Dorota Witt

Sebastian Rejewski ma zespół Aspergera i niesamowitą pasję. Bada losy przodków: Mariana Rejewskiego czy żołnierza generała Andersa

Zdjęcie zostało zrobione w 1930 roku. Józef Chyłkowski, pradziadek Justyny Prajs, trzyma sztandar, który przeleżał 70 lat pod dachem rodzinnego domu Fot. Archiwum OSP w Góralach. Zdjęcie zostało zrobione w 1930 roku. Józef Chyłkowski, pradziadek Justyny Prajs, trzyma sztandar, który przeleżał 70 lat pod dachem rodzinnego domu pani Justyny, zaszyty w kożuchu.
Dorota Witt

Kryptolog, który złamał kod Enigmy. Ułan walczący w najważniejszej bitwie kampanii Polskiej w 1939 roku. Żołnierz generała Andersa. A to tylko niektóre fakty z życia przodków Justyny Prajs. Jej syn, Sebastian Rejewski, pasjami odkrywa kolejne rodzinne historie. Ma zespół Aspergera - mówi diagnoza. Jest wyjątkowy – odpowiada mama.

Wuj Marian rozszyfrował kod Enigmy, wuj Włodek za wojenne zasługi jadł obiad z królową Wielkiej Brytanii, pradziadek Jurek uczestniczył w szarży ułańskiej nad Bzurą i brał udział w inwazji na Normandię, a pradziadek Heniek bił się pod Tobrukiem i pod Monte Cassino. O takich postaciach nie mówi się chyba przy niedzielnym obiedzie jak o ulubionym dziadku czy sypiącym żarcikami wujaszku, ale jak o historycznych bohaterach.

Sebastian Rejewski: Może prawda. A może… nieprawda. O wujku Marianie Rejewskim wiem wszystko z internetu, z nim moja rodzina nie miała bezpośredniego kontaktu. Był raz w Jabłonowie, podobno szukał krewnych. Najbardziej fascynują mnie losy pradziadka Jerzego Gorzki, ułana. Jego historię poznałem najwcześniej, jest dla mnie najważniejsza. Wiele się o nim w rodzinie mówiło. Uczestniczył w szarży ułańskiej nad Bzurą i brał udział w inwazji na Normandię. W czasie wojny Niemcy przestrzelili mu kolano. Czuwał przy nim koń, który go ogrzewał. Dzięki temu dziadek przetrwał.

Cała wasza rodzina jest bardzo niezwykła…

Justyna Prajs: A właśnie, że zupełnie zwyczajna! Przez pięć lat byłam dyrektorką domu kultury w Jabłonowie Pomorskim, gdzie mieszkamy. To była dla mnie okazja do zagłębienia się w lokalną historię, losy konkretnych rodzin. Z Ewą Rzepką (która jest także nauczycielką Sebastiana) przygotowujemy i redagujemy opracowania, recenzje, publikacje poświęcone losom osób pochodzących z Jabłonowa. Bardzo uważnie wysłuchujemy opowieści o tragicznych często zdarzeniach, ale i bohaterskich czynach ludzi, które żyli kiedyś na tym terenie. Historia Polski, zwłaszcza ta nie tak dawna, obfitowała w dramatyczne wydarzenia, co spowodowało, że w niemal każdej rodzinie są przodkowie, którzy wsławili się odważnymi czy wyjątkowymi czynami. Czasem trzeba tylko te historie odszukać i odkurzyć.

Skąd u was potrzeba odkurzania?

Justyna Prajs: Mamy to chyba we krwi. Wychowałam się w rodzinie, w której historię ceniono od zawsze. Odkąd pamiętam spotykamy się wszyscy i opowiadamy sobie o przodkach. Dzięki temu te historie żyją, są dla nas ważne. Są „nasze”, choć często od opisywanych wydarzeń minęły dziesiątki lat. Kontynuuję ten zwyczaj. Sebastian wychowuje się w domu, w którym o historii opowiada się przy herbacie, ale także podczas spotkań z dalszą rodziną. Dzięki temu wciąż udaje nam się odkrywać nowe fakty z życia przodków, bo wcale nie skończyliśmy odkurzać. Ale nie tylko słowa budują nasze poczucie tożsamości. Bardzo dbamy o rodzinne pamiątki, jak np. listy mojego dziadka, które wysyłał w czasie wojny z Afryki. Od niedawna najcenniejszym rodzinnym skarbem jest sztandar, o którym legendę rodzinną słuchałam już jako mała dziewczynka.

Co to za legenda?

Justyna Prajs: W 1939 roku mój pradziadek, Józef Chyłkowski, miał ukryć gdzieś sztandar wsi Górale. Nie powiedział gdzie, nie zdążył. Został wywieziony przez nazistów do obozu koncentracyjnego i od tamtej pory nie mieliśmy o nim wieści. Byliśmy pewni, że zginął w transporcie. Legenda rodzinna głosiła, że moja prababcia zaszyła ten sztandar w kożuchu. Pradziadek Józef z obawy o bezpieczeństwo rodziny nie wyjawił nikomu z rodziny miejsca, w którym go schował. Znaleziono go dopiero 10 lat temu przy rozbiórce naszego domu rodzinnego w Góralach. Leżał pod dachem. Miałam gęsią skórkę, gdy dotknęłam po raz pierwszy postrzępionego, nadgryzionego przez ząb czasu (i mole) materiału. Jest na nim data – 1930 rok. Dziś to nie tylko rodzinna pamiątka, bo historia o ukrytym sztandarze pozostała przez te wszystkie lata żywa wśród lokalnej społeczności. Znalezisko zostało przekazane druhom z OSP w Góralach.

Legenda rodzinna głosiła, że moja prababcia zaszyła ten sztandar w kożuchu. Pradziadek Józef z obawy o bezpieczeństwo rodziny nie wyjawił nikomu z rodziny miejsca, w którym go schował. Znaleziono go dopiero 10 lat temu przy rozbiórce naszego domu rodzinnego w Góralach. Leżał pod dachem. Miałam gęsią skórkę, gdy dotknęłam po raz pierwszy postrzępionego, nadgryzionego przez ząb czasu (i mole) materiału. Jest na nim data – 1930 rok.

A listy z Afryki? Też są dla was tak cenne?

Justyna Prajs: To świadectwo czasów, ale i niezwykle wzruszające słowa. Dziadek wysyłał je z Afryki do swojej mamy w czasie wojny. Dziadek był najstarszym synem w rodzinie, a to była polsko-pruska rodzina. Dwaj synowie zginęli we wrześniu 1939 roku. Został tylko dziadek Heniek i jego najmłodszy brat Edward, który walczył w partyzantce. Z uwagi na pochodzenie, dziadek, podobnie jak jego wszyscy bracia, został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Został ranny, trafił do szpitala, z którego uciekł i zaciągnął się do wojska polskiego. Walczył pod Tobrukiem, potem pod Monte Casino. Jest taka książka o wojsku generała Andersa. Mamy ją w rodzinnej biblioteczce. Na okładkowym zdjęciu jest dziadek Heniek, siedzi na czołgu. Rozpoznaliśmy go też na kilku fotografiach w środku. Przypadek, bo był szeregowym żołnierzem, a dla nas to wielka rzecz. W armii generała Andersa przybrał sobie nazwisko Polak, w posiadaniu rodziny jest dokument potwierdzający ten fakt. Jako najstarszy i jedyny żyjący syn, bardzo martwił się losami mamy, która została sama w Jabłonowie. Chyba dlatego listy, które do niej pisał, były tak emocjonalne, wzruszające. Mateczko, Mamusiu, Mamo – zawsze pisane wielka literą. Tak jak słowo „Ojczyzna”. Listy zaczął słać już po podpisaniu traktatów pokojowych, był wtedy w porcie, czekał na możliwość powrotu do Polski. Uspokajał, że u niego wszystko dobrze. Podkreślał, że wróci. Mamy te wszystkie listy, oryginalne. Niezwykle dla nas wartościowe. Tak samo jak wiersze mojej babci Heleny Gorzka, pisane w czasie wojny.

Niedawno udało się wyjaśnić wojenne losy kolejnego z waszych przodków.

Sebastian Rejewski: W przygotowaniu na olimpiadę historyczną pomagała mi nauczycielka, pani Ewa Rzepka. To ona pewnego razu, przeglądając materiały na temat mojej rodziny, pamiątki, zdjęcia, dokumenty, jakie gromadziłem, powiedziała: „masz ich już tyle, że mógłbyś napisać pracę”. No to napisałem. To ona odkryła teczkę dziadka Józefa Chyłkowskiego (tego od sztandaru) w Instytucie Pamięci Narodowej. Po latach dowiedzieliśmy się z niej, kiedy dokładnie zmarł prapradziadek. Nie w drodze do obozu, jak sądziliśmy, a po kilku miesiącach pobytu w obozie. Musiałem przez to robić poprawki w książce!

Justyna Prajs: Takie konkursy jak „Oni tworzyli naszą historię” to świetna sprawa. Są pretekstem do zadania pytań na temat własnych korzeni, których inaczej być może byśmy nie zadali. A poznawanie historii właśnie przez pryzmat losów rodziny, lokalnej społeczności, jest nie tylko inspirujące, ale i pouczające.

Konkurs już rozstrzygnięty, ale w przeszłości rodziny szperasz nadal. Zastanawiałeś się kiedyś, co by było, gdyby któraś opowieść okazała się być taką, której przy rodzinnym obiedzie się nie opowiada?

A co miałoby być? Opowiedziałbym. Historia to historia. Za rodzinę nie wolno się wstydzić. To grzech ciężki!

Zespół Aspergera nie jest, jak mogłoby się wydawać, przeszkodą w rozwijaniu pasji, a atutem.

Justyna Prajs: Sebastian jest wyjątkowy, uwielbiam to, jaki jest, także z powodu zespołu Aspergera. Jest bezpośredni. Zawsze mówi to, co myśli. Ale jest też wrażliwy, uczuciowy. Świetnie łapie kontakt z ludźmi. Jest konkretny. Bardzo dobrze się uczy i – co chyba ważniejsze – nauka sprawia mu frajdę. Ma niesamowitą zdolność do zapamiętywania dat, ale i do łączenia ich ze sobą w różnych konfiguracjach. To przydaje się w rozwijaniu pasji historycznej, ale Sebastiana nie interesuje cała historia, a tylko współczesność – ona pochłania go jednak bez reszty. Tak jest ze wszystkim, za co Sebastian się bierze – angażuje się na 100 proc. Są też takie tematy, z którymi radzi sobie gorzej, np. zupełnie bezsensowne wydaje mu się rozwijanie umiejętności cyfrowych, trochę zmieniło się to z konieczności, kiedy uczy się zdalnie. Pierwsza zauważyłam u Sebastiana oznaki zespołu Aspergera (jestem nauczycielką), gdy był bardzo mały, a o zespole Aspergera mówiło się niewiele. Mieliśmy wielkie szczęście, bo jak dotąd trafiamy na pedagogów, którzy są empatyczni i potrafią skupić się na potrzebach Sebastiana.

Co robisz, kiedy akurat nie zajmujesz się historią?

Sebastian Rejewski: Kabaret. W skeczach odwołuję się w do historii mojej rodziny.

Dorota Witt

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

wojqlac

Pisząc relację dotyczącą historii warto podać szczegóły odnoszące się do bohaterów.
Dowiadujemy się, Tobruk, że Anders, że gdzieś w Normandii. Żadnych szczegółów dotyczących oddziału, czynu nie znajduję. Notabene w operacji D-dat nie brały udziału żadne polskie oddziały poza lotnictwem.
Treść wskazuje na słabą orientację Autora dotycząca tła historycznego.

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.