Odszedł Marian Kociniak - niezapomniany Franek Dolas [legendarne wideo]

Czytaj dalej
Fot. materiały prasowe
red

Odszedł Marian Kociniak - niezapomniany Franek Dolas [legendarne wideo]

red

Popularny aktor miał 80 lat, zaś w dorobku ponad 30 ról filmowych i teatralnych. Polacy kochali go przede wszystkim za wspaniałą rolę w komedii wojennej „Jak rozpętałem II wojnę światową”.

Nie lubił udzielać wywiadów. Dziennikarzy latami unikał jak zarazy. Ale nieoczekiwanie w 2010 r. zgodził się na długą rozmowę z Remigiuszem Grzelą. Jej owocem był wywiad rzeka „Spełniony”, po którym okazało się, że nasza wiedza o Kociniaku jest nader mizerna. Złośliwie przejechał się nie tylko po swoim aktorskim żywocie, ale też po kolegach z branży i przedstawicielach tzw. środowiska. Dwa lata temu, w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, był równie nieprzejednany w demitologizowaniu mitów na swój temat.

Niektórzy się obrazili, inni wzruszyli ramionami. On sam zaś nie próbował się tłumaczyć: „Wiem, że aktorzy lubią być tacy intelektualni, pokazywać, jakie rozumy pozjadali. Opowiadać nadzwyczajne facecje. Niech pan w to nie wierzy” - mówił Grzeli.

O swoim dzieciństwie również nie rozwodził się z sentymentem: „Jestem młody chłopak wychowany na Dolnym Mokotowie! Mieszkałem przy Łazienkach, na Bończy, ulicy, której dziś nie ma. W okolicy było sporo mętów społecznych. Panowała straszna bieda. Nieprawdopodobna! Ojciec kupował tytoń i gilzy, robił papierochy, a ja je sprzedawałem. Jeszcze przed okupacją. Biegałem po ulicy i krzyczałem: „Papierosy swej roboty! Papierosy! Papierosy!”. To były zaczątki mojego aktorstwa”.

Aż trudno uwierzyć, że z powojennego warszawskiego apasza wyrósł jeden z najpopularniejszych polskich aktorów. W oficjalnym CV Mariana Kociniaka czytamy: Absolwent PWST w Warszawie (1959) i uczeń Ludwika Sempolińskiego. Przez kilka dziesięcioleci prawie bez przerw występował w macierzystym Teatrze Ateneum. Często pojawiał się także w Teatrze Telewizji, m.in. w „Łuku Triumfalnym”, „Moskwie Pietuszkach”, „Elegii dla jednej pani”, „Igraszkach z diabłem” oraz w spektaklu „Coś w rodzaju miłości”. Występował również w Kabarecie Starszych Panów. Współpracował także z radiem, występując w magazynie „60 minut na godzinę”, gdzie tworzył parę z Andrzejem Zaorskim w legendarnych skeczach z serii „Kulisy srebrnego ekranu”, natomiast wykonywana przezeń piosenka „Powtórka z rozrywki” rozpoczyna do dziś program pod tym samym tytułem na antenie radiowej Trójki.



Choć był aktorem wszechstronnym, jego największą pasją okazało się kino. Na ekranie zadebiutował w 1959 r. w filmie „Pan profesor”. Zagrał w ponad 30 filmach. Od „Niewinnych czarodziejów” z 1960 r., gdzie pojawił się w charakterze widza na koncercie jazzowym, po serialową „Głęboką wodę” z roku 2013, w której wcielił się w profesora. A po drodze były m.in. „Czerwone berty” (1962 r.), „Ostatni po Bogu” (1968 r.), „Janosik” (1974 r.), „Jan Serce” (1981 r.), „Trójkąt Bermudzki” (1987 r.), czy „Pan Tadeusz” (1999 r.).

Szczęśliwą kartę dostał od losu w 1969 r. To wtedy zagrał swoją nieśmiertelną rolę w trzyczęściowej komedii wojennej „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” Tadeusza Chmielewskiego.

„Rola Franciszka Dolasa przyniosła mi ogromną satysfakcję i wielką popularność. Film jest zabawny. Najlepszy dowód, że chodzi w telewizji na okrągło, a Polonia amerykańska zażądała pokolorowania, co wiele kosztowało. Jednocześnie praca mnie zmęczyła. Kręciliśmy z półtora roku. Zaplanowaliśmy jeden film, a wyszły trzy serie” - mówił w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Zastrzegając jednocześnie, że udało mu się uniknąć pułapki sławy, w którą po „Stawce większej niż życie” wpadł Stanisław Mikulski.

„To była rola bliska cwaniakowi z Dolnego Mokotowa. Nie musiałem się specjalnie naginać” - dodawał.

Ale nie wierzmy do końca w tamte słowa Kociniaka. Dla większości rodaków do końca życia pozostał Frankiem Dolasem, dzieckiem szczęścia, który kiwał Niemców na wszystkich wojennych frontach i ogrywał Arabów w trzy karty. Nawet rola niezgułowatego margrabiego w „Janosiku” nie przyćmiła jego wojennej sławy. Na drugiego Hansa Klossa się nie nadawał: był za niski, miał szczerą słowiańską twarz i kiepsko wyglądał w mundurze. Próby nadania mu miana „polskiego Belmonda” spełzły na niczym.

Poza tym potrafił odpuścić sobie kino i ukryć się w teatrze. Nie bez powodu był nazywany „zwierzęciem scenicznym”: grał instynktownie, nabijał się z kolegów aktorów, którzy przygotowując się do banalnego spektaklu, czytają o filozofii i historii. Był świadom swoich umiejętności aktorskich. „Ma pan poczucie władzy nad widzem? - pytał go Remigiusz Grzela w „Spełnionym”. „Może jestem zarozumiały, ale wydaje mi się, że całkowicie panuję” - odpowiedział mu Kociniak.

Bycie osobnym i trzymanie się z dala od środowiskowych koterii i mód dawało Kociniakowi to, o czym wielu aktorów bezskutecznie marzy - niezależność. Dzięki temu dawał się poznać w najbardziej niezwykłych rolach. Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia, przypomina, że Marian Kociniak był jednym z najważniejszych aktorów Teatru Polskiego Radia. „Zagrał w 1100 słuchowiskach, więc to jeden z naszych rekordzistów. Jego śmierć to wielka strata dla polskiej kultury. Sam miałem przyjemność pracować z nim przy co najmniej 50 słuchowiskach. Pamiętam szczególnie jedno. Grał żołnierza, który w plecaku nosi drugie serce” - dodaje.

Kociniak miał bowiem opinię aktora tragikomicznego o dużej skali wyrazu. Grane przez niego postaci rozśmieszały publiczność, ale jednocześnie skłaniały do zadumy i refleksji. W jednym z nielicznych wywiadów, którego udzielił w 1993 r. magazynowi „Film” tłumaczył, że „najważniejsze jest utożsamienie się z postacią. Muszę być głęboko zaangażowany w to co robię, muszę uwierzyć w przeżycia i reakcje mojego bohatera”.

Można to potraktować jako jego credo aktorskie - „Iść zawsze pod prąd”. W cytowanym już wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Kociniak dawał do zrozumienia, że ten nonkonformizm nie wziął się znikąd, że wyniósł go z domu rodzinnego: „Mój ojciec całe życie słuchał Londynu i Radia Wolna Europa. Od dziecka byłem wychowywany w duchu antykomunistycznym. Nie cierpieliśmy czerwonego koloru od początku. Ojciec przejął to od dziadka, ja od ojca. Dlatego czasy powojenne były dla nas ciężkie. Ci, którzy należeli do ZMP, lepiej sobie radzili. Mieli wyższe stypendia (…) Ja nie należałem”.

W 2003 r. podczas Festiwalu Gwiazd w Międzyzdrojach Marian Kociniak odcisnął dłoń na Promenadzie Gwiazd. A z okazji 50-lecia pracy artystycznej, w 2010 r. został odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

Ale to, co najważniejsze zostawił nam na celuloidzie. Przede wszystkim rolę Franka Dolasa. „Oglądając film Chmielewskiego trudno oprzeć się wrażeniu, że główna rola została napisana specjalnie dla Kociniaka - pisał przed laty Krzysztof Demidowicz na łamach „Filmu”. - Jeśli tak nie było, trzeba reżyserowi pogratulować wyboru wykonawcy. Takiego popisu wdzięku, brawury i poczucia humoru ani wcześniej, ani później w rodzimej komedii nie podziwialiśmy”.

To chyba najlepsze epitafium dla zmarłego w czwartek aktora.

red

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.