Smecz towarzyski. Homo instagramus

Czytaj dalej
Fot. Peggy i Marco Lachmann-Anke/Pixabay 
Przemysław Franczak

Smecz towarzyski. Homo instagramus

Przemysław Franczak

Istnieje pokaźna grupa ludzi przekonanych, że relacje na żywo z ich życia interesują kogoś więcej niż ich samych. Współdzielić wirtualnie chcą z innymi własne przygody lub - co gorsza - osobiste przemyślenia.

Zjawisko to nasila się w okresie wakacyjnym, gdy dokumentacja urlopu staje się bardziej obszerna niż zakres działań operacyjnych najbardziej drobiazgowych służb wywiadowczych. Dla niektórych jest to akt terroru wymierzony w lud akurat pracujący, ale to nic innego jak współczesne odczuwanie samotności.

Tu już nawet nie o chęć zaznaczania własnej obecności w świadomości odbiorców chodzi, jesteśmy krok dalej. Jeśli byłeś w Paryżu, a nie zameldujesz o tym w mediach społecznościowych, to tak jakby cię w tym Paryżu w ogóle nie było. Jeśli nie pochwalisz się świadectwem z paskiem swojego dziecka, to przecież tak, jakby to osiągnięcie było niepełne, wpadało w czarną dziurę niewielkiego rodzinnego kręgu.

Rzadziej oczywiście akcentujemy sprawy przyziemnie codzienne - „wulkanizuję i wyważam właśnie dziewiętnastkę, kocham tę robotę”, tudzież „piąta godzina z excelem, aż żałuję, że już za trzy do domu” - ale i to się zdarza.

Wakacje to jednak moment wyjątkowy, to jest wysyp próśb o uwagę. Tutaj wyprawa w głuszę w ważnym celu odnajdywania siebie może skończyć się na szukaniu zasięgu, żeby na bieżąco o tej podróży opowiadać innym. Współczesny Szymon Słupnik słałby wiadomości w rodzaju „Piękne bociany przeleciały dziś obok mojego słupa, co wy na to?”. I tam setki odpowiedzi: „Szymon, piękne!”. „Baw się dobrze”, „Podziw, ja bym na tym słupie nie wytrzymał”, „Ubieraj się ciepło, mama”.

Tęsknię nieco, nawiasem mówiąc, do czasów, gdy wyjeżdżało się z domu na trzy tygodnie, dzwoniło w tym czasie trzy razy i rodzicom nawet nie przyszło do głowy zawiadamiać policji o zaginięciu nastoletniego dziecka. Gdyby dzisiejsze zwyczaje przełożyć na tamten czas, całe wakacje spędzalibyśmy zamawiając na poczcie międzymiastową, żeby opowiedzieć przynajmniej najbliższemu kręgowi znajomych, co aktualnie porabiamy. „Siedzę na poczcie w Jastarni i jest fantastycznie!”. Tak, wykrzykniki też są ważne.

Niektórzy powiedzą, że to wszystko zaczęło się od naskalnych malowideł w paleolicie, ja jednak za genezę tego zjawiska uznaję początek fotografii cyfrowej. Kiedy okazało się, że na matrycy można uwiecznić praktycznie każdy moment, to każdy moment stał się istotny. Dosłownie - każdy.

I by nie być posądzonym o chęć oceniania z pozycji wyższych, mogę to opisać na własnym przykładzie. Pierwszy spacer dzieci, pierwszy śmiech, pierwszy krok, pierwszy fikołek, pierwsze coś, pierwsze wszystko. Mam dziesiątki tysięcy zdjęć, z których katalogowaniem nie nadążyłem, ale kiedyś wydawało mi się, że wszystko jest ważne. Na drodze ewolucji do homo instagramus zatrzymałem się jednak właśnie na tym etapie. Zasobów z życia nie udostępniam, ok boomer, ale chyba dobrze rozumiem tę samotność 2.0.

Lajk, serduszko, lajk.

Przemysław Franczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.