzwyczaj dobrze. Tylko na zdrowiu mocno podupadł - zżerała go postępująca gruźlica.


Solankowa - tu mieszkał Raczyński

Zabijano na miejscu

W 1949 roku zapewne nie wiedział, że w Gorlicach przesłuchiwany jest już Franciszek Węcel, który przyznał się do wszystkiego. A przy okazji wsypał Raczyńskiego. Milicjanci z Gorlic szybko odnaleźli świadków wydarzeń z zimy 1942 roku.

Julian Trześniak, rolnik na 3 hektarach zapamiętał je tak:

„Do Ropy (miejscowość położna kilkanaście kilometrów od Gorlic - przyp. red.) przyjechał komendant posterunku policji polskiej Franciszek Węcel oraz policjanci Targosz i Raczyński. Przybyli z Poznańskiego. Po objęciu posterunku zaczęli prześladować ludność miejscową, każąc za najmniejsze przestępstwo mandatami pieniężnymi. Z rozkazu komendanta jak i na własną rękę obstawiali drogi i odbierali ludziom wszystko, cokolwiek ci nieśli do miasta: masło, mąkę i inne rzeczy. A to co zrabowali, następnie sprzedawali i za to pili - tak, że nieraz wyglądali jak bydło”.

W 1942 roku żyło jeszcze w powiecie gorlickim ponad 7 tys. Żydów. Do 1945  roku ocalało zaledwie 85.
IPN

Jan Gucwa: „Po przybyciu do Gorlic Raczyński nie miał dobrego ubioru, a później chodził w kożuchu i dobrych ubraniach, tak jak i jego żona. Rzeczy te pochodziły od tych, co ich wysyłano do lagrów lub tych, co ich zabijano na miejscu, jak Żydów”.

„Zabijano”. Zarówno świadkowie, jak i oskarżeni w tej sprawie upodobali sobie bezosobowe formę.

Trześniak został przez gminę wyznaczony do oddziałów samoobrony, które podlegały komendantowi Węclowi.

„Dostałem wezwanie, abym się zgłosił do kancelarii. Około 23.00 Węcel dał nam rozkaz, żeby iść w kierunku wioski Łosie. Sam natomiast z jakimś osobnikiem zamaskowanym szedł przodem”.

Szmalcownik

Jeszcze nie wiedzieli, dokąd idą. Zachodzili w głowę, kim jest przewodnik.

„Po wyjściu z posterunku policja nas otoczyła. Powiedzieli nam, żebyśmy nie starali się podchodzić do tego, co idzie przodem. Jeśli któren podejdzie do niego, będzie zastrzelony. Ciekawi co to za osobnik, którego tak strzegą, chcieliśmy koniecznie go zobaczyć. Namówiliśmy się, że jeden zaświeci zapałką, a drugi przypatrzy mu się. To widząc policjant Raczyński krzyknął do tyłu: >>Skurwysynu, bo ja ci wypalę w łeb<<. Więc, widząc co jest, cofnęliśmy się i nie dane nam było się do niego zbliżyć”.

Doszli do Klimkówki. Gwiazdy odbijały się w tafli pięknego jeziora. Tam Węcel kazał czekać na ukraińską policję. Było zimno, więc skryli się w chacie. Zamaskowanego przewodnika komendant zaprowadził do stajni.

Na Ukraińców czekali przeszło półtorej godziny: „Węcel z komendantem ukraińskiej policji udali się do stajni i poszli zabierając tego nieznajomego” - relacjonuje dalej Trześniak. „My szliśmy z tyłu z trzema Ukraińcami i trzema polskimi policjantami, którzy nas pilnowali. Tak doszliśmy przez lasy w kierunku Ropy. Po wyjściu na skraj lasu zamaskowany osobnik pokazał dom, w którym byli ukryci Żydzi, a sam odszedł do lasu”.

Nie umiecie szukać

Węcel zwołał wszystkich i powiedział, że w domu są Żydzi. Więc trzeba ich zniszczyć. Jedni mieli pilnować okien i drzwi, drudzy - przeprowadzić rewizję.

Sitak zapamiętał to tak: „Gdy podeszliśmy, policjanci zaczęli raptownie wywalać szyby i drzwi, po czym wpadli do środka. Nam pierwszym kazano szukać po strychu, stodole i stajni. Ukraińcy i jeden policjant zaczęli bić kobietę, aby powiedziała, gdzie są Żydzi. Ale nie powiedziała nic”.

Węcel Franciszek wraz z policjantami został na dworzu. Pilnował, aby nikt nie uciekł z domu. Chłopi z samoobrony przeszukali każdy kąt.

Nie znaleźli żadnego Żyda.

Jeden z policjantów ukraińskich nie dawał jednak za wygraną: „Nie umiecie szukać!”.

Sitak: „Ukrainiec sam zaczął grzebać nogami po deskach i zobaczył, że jest świeżo ciosane drewno. Kazał nam rwać deski. Po ich wyrwaniu kazali mnie i Trzepieli wleźć i ściągnąć pierzyny z tych Żydów”.

Sitak nie chciał iść, ale dostał kolbą i zmienił zdanie. Zdarł z Żydów pierzyny: „Policjanci krzyczeli do Żydów, by wyłazili. I zaczęli strzelać. Ukraińska policja wystrzelała w tę trójkę parę naboi. Polski policjant Dybas wystrzelił jeden pocisk i zaciął mu się karabin i więcej nie strzelał. Potem kazali nam leźć do środka i wyrzucić tych Żydów na klepisko w stodole, co też zrobiono. W jamie było zabitych trzech Żydów i jedna Żydówka, a jeden Żydek liczący około 14 lat nie był ranny, więc Węcel kazał mu wyleźć”.

Sitak nie mówi, co stało się z chłopcem. Za to Trześniak zapamiętał dobrze: „Wzięli go na przesłuchanie do mieszkania. Węcel kazał wszystkie rzeczy poukładać na kupę: >>Przyjedzie furmanka i to zabierze<<. Po chwili usłyszałem, że Węcel każe iść temu Żydkowi, żeby popatrzeć na wujka, co leży w stodole. Żydek wszedł do stodoły. Wtem ktoś strzelił do niego dwa razy, kładąc go trupem na miejscu. Kto strzelił, tego stanowczo powiedzieć nie mogę. Zdaje się, że Węcel Franciszek. Po wystrzeleniu tych pięciu Żydow Węcel kazał zawołać chłopów i furmankę. Chłopi wzięli tych Żydów i zakopali w lesie niedaleko domu. Rzeczy wzięli na furmankę i odjechali na posterunek”.

W 1942 roku żyło jeszcze w powiecie gorlickim ponad 7 tys. Żydów. Do 1945  roku ocalało zaledwie 85.
IPN

Ale Węclowi było mało.

„Na drugi dzień wyszukał dzieci zamordowanych Żydów, które to prawdopodobnie miał zgłosić Drąg Andrzej” - zapamiętał Trześniak. „Dzieci te oraz służąca, która te dzieci chowała, odwieźli na Gestapo do Gorlic, gdzie prawdopodobnie zostały wystrzelane”.

Pod Lwem

Raczyński wyjechał z Ropy kilka miesięcy przed wkroczeniem Rosjan. Podobno na jakiś kurs dla policjantów. Jego żona uciekła tuż przed Armią Czerwoną.

„Po wyzwoleniu powrócił do Gniewkowa i uskarżał się na lager” - informował jeden z agentów UB. „Według opóźnionego przyjazdu, wywnioskować można, że musiał być przez wojska radzieckie przetrzymany za jakąś sprawkę. Do obecnego ustroju ustosunkowany negatywnie, społecznie ani politycznie nie udziela się”.

Trudno ustalić dlaczego, ale sprawa Raczyńskiego na wiele lat utkwiła w martwym punkcie. Milicja przypomniała sobie o niej dopiero kilkanaście lat później. Być może dlatego, że Raczyński był cały czas kandydatem do werbunku na TW.

W 1965 roku funkcjonariusze postanowili sprawdzić, czy Raczyński żyje. Żył, pracował jeszcze w Inowrocławskich Zakładach Gastronomicznych jako muzyk, grał w orkiestrze w lokalu „Polonia” oraz „Pod Lwem”. Uchodził za zdolnego multiinstrumentalistę (w zespole Edmunda Krzymińskiego grał na saksofonie, klarnecie i skrzypcach).


Dawny Hotel Pod Lwem, gdzie grywał Raczyński

Przesłuchano wówczas jeszcze raz już ciężko chorego Jana Gucwę: „Śledził Żydów, których po złapaniu aresztował lub też na miejscu zastrzelił. Jednego Żyda, Bresmana Józefa, który ukrywał się u gospodarza w naszej wiosce, Raczyński złapał i na miejscu go zastrzelił. Drugiego doprowadził do posterunku, skąd zabrali go Niemcy do Gorlic. Też został zabity”.

W 1965 roku akta zostały przesłane do komendy Wojewódzkiej MO w Rzeszowie, gdzie wszczęto postępowanie. Niestety, tu ślad się urywa. W archiwach IPN nie zachowały się ślady po tamtym śledztwie.

PS. Tekst powstał w oparciu o materiały z IPN

Sprawiedliwi z GorlicW samym tylko powiecie gorlickim w pomoc Żydom zaangażowanych było około 250 osób. Osiemnaście uhonorowanych zostało tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Piętnaście pomoc Żydom przypłaciło własnym życiem.
Adam Willma

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.