Katarzyna Kojzar

O życie walczy się do krwi ostatniej. To jest cud, gdy chore serce znów bije

Prof. Janusz Skalski: - Nie wolno odpuszczać. Nie można dać sobie odrobiny luzu. Fot. Wojciech Matusik Prof. Janusz Skalski: - Nie wolno odpuszczać. Nie można dać sobie odrobiny luzu.
Katarzyna Kojzar

Leon Manteuffel, wybitny chirurg, mawiał, że jeśli ktoś dał z siebie 99 proc., to w jednym procencie popełnił zbrodnię - mówi kardiochirurg dziecięcy prof. Janusz Skalski z Collegium Medicum UJ.

- Serce jest niezwykłe?
- Jest. Ale dla nas, lekarzy, jest to tylko mięsień. Choć ten mięsień ma swoją autonomię, kurczy się niezależnie od naszej woli. Serce ma swój rytm, narzucony przez naturę, ewolucję. Józef Struś, wybitny polski lekarz żyjący w XVI wieku, był pomysłodawcą - tak byśmy to dziś nazwali - wariografu. Rozmawiał z dziewczyną, trzymając ją za nadgarstek. Wymieniał imiona mężczyzn, a kiedy trafił na imię jej ukochanego, puls dziewczyny przyspieszał. To doskonale pokazuje, że rytm serca jest odzwierciedleniem emocji człowieka.

- Mówi się, że zbyt silne emocje mogą zabić. To prawda?
- Tak, emocje mogą działać na serce bardzo niekorzystnie. Pod wpływem natłoku pracy, zdenerwowania, stresu, może dojść do obkurczenia naczyń wieńcowych, a przez to nawet do śmierci. Kiedyś zadano mi pytanie, czy pozytywne emocje dobrze wpływają na serce. Otóż radość jest zbawienna dla psychiki. Dla serca - niekoniecznie. Jeśli ktoś choruje i nagle znajdzie pod wpływem silnych, pozytywnych emocji, może wydarzyć się to samo, co przy nadmiarze stresu.

- To znaczy, że można umrzeć ze szczęścia?
- Można umrzeć ze szczęścia.

- Przez wiele lat panowało przekonanie, że lekarz serca w ogóle nie powinien dotykać…
- To wzięło się od słów wielkiego austriackiego chirurga Theodora Billrotha, który mówił, że lekarz, który dotknie nożem serca, może być pewny, że na zawsze straci szacunek swoich kolegów. Nie można go jednak brać tak dosłownie, bo z jednej strony takie zdanie publicznie wypowiedział, ale z drugiej strony też sam opisywał w swym podręczniku, jak można zszywać rany serca. To były słowa trochę niezgodne z tym, co myślał. Ale, mimo wszystko, przekonanie o „nieoperacyjności” serca panowało przez wiele, wiele lat.

- Czy to nie było związane właśnie z emocjami? Z tym, że serce uważano za lepszy narząd, bo to w nim mieści się źródło intelektu i uczuć?
- W pewnym sensie tak. Serce uchodziło za niezwykle czuły narząd, taki, który może przestać pracować, gdy się zacznie w nim grzebać. Ale okazało się, że serce jest tak niezwykle odporne na czynności chirurga, że można zszyć ranę nawet wtedy, kiedy bije. Dziś mamy komfortową sytuację: podłączamy pacjenta do krążenia pozaustrojowego, serce nie działa, więc jest bardziej podatne na interwencję chirurgiczną. Kiedy serce pracuje, szew może się bardzo łatwo zerwać. Gdy jest wyciszone, szycie jest lepsze i bezpieczniejsze. Przeszliśmy bardzo długą drogę. Jakby ktoś mi powiedział 30 lat temu, że będziemy operować z powodzeniem zespoły niedorozwoju serca, że będziemy mieć śmiertelność bliską zeru, powiedziałbym mu, że to mrzonki, futurologia. Tymczasem to dziś jest możliwe. Przestawiamy kolejność przedsionków, komór i wielkich naczyń, jednokomorowe serce przysposabiamy do życia i dobrego spełniania funkcji fizjologicznych. W wielu wypadkach nie naprawiamy go, ale zbliżamy się do jego poprawnej fizjologii krążenia. Anatomii nie możemy przywrócić, ale samo poprawianie wystarczy. Jeśli nie wystarczy, możemy poprawić serce jeszcze raz. Nie musimy się upierać, żeby było idealnie. Dzisiaj w kardiochirurgii chodzi bardziej o to, żeby człowiek był przystosowany do życia i mógł żyć jak najdłużej. Tak przysposabiamy jego serce, żeby mu tę normalność umożliwić.

- To trochę brzmi jak magia.
- Tak, bo to jest jak magia, cud. W tym tkwi piękno medycyny - że możemy sprawić, by chore serce spełniało swoją rolę. Ono poddaje się temu, co mu proponujemy. Jest niezwykle wdzięcznym narządem, bo znosi brutalne zabiegi i nadal chce pracować.
- Zawsze?

- Oczywiście, że nie. Czasami jest tak dotknięte przez błąd natury, że chirurg staje przed ścianą. To są sytuacje skrajne i wyjątkowe, na szczęście rzadkie. Ale jeżeli mamy z nimi do czynienia, to przede wszystkim trzeba być uczciwym. Dlatego tak przestrzegam przed szerzeniem haseł o „naprawianiu serduszek”. Mnie to drażni, bo trzeba podawać rodzicom dziecka prawdziwe informacje, oparte na wiedzy i realiach.

W latach 60. i 70. wpadliśmy w euforię: naprawiamy coraz więcej wad, już niedługo wszystko będzie możliwe... Potem przyszedł jednak moment otrzeźwienia. Przekonaliśmy się, że to naprawianie jest tylko w cudzysłowie. Po dwudziestu, trzydziestu latach zaczęli wracać pacjenci, których operowano jako dzieci. Na etapie tych pierwszych operacji nikt nie wiedział, jak długo ci pacjenci będą żyć, jak będą się czuli. Przekonaliśmy się o tym w latach 90. Pojawiła się nowa grupa chorych, która rzuciła całkiem nowe spojrzenie na dokonania kardiochirurgii. Najwięksi mistrzowie zaczęli mówić: zaraz, zaraz, przecież to nie jest korygowanie wad serca z przywróceniem całkowicie normalnych warunków anatomicznych. My ingerujemy w naturę. Wszczepiamy na przykład łatę, ona nie rośnie, nie żyje. Serce jest pokrojone, poprawiona zastawka nie zawsze jest idealna. Za każdym razem, gdy operujemy jakiś defekt, to po drodze musimy coś przeciąć. Czy po takich przejściach serce jest całkowicie zdrowe, jak pani myśli?

- Raczej nie.
- No nie, bo mogą pojawić się konsekwencje. I dlatego sposób leczenia musi być jeszcze staranniejszy, żeby efekt utrzymał się przez lata. Musimy myśleć przyszłościowo, a nie tylko doraźnie. Takie spojrzenie spowodowało rewolucję w kardiochirurgii. Lekarze musieli odpowiedzieć na pytanie: jak leczyć, żeby uzyskać trwały efekt leczenia? Nie jak operować, żeby dziecko przeżyło, ale jak zapewnić, żeby dożyło dojrzałego wieku. Oczywiście, my dobrze wiemy, że mogą pojawić się powikłania, które mogą zabić, nawet jeśli lekarz bezbłędnie wykona operację. Ale czasami serce jest tak zniszczone, dziecko jest straszliwie dotknięte przez zły los, wszystko się sypie… Wtedy dochodzimy do ściany. Wiemy, że za nią już nie ma życia. Że dla tego dziecka to już jest kres. Rodzice oczekują, że dalej będziemy działać, wbrew logice. Mają nadzieję. I co wtedy? To są trudne momenty. Bez porozumienia z rodzicami nic nie da się zrobić. W takich chwilach bardzo pomocny jest mądry psycholog albo mądry ksiądz.

- Dużo miał Pan takich sytuacji?
- One nie zdarzają się często - raz, dwa razy do roku. Ból rodziców jest tak wielki, że trudno im cokolwiek wytłumaczyć. Czasami wiedzą, że ich dziecko jest nad grobem, ale potrafią się rzucić z pazurami, obrażać, krzyczeć, straszyć. A nie można winić lekarza, jeśli zrobił wszystko, co w jego mocy.

- Da się jakoś na takie sytuacje uodpornić? Wyćwiczyć psychikę?
- Nie da się. Przynajmniej ja nigdy nie potrafiłem. Jednak są tacy lekarze, którzy potrafią. Nie wiem, czy ich za to cenić. Bo z czego wynika ta ich odporność? Z jednej strony: może mają mocną psychikę. Z drugiej: być może chodzi o brak empatii? Nie wiem.

- Na co dzień operuje Pan trudne przypadki. Jak to wtedy jest z emocjami? Nad stołem operacyjnym da się je wyłączyć?
- Na pewno nie do końca. Ale my musimy pewne rzeczy robić na zimno, starać się opanować emocje. Jest jedna prozaiczna przyczyna - przy nadmiarze stresu będą się nam trzęsły ręce. W czasie operacji to niedopuszczalne. A jednocześnie jeśli ktoś jest całkowicie wyprany z emocji, nie może być dobrym lekarzem. To trzeba wypośrodkować. Ja sam czasami przed trudną operacją nie mogę się pozbierać przez kilka dni, ciągle o niej myślę, zastanawiam się, martwię. Nigdy się nie denerwuję, jeśli mam wyjść na scenę i coś powiedzieć. Jak wyjdę, to sobie gadam i wiem, że nikomu krzywdy nie zrobię. Po co więc się denerwować? Że się zbłaźnię? No to się zbłaźnię! Wyjście na scenę to przywilej i nie ma się czym stresować. Przed operacją jednak musimy być spięci i skupieni, dla dobra pacjenta.

Nie pani pierwsza mnie o to wyłączenie emocji pyta. Zawsze, kiedy ktoś mi zadaje to pytanie, opowiadam o lekarce, którą znam, lubię i cenię. Bardzo uczciwa, miła, religijna, chodzące dobro. Ale kiedy dochodzi do trudnych sytuacji, panikuje. Jest dobrym człowiekiem, ale nie nadaje się do tego zawodu - bo traci głowę w obliczu zagrożenia życia dziecka.

- Czy jeśli jest się przywiązanym do pacjenta, to trudniej się go operuje?
- Trochę tak jest. Trudniej operuje się pacjenta, który od wielu dni leży na oddziale, zna się go. Związek emocjonalny może paraliżować. Dlatego istnieje zasada, że nie operuje się swoich bliskich. Dalszą rodzinę już tak. Własnego dziecka - nie.

- Pytam o to, bo w filmie „Bogowie” najbardziej wstrząsnęła mną scena, kiedy prof. Zbigniew Religa dostaje od swojej ulubionej małej pacjentki misia i obiecuje jej, że po operacji go odda. Misia nie oddaje, bo pacjentka umiera.
- To są najtrudniejsze momenty w pracy kardiochirurga. Właśnie z powodu tej sceny uważam, że film jest do bólu realny. Ja sam mam kilku takich pacjentów, którym chciałbym oddać ich misie. Albo poduszeczkę, która czekała na nich. Mam takich... Nie ma chirurga, który by nie miał. Jedyne, co możemy zrobić to starać się, żeby ten nasz cmentarz był jak najmniejszy. Żeby móc popatrzeć w lustro i nie mieć do siebie pretensji. Ja za każdym razem staram się wyciągać wnioski i uniknąć powtórki. Najbardziej bym chciał, żeby w moich asystentach żyło wpojone przeze mnie przekonanie, że o pacjenta walczy się do krwi ostatniej. W przenośni oczywiście. Nie wolno odpuszczać. Rezygnować. Nie można dać sobie luzu. Leon Manteuffel, wybitny chirurg, mawiał, że jeśli ktoś dał z siebie 99 proc., to oznacza, że w jednym procencie popełnił zbrodnię. Widziałem już takie sytuacje, kiedy wszyscy chcieli zakończyć reanimację, nikt nie miał nadziei. I nagle, po godzinie reanimowania, pacjent ożywał. Ale nie zawsze się udaje, czasami życie dziecka wymyka nam się z rąk. Nie jesteśmy przecież cudotwórcami, tylko rzemieślnikami.

- Mówimy wciąż o tych najtrudniejszych chwilach. A jakie są najpiękniejsze momenty dla kardiochirurga?
- Kiedy pacjent, który był w skrajnie trudnym stanie, przeżywa. Widzimy sukces, można nasycić nim oczy. Kiedy obserwujemy, jak maluch jest radością życia rodziców. Jednocześnie jest też naszym szczęściem. Czasem po kilku latach spotyka się dawnego pacjenta i widzi w dobrym zdrowiu… . Medycyna przynosi niespodzianki. Dziecko potrafi czasem wszystkich zaskoczyć. Trzeba być dobrej myśli, zawsze to powtarzam moim asystentom. Trzeba też mieć strategię: ona jest tak ważna, jak plan obrazu dla malarza. Nie jesteśmy artystami, ale przed zabiegiem musimy mieć strategię działania, plan.

Katarzyna Kojzar

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.