Skok ze spadochronem przerwał karierę solistki znanego zespołu Mazowsze

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Zofii Bielawskiej
Marcin Idczakm.idczak@glos.com

Skok ze spadochronem przerwał karierę solistki znanego zespołu Mazowsze

Marcin Idczakm.idczak@glos.com

Tylko jedna osoba mogła pomagać Tadeuszowi Sygietyńskiemu. Była nią Zofia Bielawska (z domu Górska). Dzięki Mazowszu poznała świat. Przez miłość do spadochronów skończyła karierę.

W skromnym pokoju w poznańskim Domu Pomocy Społecznej tuż przy os. Piastowskim mieszka Zofia Bielawska, jedna z pierwszych śpiewaczek i tancerek, które znalazły się w składzie zespołu Mazowsze. Najbardziej znanego, prezentującego polski taniec oraz muzykę ludową.

- Miałem kilkanaście lat i ogromne doświadczenie życiowe, niestety związane z wojennymi przeżyciami - wspomina Zofia Bielawska. - Jednak przede mną otworem stał świat, który mało kto w naszym kraju mógł poznać - opowiada i dodaje, że udało jej się poznać osoby, które na stałe zapisały się w historii polskiej kultury: Tadeusza Sygietyńskiego, Mirę Zimińską- Sygietyńską, czy Juliana Tuwima. Jej karierę przerwała druga pasja...

Zofia z domu Górska urodziła się w 1935 roku w okolicach Lublina. - Mieszkaliśmy we dworze, mój tata był lekarzem, osobą bardzo szanowaną w okolicy - wspomina była członkini zespołu Mazowsze. Życie mogło być sielanką, jednak rozpoczęła się wojna. Życie napisało więc inny scenariusz. Ucieczka, bombardowania i tragiczna śmierć ukochanego ojca (padł ofiarą bandytów).

- Po wojnie niczego nie było, no może poza zniszczeniami - wspomina. - Nie wiedziałam, co mam robić - dodaje.

Pewnego dnia dowiedziała się o tym, że odbywają się zapisy do powstającego zespołu pieśni i tańca. Postanowiła spróbować swoich sił.

- Poszłam na przesłuchanie - wspomina Zofia Bielawska i jak podkreśla nie liczyło się tam wykształcenie muzyczne (którym mało kto w tamtych czasach mógł się poszczycić), ale liczył się słuch absolutny, czyli taki, dzięki któremu będzie można w przyszłości zarówno śpiewać, jak i tańczyć. Na przesłuchania przyszły tłumy. Niektórzy z własnymi instrumentami.

- Musiałam się zaprezentować przed całą grupą osób, wśród nich był Tadeusz Sygietyński, twórca Mazowsza - wspomina kobieta. Udało się jej pomyślnie przejść próby i została zaangażowana.

Praca w Mazowszu była ciężka. Próby ciągnęły się godzinami. Na nic innego nie było czasu. Specjalnie dla występujących zaadaptowano pałacyk w Karolinie. Wcześniej znajdował się w nim szpital psychiatryczny. - Tadeusz Sygietyński wraz z żoną Mirą Zimińską-Sygietyńską mieszkali w budynku obok - opisuje Zofia Bielawska.

Po miesiącach przygotowań i ciężkich prób nastał czas na pierwszy wyjazd zagraniczny Mazowsza. Było to w 1951 roku. Oczywiście w tym czasie kierunek musiał być tylko jeden - czyli Moskwa. We wspomnieniach poznanianki utrwaliło się to, że Warszawa podobnie jak wiele innych polskich miast była bardzo zniszczona. - W Moskwie nie było widać żadnych oznak wojny. Miasto tętniło życiem, było zupełnie inne od tego, co oglądałam od dziecka - wspomina Z. Bielawska i dodaje, że pierwszy występ pamięta tak, jakby odbył się on wczoraj. Choć sala była pełna, to członkowie Mazowsza mieli zakaz rozglądania się na boki, mogli patrzeć jedynie na wprost. Pierwszym odśpiewanym utworem był hymn Związku Radzieckiego. Po nim przyszła kolej na Mazurka Dąbrowskiego. - Odśpiewaliśmy go na całe gardła, z całego serca i nagle okazało się, że przyłączyło się do nas wiele osób z widowni - mówi poznanianka. Potem, wraz z kolegami dowiedziała się, że duża część osób, które przyszły, to byli Polacy. - Głównie ci, którzy po 1939 roku zostali zesłani na Syberię, a późnej pozwolono im osiedlić się w Moskwie. Wśród kobiet były głównie sprzątaczki, a z mężczyzn zapamiętałam maszynistów - wyjaśnia. - Dopiero podczas bisów pozwolono nam na uśmiechy i rozglądanie się na boki. Widziałam tę radość w oczach naszych rodaków, którzy przymusowo znaleźli się w ZSRR - dodaje.

W małym pokoju na Ratajach rozmawiamy jeszcze o jednym wyjeździe zagranicznym, w którym uczestniczyła pani Zofia. W 1951 roku w Berlinie odbywał się Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów. Imprezę przeprowadzano cyklicznie w krajach bloku wschodniego.

- Miało to być wydarzenie reklamujące ustrój. Pokazujące, jak dobrze się żyje w krajach socjalistycznych - mówi była tancerka i wokalistka.

Do Niemiec zjechało ponad 100 tysięcy osób z całego świata. Polskę miało reprezentować między innymi Mazowsze. Zofia Bielawska wspomina, że wówczas to ona śpiewała solówkę. - To, co było po występie przerosło moje oczekiwania. Ci młodzi ludzie z różnych stron naszego globu nieśli mnie na rękach! Wiwatowali na moją cześć! Nim mnie donieśli do pokoju w garderobie to straciłam połowę stroju - wspomina z uśmiechem na twarzy. Dodaje, że po raz pierwszy w życiu mogła zobaczyć ludzi o innych rysach twarzy, kolorze skóry.

W Polsce występy Mazowsza cieszyły się ogromnym powodzeniem. Przychodziły na nie tłumy. W 1955 roku zespół można było podziwiać na jednym z plenerowych koncertów, który odbył się w ówczesnym parku Kasprzaka (obecnie Wilsona) w Poznaniu.

Osobą, którą najbardziej zapamiętała Zofia Bielawska z zespołu był Tadeusz Sygietyński.

- Być może byłam jakąś jego wybranką - śmieje się tajemniczo.

Twórca Mazowsza był namiętnym palaczem. Niemal nie rozstawał się z papierosami i swoimi popielniczkami. Miał też zwyczaj, że były one „jego osobistym dobrem”. Do popielniczki nie mógł się zbliżyć byle kto. - Był stanowczy, uśmiechnięty, ale zarazem furiat - mówi była członkini Mazowsza. Zawsze, gdy się bardzo denerwował, to rzucał popielniczką. - A były one wykonane z jakiegoś rodzaju glinki, więc po upadku na ziemię rozsypywały się w drobny mak - dodaje pani Zofia. Do posprzątania tego wybrał tylko jedną osobę. - Wołał mnie wówczas tonem nieznoszącym sprzeciwu - zdradza. Wspomina też, że często podczas prób, czy występów miała pod swoją suknią schowany zestaw popielniczek. Gdy zachodziła potrzeba, czyli szef zespołu się zdenerwował i roztrzaskał popielniczkę, to jego ulubiona Zosia się schylała i podawała następną. Jeśli nie było tyle czasu, to przesuwała ją nogą w stronę Sygietyńskiego...

Żona Tadeusza Sygietyńskiego ganiła go za papierosowy nałóg.

- Gdy widział ją jak nadchodziła to mówił, że zbliża się Rozalia i próbował się pozbyć papierosa, choć nie zawsze się to udawało. Rozalia dlatego, że Mira miała psa, który... się tak wabił. Nosiła go w ramionach i stąd też na żonę tak mówił - wyjaśnia Zofia Bielawska. Wspomina, że kolejnym czworonogiem, którego zapamiętała i który jej często towarzyszył był Puzon (pies) Jerzego Waldorffa.

Ze swojej pracy w Mazowszu wspomina również chwile spędzone z Julianem Tuwimem
. - Układaliśmy różne teksty, a stojący obok Sygietyński wydmuchiwał dym z płuc i układał do nich z głowy melodię - mówi Zofia Bielawska. Oczywiście, gdy mu nie szło, to... rzucał popielniczką. W 1955 roku Tadeusz Sygietyński zmarł na raka płuc.

W drugiej połowie lat pięćdziesiątych tancerka i śpiewaczka zakochała się. Jej serce mocniej zabiło dla pilota odrzutowców. Podczas jednego ze wspólnych wyjazdów do Inowrocławia poznała swoją kolejną życiową pasję. Były nią skoki na spadochronach. - Oczywiście nikomu nie mówiłam o tej pasji - wyznaje Zofia Bielawska. Najpierw odbywały się skoki we dwójkę, później zaczęła już sama skakać na spadochronach sportowych. - Było to niesamowite przeżycie, ten dreszcz emocji wspominam do dziś. Jednak musiałam mieć więcej wolnego, by móc pojechać do Inowrocławia, by w tajemnicy oddawać się tej pasji - tłumaczy i dodaje, że została nawet członkiem aeroklubu. Coraz więcej czasu zaczęła spędzać ze swoim ukochanym.

- W końcu wzięliśmy ślub, ale tylko cywilny - wyjaśnia. W planach był także kościelny, na który chcieli zaprosić gości. Jednak czekali z nim do czasu, aż oboje otrzymają dłuższe urlopy. - Wówczas zapragnęłam skoczyć na spadochronie wojskowych, desantowym - wspomina. I jej życie się odmieniło. Już po wyskoczeniu z samolotu poczuła, że coś jest nie tak, że ten skok na pewno nie będzie udany. Spadała z ogromną siłą, a potem uderzyła w ziemię, tuż przy jakiejś drodze. Przeżyła. To był cud. Zabrano ją do szpitala. Tam rozpoczęła się walka o zdrowie spadochroniarki. W szpitalu odwiedzał ją mąż. Okazało się, że kobieta ma zmiażdżony kręgosłup. - Wiedziałam, że już nie będę mogła występować na scenie - dodaje. Po licznych operacjach tancerka straciła aż 8 centymetrów wzrostu.

- Lekarze skrócili mnie - wyznaje. Jednak to nie był koniec złych wiadomości. Gdy leżała na oddziale w 1959 roku zapadła decyzja o wycofaniu ze służby samolotów Ił-10, na których latał jej mąż. Dwa dni po podpisaniu dokumentów w Ministerstwie Obrony Narodowej wydarzył się wypadek.

- Mąż odbywał ostatni lot na tym samolocie i niestety zginął w katastrofie - wspomina ze łzami w oczach Zofia Bielawska.

Gdy wyszła ze szpitala, musiała zacząć życie od nowa. Straciła pracę, ukochanego męża, ale nie opuścił jej hart ducha. Przeniosła się do Poznania, gdzie zaczęła pisać i ilustrować książki dla dzieci.

Obecnie pani Zofia mieszka w Domu Pomocy Społecznej na poznańskich Ratajach.

- Są tutaj bardzo różni ludzie, część przykuta do łóżek, inni z różnymi schorzeniami. Chcę im pomagać - mówi. Prowadzi dla swoich kolegów audycje w radiowęźle. - Mam przygotowane różne pogadanki z różnych dziedzin, przeplatane piękną muzyką. Ta ostatnia jest tak dobrana, by pomagała zachować pogodę ducha - dodaje Zofia Bielawska.

Była tancerka i pieśniarka skończyła właśnie pisać książkę, której treść została oparta na jej przeżyciach z niemal 80 lat. Czeka na wydawcę, który zechce ją opublikować.

Autor: Marcin Idczak

Marcin Idczakm.idczak@glos.com

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.