Piotr Adamczyk: - Z przyjemnością zagrałbym prezydenta Andrzeja Dudę

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Gdesz
Anita Czupryna.czupryn@polskatimes.pl

Piotr Adamczyk: - Z przyjemnością zagrałbym prezydenta Andrzeja Dudę

Anita Czupryna.czupryn@polskatimes.pl

- Ciekaw jestem tylko, jaki ten scenariusz będzie. Ile będzie zwrotów akcji i jaki koniec - mówi aktor Piotr Adamczyk.

- Kobiety to „słaba płeć”?
- Pewnie już mali chłopcy w szkole podstawowej zdają sobie sprawę, kto tak naprawdę jest słabą płcią w naszym podziale świata. Ale wiem, do czego pani pije.

- Do najnowszej komedii, która na dodatek ma być niepoprawna romantycznie, pt. „Słaba płeć?”, w której gra Pan rolę Jimmiego.
- Film jest luźno oparty na książce „Suka” Katarzyny Grygi, ale to pewnie nie byłby zachęcający do przyjścia do kina tytuł. Mnie „słaba płeć” kojarzy się z piosenką Eugeniusza Bodo, „Sex appeal”.

- Sex appeal to nasza broń kobieca.
- Myślę, że nasza komedia w swojej historii też jest bliska prostocie przedwojennych szlagierów.

- Jimmi to zwykły facet, a jednak szycha z Londynu.
- Zwykły i niezwykły. Przecież tak naprawdę wszyscy jesteśmy zwykłymi facetami, choć niektórzy z nas pełnią różne funkcje. Jimmi jest szychą z Londynu, od którego zależy właściwie istnienie całej firmy, gdzie pracuje główna bohaterka filmu. Gra ją Olga Bołądź. Miałem przyjemność zagrania niewielkiej roli, ale jednak postaci, wokół której wszyscy tańczą starając się o kontrakt.

- Jimmi nie jest też taki zwykły z tego powodu, że dostaje alergii pokarmowej i… puchnie. Jak Pan to zrobił?
- Po prostu spuchłem. Zjadłem to, na co jestem uczulony i spuchłem.

- Naprawdę zrobiłby Pan coś takiego dla roli?
- Nie jestem uczulony, ale gdybym był, to pewnie bym coś zjadł, byłoby taniej (śmiech). Produkcja stanęła na wysokości zadania, a przede wszystkim charakteryzatorki: Lila Gałązka z asystentką użyły silikonowych fragmentów, których też używa się na przykład przy postarzaniu postaci. Grając papieża, miałem 17 takich kawałków przyklejonych do twarzy. Tym razem wystarczyło kilka opuchlizn wokół oczu, by stworzyć wrażenie wstrząsu anafilaktycznego. Wcześniej pooglądałem trochę zdjęć w internecie i szczerze mówiąc, sam byłem zdziwiony, że aż tak strasznie to wygląda. Ludzie, którzy maja tego typu alergię, puchną w oczach. Zarówno pod względem czasu, jak i miejsca.

- I pomyśleć, tyle zabiegów, dla w gruncie rzeczy nie za wielkiej roli!

- To rola wspomagająca, ale czasem roli nie mierzy się wielością dni zdjęciowych, liczbą scen, tylko dosadnością istnienia. Jimmy dawał szansę na to, że coś ciekawego się w tej pracy zdarzy. No, a poza tym moja postać brana jest za Anglika. Dlatego musiałem się skupić na…

- …oksfordzkim akcencie?
- Nie wiem, czy oksfordzkim, może bardziej był szkocki, ponieważ Michael Coulter, który robił zdjęcia do filmu, jest Szkotem i często mi pomagał w wymowie.

- Jeśli już wspomniał Pan Michaela Coultera, to dopowiem, że po raz pierwszy w polskiej komedii operatorem zdjęć jest twórca, który wykonał zdjęcia do najwspanialszych komedii romantycznych rodem z Wielkiej Brytanii, jak „Notting Hill”, czy „To właśnie miłość”. Ale najnowsza komedia „Słaba płeć?” to opowieść o kobiecie w męskim świecie korporacji. Pachnie schematem: młoda, piękna dziewczyna z małego miasteczka przyjeżdża do Warszawy robić karierę, ale poznaje, ze w życiu liczą się inne wartości.
- Najpierw odniosę się do Michaela - faktycznie jego obecność na planie była wyjątkowa dla wszystkich. Operator tego kalibru zdecydował się na pracę w Polsce! Pewnie był to koleżeński ukłon, ale także, na ile go poznałem, była to chęć sprawdzenia się. To człowiek, który lubi przygody i wyzwania. Podobało mi się, kiedy na pytanie, dlaczego robi tylko komedie romantyczne, a nie na przykład filmy akcji, odpowiedział, dlatego, że nienawidzi przemocy. Nie lubi jej oglądać w kinie, nie toleruje w żadnym aspekcie życia i nie chciał jej dotykać nawet w filmach. Zatem sztuczna krew na planie nie pojawia się w naszym filmie, tak jak i w jego komediach. Z drugiej strony, myślę sobie, że komedia romantyczna to jest taki gatunek filmu, który tworzy się przyjemnie. I tego oczekują widzowie - chcą przyjść do kina, żeby się rozluźnić, pośmiać, romantycznie, czy niekoniecznie romantycznie, powzruszać.

- To ciekawe, że Pan o tym mówi, bo kiedy przygotowywałam się do tej rozmowy, redakcyjny kolega powiedział: „Zapytaj, czy nie znudziło mu się grać w komediach”.
- Nie! Zostałem aktorem dlatego, że zawsze miałem przyjemność i ochotę rozśmieszać ludzi. Dlatego pewnie polonista, a było to gdzieś w szóstej klasie, wyciągnął mnie za ucho sprzed ławki, na której siedziało mnóstwo dziewczyn, mówiąc, że strasznie hałasuje ta moja widownia. Bo coś przedstawiałem, a wszyscy wokół śmiali się głośno. Myślałem, ze dostanę karę, będę musiał stać w koncie, tymczasem nauczyciel zaproponował mi rolę Papkina z „Zemsty”, w sztuce, jaką mieli wystawiać na akademii ośmioklasiści. Prawie dorośli! Najstarsi w szkole! Było to dla mnie duże wyróżnienie. Nauczyłem się tekstu, przyszedłem na pierwszą próbę i okazało się, że byłem jedyny. Ośmioklasiści zignorowali sprawę. A ja się zostałem z tekstem Papkina, którym to zdałem egzamin do ogniska teatralnego przy teatrze Państwa Machulskich. I tam już dotarło do mnie dobitnie, że powód, dla którego chcę być aktorem, to jest właśnie rozśmieszanie ludzi. Od tego się zaczęło.

- A przecież sam Pan mawiał w wywiadach, że jeśli chodzi o naukę w szkole, to był leserem, który się blefem prześlizgiwał z klasy do klasy. W zawodzie aktora też się tak da?
- Nasz zawód polega na blefowaniu, oczywiście. A przy graniu komedii najważniejsze jest doświadczenie, wyczucie rytmu, żelazna, wypracowana matematyka. Pan Jan Kreczmar, który właściwie nigdy się nie śmiał, wyreżyserował tak wiele niezwykłych fars, tłumacząc intelektualnie: „Komizm w tym miejscu polega na tym to a na tym…”. A poza tym myślę, że wynika także z naszego aktorskiego dystansu do samych siebie i często z naszej odwagi, czyli z braku obawy przed zbłaźnieniem się? Oczywiście, zawsze jest konwencja, gra się jakąś rolę, ale grzebie się we własnych doświadczeniach. Zły gestapowiec, rozśmieszający pierdoła, zakochany, który też jest śmieszny…

- … a gdy zakochanie mija, to myśli, jaki był żałosny…
- Właśnie. To wszystko w nas jest. A aktor jest człowiekiem, który ma się tego nie wstydzić. Z czego się śmiejemy? Z samych siebie się śmiejemy, jak powiadał Gogol.

- Polacy lubią się śmiać z innych?
- Kiedy się śmiejemy z innych, to dlatego, że tych innych nie rozumiemy. Strasznie trudno jest tak uogólniać. Osobiście uważam, że komedia jest najuczciwszym gatunkiem literackim i filmowym, bo niepotrzebni są jej recenzenci. Recenzją jest reakcja widzów. Jeżeli komedia śmieszy, to widać, słychać i czuć.

- Grał Pan w wielu polskich komediach, a jednak ludzie zapamiętali Pana głównie z jednej wielkiej roli - papieża Jana Pawła II. Nie marzy Pan o tym, żeby zagrać coś poważnego, czy może aktor tej miary, co Pan, nie znajduje w Polsce takiego filmu?

- Wyczuwam u pani tezę, być może postawioną przez pani redakcyjnego kolegę. Spieszę z antytezą: gram bardzo różne role, nie tylko komediowe, choć te mają z natury rzeczy szerszą widownię. Niedawno zgoliłem wąsy, które zapuściłem do roli naczelnika milicji w filmie Maćka Pieprzycy „Jestem mordercą”, o znanej sprawie wampira z Zagłębia. Gram w „Dziennikach Gombrowicza”, które uznawane są za dość ciężki kaliber literatury.

- Ale to jest rola teatralna.
- Teatralna i telewizyjna. Ale nawet w poważnych produkcjach każdy twórca szuka tego momentu oddechu dla widowni. To, co jest niezwykle mądre, intelektualne, musi też być śmieszne. Dobry profesor, dający wykład o najbardziej poważnych sprawach, będzie szukał żartu i dowcipu, bo inaczej nie przyciągnie uwagi.

- Pan miał dobrych nauczycieli: Anna Seniuk, Zbigniew Zapasiewicz, Gustaw Holoubek…
- Mariusz Benoit, tak. Zawsze będę im wdzięczny za chęć i pasję, z jaką przekazywali nam wiedzę. Wracając do filmów, zagrałem ostatnio rolę, choć wydaje się, że w filmie animowanym zagrać się nie da, tylko można podłożyć głos, jednak istnieje technika motion capture, polegająca na przechwytywaniu trójwymiarowych ruchów aktorów i zapisywaniu przez komputer. Oklejają aktora takimi krostkami, czy też punktami odniesienia, wchodzi się w specjalny kostium, gdzie zaznaczony jest każdy punkt zgięcia stawów i ruch aktora filmuje naraz kilkanaście kamer. I można siebie od razu zobaczyć na ekranie komputera jako animowaną postać. Dostałem epizod w meksykańsko-amerykańskiej produkcji w filmie o życiu Maksymiliana Kolbe i 10 miesięcy potem, zdecydowano, że chcą wymienić głównego aktora i doszli do wniosku, że najlepiej byłoby, gdyby Maksymiliana Kolbe zagrał polski aktor. Co ciekawe, okazało się, że producent jest tą osobą, która dystrybuowała film o papieżu w Meksyku, dobrze się znamy sprzed tych dziesięciu lat, kiedy ten film tam promowałem. Film o Maksymilianie Kolbe będzie miał swoją premierę podczas Światowych Dni Młodzieży w czerwcu 2016 roku, równolegle - w Meksyku, Los Angeles i Krakowie.

- Wspaniale! Dużo się dzieje.
- Dużo się dzieje nie tylko w komedii i to jest wiadomość dla pani kolegi (śmiech).

- Mój złośliwy kolega powiedział mi, że był w Pana restauracji „Stary Dom”, zamówił tatara i był to najlepszy tatar w jego życiu. Stąd też, wysnuł myśl, że może rola menadżera restauracji Panu odpowiada?
- Skoro chwali to nie jest aż taki złośliwy. Rola gospodarza, czasem kelnera, czasem szatniarza bardzo mi odpowiadają i dają mi ogromną satysfakcję.

- Trochę to dziwne, bo przecież nie gotuje Pan, nie zna się na kulinariach.
- Nie gotuję, ale już się trochę zaczynam znać. Tak dużo rozmawiam na temat jedzenia z kucharzami, wspólnikami. Poza tym od dawna uprawiam turystykę kulinarną. Wydaje mi się, że zwiedzanie miejsc gdzieś na świecie bez podążania tropem gdzie i jak jedzą tubylcy, jest zwiedzaniem ograniczonym. Kolekcjonuję doznania kulinarne i smakowe będąc w różnych miejscach na świecie.

- Ale nie przenosi Pan do restauracji dań z pieczonymi robakami.
- Takie robaki jadłem właśnie w Meksyku. Ale faktycznie, nie będziemy tego przeszczepiać na polski grunt. Sukces tej restauracji, myślę, polega też na tym, że wybraliśmy polską kuchnię i jesteśmy wizytówką dla zagranicznych gości. To wielka przyjemność witać gości i zapraszać do stolika, obserwować ich zadowolenie. Myślę, że łączy się ona z tą przyjemnością, jaką mam w teatrze - uwielbiałem podglądać przez dziurkę w kurtynie i obserwować zmiany na twarzach widowni gdy np. zachowywali się jak dzieci, śledząc woreczek piasku, który w ich wyobraźni był lecącym balonem, a taką scenę mieliśmy w „Namiętnej kobiecie”, którą graliśmy w teatrze Współczesnym przez ponad 10 lat.

- Tak właśnie jest z magią teatru. Roman Ingarden mówił, że jeśli na scenie pada deszcz, to widownia otwiera parasole.
- To siła wyobraźni widzów, którzy po to właśnie przychodzą - żeby usłyszeć bajkę i na nowo stać się dzieckiem. Stąd też myślę, że dlatego te komedie są tak oblegane, bo lubimy się dobrze poczuć w jakimś świecie przez chwilę. Ale wracając do tych momentów podglądania widzów - teraz mam to w restauracji, kiedy zgaduję, kto z jakiej okazji do nas przyszedł, a mamy i wesela, zaręczyny, najróżniejsze okazje, jakie życie przynosi. Życie knajpy jest fascynującym miejscem do studiowania tego co mnie interesuje.

- A zatem: gra Pan w filmach, w teatrze, prowadzi restaurację. Może czas na napisanie książki, którą ujawni Pan sekrety polskiego show biznesu? W końcu dziś piszą wszyscy.
- To kiedy już wszyscy przestaną, wtedy spróbuję napisać (śmiech).

- Wydaje się, że ma Pan wszystko, jest człowiekiem sukcesu. Czego pan jeszcze chce, co by Pan chciał zrobić, jaką jeszcze ma Pan ochotę na niezużytą pasję?
- Spodobało mi się kiedyś powiedzenie: „jak chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz mu o swoich planach”. I szczerze mówiąc, bardzo się tego trzymam. Jestem człowiekiem, który największą radość znajduje w przyjmowaniu rzeczywistości. Zresztą pani powiedziała przed naszą rozmową coś takiego.

- Powiedziałam, że trzeba brać na klatę to, co życie przynosi.

- Uświadamiam sobie, że jestem szczęśliwy, kiedy mam tego typu podejście do życia: tu i teraz. Bez zbyt wygórowanych planów, a przede wszystkim bez grzebania w przeszłości.

- Ale chyba ma Pan jakieś dalekosiężne zawodowe plany: założy teatr, zostanie reżyserem?

- Są pomysły, które się gdzieś w głowie kołaczą. Od pewnego czasu mam taką myśl, że może już dojrzałem do tego, by przygotować albo mało obsadową sztukę, albo monodram, bo zawsze się z tym gatunkiem teatralnym chciałem zmierzyć. Wiem, że w pewnym momencie to poletko, które sobie w głowie zasiałem, znajdzie odpowiednie warunki.

- Uwielbiam monodramy. Jeden aktor potrafi ogromną widownię przenieść do innego świata tylko tym, że stoi na scenie i opowiada.
- To mnie też ujęło widząc dobrych aktorów i dobre teksty. Monodram wymaga specyficznego widza. To nie jest spektakl z fajerwerkami.

- Ależ te fajerwerki są na każdym przedstawieniu u Krystyny Jandy, kiedy gra Shirley Valentine!

- Zgadza się. Jeśli więc już mówimy o marzeniach, choć widzi pani - jeśli mówię, to nie wiem, czy się spełnią - ale ochotę na tego typu wyzwanie w sobie mam, być może przyjdzie odpowiedni moment i się to zdarzy. Nasz zawód jest bardzo otwarty, tak naprawdę żyjemy od propozycji do propozycji.

- Co, kiedy tych propozycji nie ma?
- Nie wiem. Zawsze je miałem.

- Wrócę do pasji: czy pasja ogrodnictwa, jaka Pana kiedyś ogarnęła, dalej jest aktualna?
- Pozapominałem już łacińskie nazwy drzew, a słynąłem z tego w teatrze, że znałem każdy krzaczek również w ogrodach kolegów, robili mi quizy. Dawno już nie przeglądałem „Mojego działkowca”, albo „Mojego pięknego ogrodu” (śmiech). Ale ciągnie mnie do natury, oddycham wtedy, kiedy jestem poza miastem.

- Jednak jest Pan dzieckiem miasta, urodzonym w Warszawie.
- Urodzony z dziadków, czuję się warszawianinem, czy raczej jak mówił mój dziadek warszawiakiem. Mieszkałem właściwie w każdej dzielnicy, może poza Pragą.

- Babcia miała wielki wpływ na Pana.
- Pewnie jak u każdego: babcia, dziadek, mama. Być może mniejszy wpływ miał mój ojciec, który zmarł, kiedy miałem 10 lat.

- W naszej rozmowie po raz trzeci pojawi się mój złośliwy kolega, niczym strzelba Czechowa, bo, powiada, czy nie szkoda Panu grać w komediach, kiedy w naszej rzeczywistości dzieje się prawdziwa historia. Na przykład teraz. Na przykład na ulicach.
- Moje wybory w jakiejś mierze zależą od propozycji. Trudno sobie wyobrazić, że będę teraz grał w filmie o nowym prezydencie, bo akurat przyjdzie mi ochota taką rolę zagrać. Jeśli nie ma scenariusza i nikt mi tej roli nie zaproponuje, to nic takiego się nie zdarzy. Wolę grać i uprawiać swój zawód w filmie, który ludzi rozbawi i pozwoli im odetchnąć.

- Zagrałby Pan prezydenta Andrzeja Dudę? Widzę nawet podobieństwo.
- Po przeróbkach charakteryzatorskich, z dobrym scenariuszem - z przyjemnością. Ciekaw jestem tylko, jaki ten scenariusz będzie. Ile będzie zwrotów akcji i jaki koniec. Serial, czy film krótkometrażowy?

- W 2010 roku znalazł się Pan w komitecie poparcia prezydenta Komorowskiego. Nie żałuje Pan?
- Nie żałuję. Zawsze staram się robić to, co uważam za słuszne.

- A dziennikarze wciąż to wyciągają…
- Bo jestem pierwszy na liście, nazywam się Adamczyk (śmiech).

- Jak się Pan czuje w Polsce 2015? To Pana Polska?
- Tak. Jak nas wszystkich. Ale wie pani, oceniamy Polskę podług tego, co nam piszą w mediach. Co czytamy w internecie, na Facebooku. Również tę Polskę odbieram, niestety z internetu, bo taki jest nasz odbiór, prócz spotkań przy stole, które dziś rzadziej są polityczne. Pamiętam z dzieciństwa, każdy obiad, kolacja - to były cały czas polityka i spiskowanie przeciwko komunie. Ale teraz? Od ponad 10 lat nie oglądam telewizji. Czasem o ważnych wydarzeniach dowiaduję się w restauracji, od gości. A ten ogląd, jaki mam z internetu? Martwi mnie, że jest tak dużo nienawiści w sieci, złej polszczyzny, bluzganiny zamiast argumentów i naginania faktów to w prawo, to w lewo. Oburza mnie dzielenie Polaków na tych prawdziwych i tych gorszego sortu.

- Nie zamierza Pan wstąpić do Komitetu Obrony Demokracji?
- Przecież to wywiad w sprawie nowej komedii romantycznej… Nie chcę się wypowiadać na tematy polityczne, to nie moja działka. Ale pewnie pójdę w kolejnym marszu.

- Pytam aktora - jak widzi kulturę pod rządami PiS? Zapowiedzi, że będą teraz filmy narodowe łechcące polskie serca.
- To, że powinniśmy wreszcie robić takie filmy, mówiłem już bardzo dawno. Kiedy dostałem rolę papieża, moim wielokrotnie wypowiedzianym buntem było to, że ten film zawiera nieprawdziwą informację - że jest produkcją polsko-włoską. To nieprawda. Włosi i Kanadyjczycy wyprodukowali ten film. Nas wynajęli do tego, abyśmy dali miejsce, aktorów i temat.

- Głupio.
- Trochę głupio. Ale zagraniczni producenci i tak się dobrze zachowali, że wynajęli polskich aktorów i przyjechali do Krakowa, by robić zdjęcia. Ale to nie jest polska produkcja. Polska nie zainwestowała ani złotówki w film, który zdobył na świecie ponad 800-milionową widownię. Szkoda. Kiedy oglądam film o wspaniałych czeskich lotnikach, to też mi przykro, że nas nie było do tej pory stać na stworzenie takiego filmu z prawdziwego zdarzenia. A filmy, które teraz powstają…

- „Smoleńsk” będzie w nowym roku.
- Zobaczymy.

- O jaką więc rolę Panu chodzi, o jaki film?
- Tak jak każdego Polaka, mnie również interesuje historia. Chciałbym ją zobaczyć, poruszającą, dobrze zrealizowaną. Nawiasem mówiąc, Włosi zrobili kolejny film o wiktorii wiedeńskiej. Tu akurat były polskie pieniądze zaangażowane, tylko że ten film stał się jakimś prześmianym produktem. Ogromne pieniądze poszły w dosyć ckliwe i bardzo niedobre zresztą efekty specjalne.

- Pan też w tym filmie zagrał.
- Zagrałem Leopolda, cesarza z Habsburgów, z wysuniętą wargą. Bardzo lubię tę rolę. Kiedy czytałem o nim książkę, nie mogłem uwierzyć, że życie stworzyło taką karykaturalną postać. Pewnie pani złośliwy kolega, oglądając taki film, powie, że grałem komediowo. Ale taki był mój bohater. (śmiech).

- Czy władza powinna się wtrącać w kulturę i ją recenzować?
- To pytanie retoryczne. Nie. Czuję, że pani wyciąga mnie do politycznej tablicy, ale już pani powiedziałem: jestem aktorem. Jestem od tego, żeby nauczyć się tekstu, żeby grać. Bardzo to lubię. I nie lubię mądrzyć się na tematy nie z mojego podwórka, mówić co powinno być, a co nie powinno. Widzowie powinni wyłączać telefony komórkowe w teatrze, o! To powinni robić.

- Zapytam niczym papieża o papieża: jak Panu podoba się papież Franciszek?
- No tak (śmiech). Znów ma się wypowiedzieć znawca. Wie pani, że czasem dzwonią do mnie dziennikarze i proszą, abym komentował posunięcia, czy stanowisko Watykanu? Niesamowite było to, kiedy nasz Jan Paweł II zmarł; wyłączyłem telefon, kilka dni później odsłuchałem wiadomości. Było tam nawet nagranie z redakcji „Ja i mój pies”: „Błagam pana, niech pan odbierze telefon i nam coś powie. Bo kto nam teraz wskaże drogę, jak nie pan?” Proszę więc nie pytać mnie o politykę polską ani watykańską, bo nawet moje prywatne zdanie, wypowiedziane w prasie staje się publiczną wypowiedzią. A ja nie lubię stać na mównicy. Nie znoszę być w centrum uwagi.

- Nie wierzę. Każdy aktor, począwszy od siedemnastego halabardzisty, na scenie czuje się Hamletem. Skromnością się daleko nie pojedzie.
- Pojedzie się. Widzi pani, jak daleko pojechałem?

- To było bardzo skromne (śmiech).
- Miało być dowcipne.

Anita Czupryna.czupryn@polskatimes.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.