Patriotyzm genetyczny rodem z PRL

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Jakubowski
Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

Patriotyzm genetyczny rodem z PRL

Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

Pewna grupa ludzi, określone środowiska, Polacy gorszego sortu, stojący tam, gdzie stało ZOMO, niebywała uzurpacja, skundlenie polityczno-kulturowego establishmentu, hołota...

To tylko niewielka część obelg, którymi Jarosław Kaczyński, prezes PiS i naczelnik Polski, obrzuca rodzimych zdrajców, targowiczan i jurgielitników. Czyli wszystkich tych, którym nie podobają się jego rządy i państwowotwórcze idee zaczerpnięte żywcem z pierwszej połowy XX wieku.

Słuchając niedawno obelżywych uwag prezesa Kaczyńskiego pod adresem opozycji przypomniałem sobie książkę wybitnego językoznawcy prof. Michała Głowińskiego „Peereliada”. Uczony analizował na bieżąco oficjalny język dygnitarzy PRL i prasy warszawskiej lat 70. i 80. Aż trudno mi było uwierzyć, ile podobieństw znalazłem! Wbrew wielu politologom twierdzących, że pierwszą ofiarą rządów PiS jest prawda, uważam, że jest nią język. Bezwzględny, agresywny, wartościujący rodaków i wyjątkowo demagogicznie konstruowany.

Daleki jestem od nazwania prezesa Kaczyńskiego demagogiem i cynikiem. Najgorsze jest to, że on naprawdę wierzy w to, co mówi. I to jest największy problem dzisiejszej Polski. Zresztą, posłuchajmy.

Jarosław Kaczyński: „Historia Polski, jak i każdego narodu nie jest idealna. Mieliśmy bohaterów, mieliśmy i hołotę, to jest zupełnie oczywiste. Po 1945 r. ta hołota mogła triumfować, socjalizm to był ustrój hołoty, dla hołoty” (marzec 2007 ).

Prof. Michał Głowiński zamieścił w książce listę określeń, jakimi „Trybuna Ludu” nazywała opozycję demokratyczną PRL: warchoły, zdrajcy ojczyzny, ludzie z marginesu społecznego, mierni Polacy, wrogowie Polski Ludowej, nie-Polacy”. (Czerwiec 1977).

Edward Gierek na zjeździe Związku Zawodowego Górników:

„Będziemy w imię najlepiej pojętych interesów Polski dawać stanowczy odpór każdej próbie wypaczania demokracji i wykorzystywaniu jej do siania chaosu i anarchii. Wiemy, komu na tym zależy” (grudzień 1976).

Jarosław Kaczyński: „Musimy rozstrzygnąć czy chaos i wojna, czy porządek, pokój i prosta droga ku rozwiązaniu polskich problemów, ku godności, sile”. To mówił w październiku 2015 roku. Natomiast w marcu tego roku wyznał: „Niech nikt nie liczy na to, że my się cofniemy: będziemy Polskę zmieniać”.

W latach 2005-2007, kiedy po raz pierwszy założyciel PiS zdobył władzę, traktowałem tego rodzaju zapowiedzi wzruszeniem ramion. PiS nie miało większości sejmowej, a koalicja z Samoobroną i LPR była wiecznie skłócona.

Dziś jest zupełnie inaczej. Jarosław Kaczyński zdobył wszystko, co było możliwe do zdobycia w naszym systemie politycznym. I zapowiada - choć nie dosłownie - rewolucję. Jest się czego obawiać? Co ze zdrajcami, nie-Polakami? Niestety, Jarosław Kaczyński bardzo rzadko wskazuje palcem na wroga. Woli anonimowe zniewagi w takim stylu:

„Oni są wciąż obecni. To oni są przeciw nam. To oni próbują nas zablokować. Wmawiają, że w Polsce dzisiaj demokracja jest zagrożona (...) Dzisiaj nie o demokrację chodzi. Dzisiaj chodzi o to, by demokracja mogła decydować, a nie garstka ludzi jednej strony, ludzi zaprzedanych obcym, a także wewnętrznym, ale niemającym nic wspólnego z interesem ogromnej większości Polaków” (grudzień 2015).

Jakże to przypomina kwiecistą mowę polityków PRL, w której „obcy” odmieniani byli przez wszystkie przypadki. Na przykład Bogdan Maciejewski pisał w 1977 w „Sztandarze Młodych” tak:

„Nie dla Polski pracuje Michnik. Dla obcych ludzi, obcych interesów, obcych wartości (...) Z człowiekiem, który w istocie znienawidził wszystko, co nasze, który lży mój kraj - nie umiem rozmawiać. Z megalomanem i hochsztaplerem, niemającym żadnego oparcia w narodzie, też rozmowa byłaby zajęciem niesmacznym”.

Trzy lata później, w Sierpniu 1980 „Trybuna Ludu donosiła: „Prawdziwi Polacy nie mogą obojętnie przyjmować treści wypowiadanych przez A. Michnika i J. Kuronia wobec przedstawicieli prasy burżuazyjnej, a dotyczących naszych najważniejszych spraw narodowych”.

Już w czasie pierwszych rządów PiS określenie „prawdziwy Polak” stało się znakiem rozpoznawczych jedynie prawdziwych patriotów. Ale był to też stały motyw wystąpień PRL-owskich dygnitarzy i propagandystów. Fragment z posiedzenia Biura Politycznego PZPR (sierpień 1976): „Jest pilna potrzeba wzmożenia wysiłków kadry pedagogicznej na rzecz wychowania młodzieży na prawdziwych Polaków w duchu patriotyzmu”.

Z listu Stanisławy Woźniackiej do „Trybuny Ludu:

„Rok 1945 był przełomowym rokiem w moim życiu i życiu prawdziwych Polaków”, a Iwona Bartosiewicz uzupełniła: „Wykorzystanie miejsc świętych do głodówek jest według mnie poniżające osobowość prawdziwego katolika”.

Już po wyborach parlamentarnych pojawiło się określenie, które nawet komunistom nie wpadłoby do głowy. Chodzi o gen zdrady, o którym mówił prezes PiS w grudniu w Telewizji Republika:

„W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej. I to jest właśnie nawiązywanie do tego. To jest jakby w genach niektórych ludzi, tego najgorszego sortu Polaków. No i ten najgorszy sort właśnie w tej chwili jest niesłychanie aktywny, bo czuje się zagrożony. Proszę zwrócić uwagę, że wojna, potem komunizm, później transformacja tak, jak ją przeprowadzono, to właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse”.

Słowem - hołota...

„Trybuna Ludu” ze stycznia 1977 roku przekonywała czytelników w podobnym duchu:

„Jest w postępowaniu tych ludzi (opozycji demokratycznej) coś podłego. To wywnętrzanie się na Zachód, tworzenie mitu antypaństwowego. Oni są wytworem epoki u nas minionej, lecz istnieją, bo nie wszędzie ta epoka minęła. Ludzie ci stanowią odrzut historii i tworzą grupę żebraków politycznych”.

Zarówno w PiS, jak i PZPR jasna i oczywista jest definicja patriotyzmu. To słowo występowało z ogromną częstotliwością i ma jedną cechę wspólną: kto nie podzielał tej interpretacji, automatycznie stawał się wrogiem i zdrajcą. Kilka lat temu poseł Marek Suski z PiS publicznie opowiadał o swoim genetycznym patriotyzmie zawstydzając tych Polaków, którzy takiego genu nie mają. Była to sensacja na skalę całego kraju. Trzydzieści lat wcześniej, tuż po Sierpniu, prof. Michał Głowiński, nie znając teorii Suskiego, skomentował szafowanie słowem patriotyzm: „Zwrócono mi uwagę, że już niedługo o nikim godnym nie będzie można poważnie powiedzieć, że jest polskim patriotą, dwa te słowa zostały tak splugawione przez sowiecką propagandę. We wszystkich tekstach sowieckich na tematy polskie od roku mówi się o polskich patriotach, którzy obronią ojczyznę przed wrogimi zakusami i intrygami, którzy uchronią Polskę przed nieszczęściami, jakie na nią czyhają. Również PRL-owska propaganda dużo mówi o patriotyzmie, ale jednak nie osiąga tak wysokiego stopnia zafałszowania”.

Fałszerstw, i to na międzynarodową skalę, dokonywała demokratyczna opozycja wysyłając informacje na Zachód. Zdradzała tym samym prawdziwych Polaków i socjalistyczną ojczyznę:

„Zachodnie środki masowego przekazu zawzięły się na Polskę, podpuszczone przez grupę działających w kraju i konstruują fałszywy obraz Polski” (Życie Warszawy 1977).

Włodzimierz Żrałek w „Trybunie Ludu” precyzował: „Inspiratorami dezinformacji w zachodnich mediach są działający w kraju wrogowie Polski. Celowo rozpowszechniają te dezinformacje, bo kraje zachodnie są w stanie kryzysu, a kłamstwa na temat tego, co dzieje się w Polsce stanowią dobry sposób odwracania uwagi tamtych społeczeństw”.

W podobny sposob także Jarosław Kaczyński w grudniu 2015 roku karcił opozycję i wiadome środowiska: „Nawyk donoszenia na Polskę za granicą jest w genach niektórych ludzi, najgorszego sortu Polaków. Ten sort czuje się zagrożony”. A w przemówieniu sprzed kilku dni wskazywał te same obce elementy, które donoszą zachodnim mediom: „Za szeroką koalicją tworzoną przeciw PiS stoją siły, które chcą po prostu utrzymać Polskę jak najniżej, po to by służyła innym, by Polacy na innych pracowali, by Polska była swego rodzaju kolonią. To ci sami, którzy chodzili do rosyjskiej ambasady ze skargami na Polaków, na PiS”.

To, że takim językiem mówią partyjni towarzysze prezesa, jest oczywiste. Ale z miesiąca na miesiąc coraz więcej określeń Jarosława Kaczyńskiego przejmuje Andrzej Duda, który deklarował, że będzie prezydentem wszystkich Polaków. I z tym będzie coraz większy problem.

Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.