Pod wodą i na wodzie, czyli przygoda Leszka Derangowskiego w płetwach i z wiosłem w rękach

Czytaj dalej
Fot. Marek Weckwerth
Marek Weckwerth

Pod wodą i na wodzie, czyli przygoda Leszka Derangowskiego w płetwach i z wiosłem w rękach

Marek Weckwerth

Nurkowanie i turystyka kajakowa – te dwie pasje wytyczyły życiową drogę Leszkowi Derangowskiemu, od wielu lat członkowi Sekcji Turystyki Kajakowej Regionalnego Towarzystwa Wioślarskiego „Lotto – Bydgostia”.

Wszystko zaczęło się we wczesnych latach 70. XX wieku w bydgoskiej siedzibie Polskiego Związku Wędkarskiego, gdzie pracował ojciec pana Leszka – Jan. Odwiedzając ojca, Leszek poznał Kazimierza Górskiego, który w PZW był strażnikiem rybackim i jednocześnie wykwalifikowanym płetwonurkiem. Razem z Ryszardem Remusem (pracownikiem bydgoskiej „Eltry”) byli jednymi z pierwszych w Bydgoszczy, którzy nurkowali z wykorzystaniem specjalistycznego sprzętu.

- Często zatrudniani byli przy oczyszczaniu bydgoskich śluz z wodorostów. Nie mieli nic przeciwko, abym im towarzyszył i przyglądał się ich pracy. I tak chwyciłem bakcyla. Chodziłem na basen „Astorii” w godzinach zarezerwowanych dla płetwonurków i uczyłem się pływać z wykorzystaniem podstawowego wyposażenia, czyli ABC – maski, fajki do oddychania i płetw – opowiada pan Leszek.

Płetwonurek - rozpoznawca

Gdy skończył 19 lat, upomniało się o niego wojsko. Najpierw odbył dwutygodniowe szkolenie dla przedpoborowych jako płetwonurek. Zajęcia odbywały się na bydgoskim Torze Regatowym, na Wiśle oraz na Zalewie Koronowskim. Kierownikiem kursu był por. inż. Jan Hiszpański z Warszawy, ówczesny rekordzista Polski w swobodnym nurkowaniu, konstruktor (wraz z inż. Marianem Grimmem) pierwszego (1956 r.) polskiego automatu do nurkowania swobodnego "Neptun", autor podręcznika pt. „Samodzielne aparaty nurkowe” (1966 r.). Podczas tego szkolenia pan Leszek odbył też kurs ratownictwa wodnego.

Po kursie trafił do drużyny płetwonurków i rozpoznania inżynieryjnego w kompanii saperów pułku czołgów średnich w Wędrzynie koło Sulęcina na Pojezierzu Lubuskim. Jego drużyna zajmowała się głównie rozpoznaniem warunków podwodnych przy przyczółkach przepraw czołgowych.

- W wojsku źle mi nie było, zwłaszcza że latem 2 miesiące spędzałem na miejscowej plaży naszej jednostki nad jeziorem w Wędrzynie jako ratownik. Oczywiście służba w takiej jednostce rodziła określone ryzyko. Pamiętam jak podczas jednego z ćwiczeń, gdy czołgi przeprawiały się pod wodą, utonął jeden z żołnierzy – wspomina Derangowski.

Gdy Leszek spotkał Stanisława...

Po wyjściu z wojska nurkowania zatrudnił się w narzędziowni bydgoskiej filii Nakielskich Zakładów Maszyn i Urządzeń Gastronomicznych. Tam poznał Stanisława Lewandowskiego, który także nurkował. Zaprzyjaźnili się i ta przyjaźń trwa do dziś (panowie to roczniki 1951 – Leszek, 1947 – Stanisław).

Podczas pobytu w Kownie Stanisław wraz ze żoną Danutą kupili od Rosjan dwubitowy aparat do nurkowania i przywieźli go do Bydgoszczy. Nowoczesnym jak na tamte czasy urządzeniem Stanisław dzielił się podczas wypraw na jeziora z przyjacielem. Butle tlenowe napełniali u strażaków przy ulicy Pomorskiej.

- Staszek był już wtedy wodniakiem - turystą, pływał na skonstruowanej przez siebie na Wyspie Wolin łódce i mnie wciągnął w tę pasję – opowiada Leszek. - Pierwsze moje spływy w latach 70. odbywałem właśnie z nim i z jego rodziną – żoną i ich dwójką bliźniaków, Jackiem i Mironem. Mieli wtedy 3 lub 4 lata. Z tym, że oni pływali wspomnianą łódką, a ja wypożyczonym od nich drewnianym kajakiem. Łódź napędzana była silnikiem od motocykla WFM o pojemności 125 cm sześciennych. Podczas naszej pierwszej dłuższej wyprawy po Kaszubach przepłynęliśmy 31 jezior i 5 rzek.

Cała rodzina Lewandowskich pływała i spała na łodzi, a Leszek rozbijał swój namiot bez podłogi na brzegach. Kładł się na własnoręcznie zrobionym z dętek rowerowych materacu i wsuwał się w wykonany własnym sumptem z koców i posiadający podszewkę śpiwór.

Zainteresowania wodniackie Leszka i Stanisława cieszyły się uznaniem wśród pracowników i dyrekcji w ich miejscu pracy, toteż gdy wyruszali na Kaszuby, przyznano im do transportu zakładowego „Stara” z kierowcą, zaś sami i rodzina Stanisława podróżowali wygodnie w drugim pojeździe – w „Żuku”.

Z kuszami na ryby

Obaj panowie nie zamierzali wszakże rezygnować z nurkowania. Leszek zrobił drugi kurs płetwonurka w Gdyni, a nową jakością w ich podwodnej pasji stały się polowania na ryby przy użyciu kusz.

- Zdobyłem plany kuszy napinanej gumą i sam ją zbudowałem, a Stasiu przywiózł z Litwy kuszę pneumatyczną KZD3 oraz płetwy – kaloszówki marki „Najade”- kontynuuje Derangowski.

Bydgoszczanie nawiązali znajomości w Grudziądzkich Zakładach Przemysłu Gumowego „Stomil”, które produkowały m.in. piankę gumową. Kolejne sztuki gąbki zdobył dla nich w „Eltrze” Ryszard Remus i z nich zaczęli sklejać piankowe skafandry do nurkowania. W ich domach „poginęły” wszystkie koszule elastyczne i rajtuzy, które wklejali jako podszewki skafandrów. Pierwszy test przeprowadzili w styczniu przy 10-stopniowym mrozie w wodach Jeziora Jezuickiego pod Bydgoszczą. A potem już jeździli na głębokie polodowcowe jezioro Salno i na jeziora na szlaku rzeki Zbrzycy, by tam polować, zwykle na okonia i węgorza.

Kajakami przez Polskę

- A potem skoncentrowaliśmy się na turystyce kajakowej. Stanisław miał mnóstwo przewodników książkowych i map, i zimą planowaliśmy trasy naszych wypraw – mówi pan Leszek. - Wyjeżdżaliśmy głównie na Jezioro Charzykowskie i na Brdę, także na Międzynarodowe Zimowe Spływy Kajakowe Energetyków. Sam byłem na tych imprezach ponad 20 razy.

Nasz rozmówca był na „Energetykach” kwatermistrzem i sędzią (bo posiadał uprawnienia Polskiego Związku Kajakowego). Podczas letnich spływów Brdą także był sędzią, a przy tym pilotem początkowym. Pływał również Wdą, Dunajcem, Popradem, Sanem, Bobrem, odcinkami Wisły i Noteci oraz po dolnej Odrze. W sumie przepłynął grubo ponad 10 tys. km, ale zaliczył tylko 3 wywrotki.

Już w latach 70. Leszek, jego żona Pola i Stanisław związali się z Sekcją Turystyki Kajakowej Kolejowego Klubu Wioślarskiego (KKW), którego kontynuatorem jest dziś Regionalne Towarzystwo Wioślarskie „Lotto – Bydgostia”. Do klubu zaprosili ich Ryszard Wiesner i Ryszard Kwiatkowski (obaj już nieżyjący). A stało się to dzięki znajomości Poli z Ryszardem Wiesnerem, bowiem oboje pracowali w „Cefarmie”.

Przy sekcji turystyki działała wtedy grupa „Szpaki” i właśnie z nią najczęściej pływali. W latach 80. co roku organizowali spływy rzekami wpadającymi do morza. Potem nastąpił rozłam i „Szpaki” wystąpiły z KKW, zaś Jan Kaczmarek, ówczesny dyrektor Technikum Kolejowego, zorganizował na bazie kajaków KKW sekcję młodzieżową.

W kajakowej karierze Derangowskiego był także epizod z klubem „Arka V” przy POW, po czym wrócił do „Bydgostii”, by zostać gospodarzem sprzętu pływającego i de facto szkutnikiem. Przez 3 kadencje był członkiem zarządu RTW „Lotto – Bydgostia”. Jego pracę doceniono klubowymi odznakami, w tym najwyższą jaką może zdobyć kajakarz – turysta Złotą z diamentem. W roku 2021 otrzymał medal prezydenta za Szczególne zasługi dla miasta Bydgoszczy.

- Zdrowie już nie te, ale wciąż mało mi pływania – zapewnia na koniec nasz bohater.

Marek Weckwerth

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.