Powróciłem z tamtego świata. Zadziwiająca opowieść Jędrka z Kobylanki

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz
Agnieszka Nigbor-Chmuraa.nigbor@gk.pl

Powróciłem z tamtego świata. Zadziwiająca opowieść Jędrka z Kobylanki

Agnieszka Nigbor-Chmuraa.nigbor@gk.pl

Mężczyzna trafił do szpitala w ciężkim stanie z tętniakiem mózgu. Miał niewielkie szanse na przeżycie. Dziś mieszkaniec wsi Kobylanka koło Gorlic opowiada, że wrócił do życia za sprawą Jana Pawła II.

Andrzejowi z Kobylanki koło Gorlic do dziś w uszach dźwięczy sygnał karetki pogotowia, która wiozła go na oddział neurochirurgii tarnowskiego szpitala.

Diagnoza brzmiała jak wyrok: pęknięty tętniak mózgu w prawym płacie skroniowym. Szansa na przeżycie trudnej operacji - nikła, zaledwie dwa procent.

Dzisiaj na wspomnienie zdumiewającego widoku swojego ciała na stole operacyjnym, łzy cisną się mu do oczu. Nie może opanować wzruszenia. Jak mówi, na granicy życia i śmierci stanął obok niego Jan Paweł II. To z ust świętego usłyszał wtedy: Wracaj, to jeszcze nie czas na ciebie!

Andrzej mieszka w przysiółku Pustki, tuż pod lasem. Na bramie ogrodzenia wisi drewniana deska, a na niej wyrzeźbiony napis „Jędrzejówka”.

- Bo ja Jędrek spod lasa jestem - mówi ze śmiechem gospodarz.

Tutaj wszystko ma swój porządek. Na podwórku rządzi kogut, w domu Andrzej, podobnie jak w warsztacie. Z lipowych kloców powstają głównie rzeźby i płaskorzeźby świętych.

Ostatnia, która wyszła spod jego ręki, zawiśnie w przydrożnej kapliczce.

Andrzej mówi, że nie jest fanatykiem religijnym. Nie uważa się też za kogoś wyjątkowego. Twierdzi jednak, że to, iż żyje, jest darem od samego świętego Jana Pawła II.

- Pamiętam ten dzień dokładnie. Z samego rana zająłem się gospodarskim obrządkiem. Już od kilku dni z nóg zwalał mnie uporczywy ból głowy. Czułem drętwienie w lewej części ciała, potem wykrzywiło mi twarz, nie mogłem otworzyć też prawego oka¬- opowiada.

Czując się coraz gorzej, próbował wyjść z pokoju. Chciał zaczerpnąć świeżego powietrza.

- Upadłem przy drzwiach i w tej niemocy spojrzałem na obraz papieża, który wisiał na ścianie mojego pokoju. „Wujku Lolku, ratuj!” - powiedziałem i z trudem doczołgałem się do łóżka - opowiada.

Gdyby nie znajomi, którzy co tydzień przyjeżdżali do gospodarza po wiejskie jajka, pewnie umarłby w swoim domu. To oni zawieźli go na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Gorlicach. Tam szybko usłyszał diagnozę, która nie rokowała dobrze. I to, że musi być przewieziony do Tarnowa.

- Tydzień wcześniej w karetce zmarł mój kolega. Na tętniaka - dodaje. - Miałem świadomość, że może mnie to samo czekać, że mogę do Tarnowa po prostu nie dojechać.

Na miejscu, w szpitalu, czekał już na niego zespół świetnych neurochirurgów: Piotr Barnaś i Piotr Dudziak. W trakcie operacji dołączył do nich prof. Andrzej Maciejczak.

- Pamiętam jeszcze moment, gdy leżałem na stole, a anestezjolog zaczął podawać mi leki. Kazał liczyć: jeden, dwa, trzy, czte.., cz, cz…, zasnąłem - opowiada.

Andrzej pamięta jakby to było wczoraj. Stoi w ciemnym korytarzu, w głębi widzi światło, jasne, rażące, ale przyciągające jak magnes.

Innej drogi nie ma, zmierza więc w tym, nieznanym sobie, kierunku. Gdy dochodzi do jasności, widzi szklane drzwi i salę operacyjną. Nad stołem duża lampa oświetla leżące na nim ciało. Ciekawość przyciąga.

Podchodzi blisko, na półtora metra. Ogarnia go strach, bo nie rozumie, co się dzieje.

- Stałem niezauważony tuż obok pracujących w skupieniu lekarzy. Spojrzałem na stół i zobaczyłem... swoje ciało. Miałem rozciętą skroń, widziałem krew, w ręku lekarza ssak i szary mózg w odsłoniętej części czaszki - opowiada.

Za plecami poczuł zimno, jakby ktoś otworzył drzwi ogromnej chłodni i usłyszał kroki. Dźwięk był coraz wyraźniejszy. Poczuł jakby uderzenie dłonią w łopatki.

Obejrzał się - jak mówi - i zobaczył sylwetkę papieża. Stał pogodny - taki, jakim pamiętamy go z lat 90. w białej piusce i pelerynie.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - mówi Andrzej. - Zanim mi odpowiedział, zapytałem: To Ojciec też tutaj?

- Usłyszał stanowcze: - Wracaj, no wracaj stąd, jeszcze nie pora na ciebie!

Andrzej chciał zrobić krok za świętym, ale ten odwrócił się i gestykulując, powtórzył polecenie: - Wracaj!

- Po chwili zaczął odchodzić w kierunku ściany - mówi nasz rozmówca. - Nie widziałem w niej żadnych drzwi. Wokół oddalającego się papieża unosiła się taka gęsta, biała mgła. Najpierw zniknęła postać, potem ta jasna poświata, a w wąskim oknie pojawiły się zachodzące słońce i różowe chmury. Zostałem sam. Widziałem, że lekarze pracują dalej. Co chwilę ktoś podchodził, a to do jednego, a to do drugiego, ocierając im skronie z potu - mówi.

Wiedział, że musi wrócić, bo tak kazał mu papież.

Nie widział jednak ani drzwi, którymi wszedł, ani korytarza.

- Nagle poczułem jakby zasysającą mnie siłę. Wybudzono mnie następnego dnia - dodaje.

Andrzej pewnie przyjąłby niezwykłe spotkanie z papieżem jako piękny sen.

Stało się jednak inaczej, po rozmowie z lekarzem.

- Ja z natury ciekawy jestem, więc jak tylko w sali pojawił się profesor, zapytałem go, dlaczego mój mózg jest szary. Odpowiedział pytaniem: Skąd pan wie, że ma ten kolor? Gdy powiedziałem, że widziałem w czasie operacji, potwierdził: „Mógł pan widzieć”. Powiedział też, że moje życie było jak dwa drągi przerzucone nad przepaścią i to, że żyję, to prawdziwy cud.

Dopiero potem dowiedział się, że był reanimowany, bo w czasie trwającego siedem godzin zabiegu odezwała się stara choroba serca. Wtedy uświadomił sobie, że był jedną nogą na tamtym świecie.

Po chorobie trudno mu utrzymać dłuto w dłoni. Wykonuje kilka ruchów i musi odpocząć, ale to świetna rehabilitacja i pasja, z której nie umie zrezygnować.

- Pierwszą figurkę Chrystusa Frasobliwego wyrzeźbiłem, gdy miałem 16 lat. Pewnie kilkaset prac rozdałem bliskim i znajomym - opowiada.

Sprzed domu, gdzie rzeźbi, rozpościera się piękny widok na Bartnią Górę, Magurę Wątkowską, na Kornuty.

- Tamtędy, jeszcze za czasów biskupowania, wędrował nasz papież - mówi Andrzej wskazując na beskidzkie szczyty.

W oknie domu, właśnie w tę stronę, wystawił obraz papieża Polaka.

Tego samego, do którego wołał: Wujku Lolku, ratuj! Od tej pory świeci się przy nim wieczna lampka - dziękczynienie za przedłużenie ziemskiej wędrówki.

Andrzej zbudował też drewnianą kapliczkę. Zawiśnie w niej płaskorzeźba naszego papieża.

- Musi być gotowa na 1 maja, bo przy niej będziemy śpiewać majówki i dziękować Bogu za dar życia - kończy Jędrek z Kobylanki.

Autor: Agnieszka Nigbor-Chmura

Agnieszka Nigbor-Chmuraa.nigbor@gk.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.