Anna Gronczewskaa.gronczewska@dziennik.lodz.pl

Piękne dziewczyny i straszne fawele

Anna Gronczewskaa.gronczewska@dziennik.lodz.pl

Rio de Janeiro warto podziwiać nie tylko podczas transmisji z olimpiady. Przekonał się o tym Marek Kowalczyk, dla którego jest to jedno z najpiękniejszych miast na świecie.

Marek Kowalczyk, 60-letni łódzki inżynier, kiedy tylko może ogląda telewizyjne transmisje z Rio de Janeiro. Obserwując zmagania sportowców wspomina swoją wizytę w Brazylii. Było to kilka lat temu. Do Brazylii wybrał się z grupą przyjaciół. Był zachwycony tym krajem, a zwłaszcza Rio de Janeiro.

- Rio de Janeiro jest przepięknie położone - opowiada. - Moim zdaniem to najpiękniej położone miasto na świecie, a trochę tych miast zwiedziłem. Są tam przepiękne góry, cudowny ocean. W Rio panuje też znakomity klimat. Bardzo dobrze się w nim czułem.

Oczywiście najbardziej charakterystyczną rzeczą dla Rio de Janeiro jest figura Chrystusa. Ma 30 metrów wysokości i jest postawiona na 8-metrowym cokole.

- Sama głowa Chrystusa ma ponad 3 metry wysokości - zauważa pan Marek. - Pod samą figurę można dotrzeć kolejką linową lub pieszo. Innym charakterystycznym miejscem dla Rio jest tzw. Głowa Cukru, która podobnie jak figura Chrystusa góruje nad miastem. Ma blisko 400 metrów wysokości. Nazwano ją tak, bo podobnie wyglądały góry cukru, który przed laty sprzedawano w Brazylii.

Oficjalnie Rio de Janeiro ma 11 milionów mieszkańców, ale pan Marek twierdzi, że mieszka tam znacznie więcej ludzi. - Opowiadali nam, że tak naprawdę nie wiadomo ilu mieszkańców ma Rio - wyjaśnia. - Wiele osób nie tylko nie ma zameldowania, ale nawet nazwiska. Mieszkają w słynnych fawelach. To osiedla koło centrum miast, w których żyją najubożsi Brazylijczycy.

Łodzianin odwiedził jeden z faweli w Rio. Poszedł tam wcześnie rano, sam. Przyznaje, że się bał: - Przeżycie było duże, ale nikt mi krzywdy nie zrobił. - Do dziś jednak nie zapomnę tego, co tam zobaczyłem. Domy budują tam z tego co mają pod ręką: desek, blachy. Mają one boczne ściany, dach. Często na tym dachu budowany jest kolejny taki dom. Bez kanalizacji, wody. Warunki życia są tam straszne.

Wszyscy zachwycają się mającą cztery kilometry długości plażą Copacabana. Na pierwszy rzut oka wygląda pięknie. Ma cudowny żółty piasek, jest szeroka.

- Ale traci przy bliższym poznaniu - śmieje się Marek Kowalczyk. - Jest bardzo brudna. Tak naprawdę to nie można się na niej podłożyć. Zdziwiło mnie tylko to, że na stojących w pobliżu stoiskach można było kupić czapki z naszym orzełkiem, w biało-czerwonych barwach.

Bardzo dobre wrażenie na panu Marku zrobili sami Brazylijczycy. Są radośni, weseli, ciągle by tańczyli.

- Na ulicach można spotkać piękne dziewczyny - śmieje się łodzianin. - Ale są też trochę prymitywni.

Bywa bowiem, że całe grupy Brazylijczyków porzucają busz i wędrują do miasta.

- Nad ranem można zobaczyć grupę 50-100 osób śpiących na trawników - opowiada Marek Kowalczyk. - Odpoczywają po pieszej wędrówce. Zwykle wybierają duże miasta: Rio, Brasilię. Liczą, że spłynie na nich bogactwo miasta. Jednak to takie idealistyczne myślenie. To bogactwo na nich jednak nie spływa. Zwykle przyjeżdża policja i wywozi ich 50 kilometrów od miasta. Zostawia na jakiejś działce. Oni uważają, że została przyznana i tam zaczynają żyć, budując swoje prymitywne domy. Brazylijczycy wyjaśniali nam, że nie ma w ich kraju prywatnej własności ziemi. Należy do państwa. To jednak oddaje im w wieczyste użytkowanie.

Problemem Rio i innych większych miast Brazylii jest przestępczość. Kiedy pan Marek był w Brazylii koło katedry w Rio de Janeiro zabito około dwudziestu kilkunastoletnich chłopców.

- Nie zabiła ich jednak policja - wyjaśnia. - Najczęściej przestępcami są właśnie tacy kilkunastoletni chłopcy. Dokonują przestępstw, napadów, kradzieży, nawet zabijają i często pozostają bezkarni. Dlatego bogatsi mieszkańcy Rio tworzą grupy samoobrony. I właśnie taka grupa samoobrony zastrzeliła tych chłopców. Jeżdżą one nocą, szybkimi samochodami, są wyposażeni w broń automatyczną. Strzelają do podejrzanych grup i uciekają. Nie ma w zasadzie szans, by policja ich złapała.

W Rio łodzianin mieszkał niedaleko klasztoru sióstr zakonnych ogrodzonego grubym murem, który znajduje się przy słynnej Głowie Cukru. Otoczony był grubym murem. Klasztor był strzeżony przez policjantów.

- Takimi murami są otoczone domy bogatych mieszkańców Rio - tłumaczy łodzianin.

Podczas pobytu w Rio de Janeiro pan Marek wziął udział w mszy św. odprawianej przez tamtejszego biskupa. Zdziwiło go, że w kościele było mnóstwo psów, kotów. I nikomu to nie przeszkadzało.

- Nagle w czasie podniesienia podczas mszy rozległy się strzały - wspomina. -Przestraszyliśmy się, bo nie wiedzieliśmy, co się stało. Nie wiem też czy Brazylijczycy biorący udział w mszy strzelali ze „ślepaków”, czy ostrej broni.

Marek zdziwił się, że na ulicach Rio, a także innych brazylijskich miast nie widział starych ludzi. Odnosiło się wrażenie, że mieszkają w nich sami młodzi.

- Potem dowiedziałem się, że Brazylijczycy, którzy skończyli 60 lat rzadko wychodzą z domu - mówi. -Wstydzą się, wolą się nie pokazywać na zewnątrz. Zauważyłem to w Rio, ale zwłaszcza w Brasilii, stolicy tego kraju.

Podczas pobytu w Brazylii pan Marek przekonał się, że rodaków można spotkać w każdym zakątku świata. Jechali autokarem, a nagle przy skrzyżowaniu dróg zobaczyli szałas pokryty liśćmi palmy. Okazało się, że to restauracja. Postanowili się tam zatrzymać, by coś zjeść. Nagle przed restaurację wyszedł 50-letni Indianin, a za nim jego żona, gruba Indianka oraz ich sześcioro indiańskich dzieci, w wieku od pięciu do piętnastu lat. Gdy właściciel restauracji dowiedział się, że goście są Polakami, od razu na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Kowalski jestem! - przedstawił się. Mimo polskiego nazwiska nie znał żadnego słowa po polsku, nie za bardzo wiedział również gdzie znajduje się Polska. Potem wyjaśnił, że Polakiem był jego ojciec.

-Jego ojciec walczył w armii generała Maczka - opowiada Marek Kowalczyk. - Został ranny, amputowano mu nogę. Po wojnie dostał pewną sumę pieniędzy i ofertę wyjazdu do Brazylii. Pojechał. Tam poznał pewną Indiankę. Pobrali się i urodził się im syn. Chłopiec miał trzy czy cztery lata kiedy ojciec umarł. Ale pozostał Kowalskim. To nazwisko noszą także jego dzieci.

Autor: Anna Gronczewska

Anna Gronczewskaa.gronczewska@dziennik.lodz.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.