Nikt się nie liczy z siostrą Flakonią od bocznego ołtarza [rozmowa]

Czytaj dalej
Fot. Dominik Fijałkowski
Roman Laudański

Nikt się nie liczy z siostrą Flakonią od bocznego ołtarza [rozmowa]

Roman Laudański

Rozmowa z Martą Abramowicz, autorką książki „Zakonnice odchodzą po cichu” o tym, co dzieje się za klasztorną kratą, kiedy siostry zależą we wszystkim od matki przełożonej, a ich służba oznacza więcej prania i sprzątania niż modlitwy.

- Pamiętam zakonnice ze Światowych Dni Młodzieży. Roześmiane, tańczące, a u pani - jakieś takie smutne i chyba przegrane.
- Pamiętam takie zdjęcie zakonnic tańczących na plaży. Przesłała mi je jedna z byłych zakonnic z dopiskiem, że tak właśnie wygląda „powołaniówka” zachęcająca do wstępowania do zakonu.

- Chciałbym wierzyć, że dla zakonnic frajdą i przeżyciem było spotkanie z papieżem.
- Ale ja wierzę, że tak właśnie jest! Nie wiem tylko, czy użyłabym słowa „frajda”. Moje bohaterki były osobami głęboko wierzącymi, przeświadczonymi, że to ich droga. Nawet jeśli przeżywały w zakonie trudne chwile, to nie znaczy, że nie było momentów szczęśliwych i radosnych. Chociaż w rozmowach ze mną poświęciły temu najmniej czasu.

- O zakonnicach mówi się, że wstępują do zgromadzeń dla Boga i ludzi.
- Tak te z zakonów czynnych. Te w zakonach kontemplacyjnych żyją w zamknięciu, znikają dla świata i ludzi. W Polsce jest ok. 20 tysięcy sióstr w zgromadzeniach czynnych i tylko 1,8 tys. mniszek w zgromadzeniach kontemplacyjnych. Ja pisałam tylko o zgromadzeniach czynnych.

- Napisałaby pani teraz inaczej tę książkę? Jeden z zarzutów brzmiał: na podstawie rozmów z 20 byłymi zakonnicami jest książka o 20 000.
- To było pierwszych dwadzieścia, które zdecydowały się mówić. Każdy czytelnik zauważy, że opisane historie są do siebie podobne. Nie tylko jestem reporterką, ale wywodzę się z badań społecznych. Jeśli po raz dwudziesty słyszę tę samą historię, a nie mam żadnej innej, to jest to pewien sygnał. Od czasu ukazania się książki skontaktowało się ze mną już ponad 100 byłych sióstr. Piszą, że moja książka opowiada także o ich życiu. Piszą także ich rodziny i ludzie świeccy pracujący z zakonnicami. Z podobnymi refleksjami. Więc na pewno nie napisałabym dziś książki inaczej.

- Czym jest „powołaniówka”?
- Wytworzeniem specyficznej atmosfery, która ma za zadanie przyciągnąć młode dziewczyny do zakonu. Siostry grają na gitarach, śpiewają, podają lepsze jedzenie. Moje bohaterki, kiedy szły do zakonu, nie miały praktycznie żadnych informacji, co je czeka. Jak będzie wyglądało życie codzienne w zakonie.

- Naprawdę trudno uwierzyć, że one o to nie zapytały. Zgoda, były młode...
- Miały 18 lat. Moje bohaterki szły do zakonu z pięknymi ideami i dobrymi intencjami. I nawet mimo tego, że rzeczywistość okazywała się diametralnie inna od ich wyobrażeń, starały się wytrwać, przekonując siebie, że to coś z nimi jest nie tak, a nie z systemem, w którym się znalazły.

- Co było dla nich najgorszym doświadczeniem w zakonie?
- Nie były w stanie realizować swojego powołania.

- Zastanawiałem się, jak to możliwe, że musiały prosić przełożoną o zgodę na przeczytanie książki, o majtki czy podpaski?!
- W niektórych zgromadzeniach należało prosić zwyczajowo. W innych - jedna z moich bohaterek na pytanie o podpaski usłyszała: - „potnij sobie szmaty”. Innej przełożona wyrzucała, że za dużo zużyła w ostatnim miesiącu. Spotkałam jedną z byłych zakonnic, która kilka lat po wystąpieniu nadal nie może sobie poradzić z doświadczeniami w zakonie. U nich nie było podpasek, tylko wata, którą też trzeba było oszczędzać. Przełożona chodziła do toalety za zakonnicami i sprawdzała, w jakim stopniu wata jest zużyta. Jeśli uważała, że w niedostatecznym, to przy wszystkich rzucała ją na stół z komentarzem, że ktoś nie dba o dobro wspólne zgromadzenia. Po takich doświadczeniach nie dziwię się, że tej kobiecie trudno dojść do siebie.

- Czy te dziewczyny wcześniej nie wiedziały, że zamiast pomagać ludziom, będą musiały sprzątać, prać i gotować?
- Nie sądziły, że będą tylko (podkreśla) sprzątać, prać i gotować. Każda z nich zakładała, że to część zakonnego życia. Tylko jeśli po raz setny sprzątały czysty, lśniący korytarz i sprzątanie było jedyną rzeczą, którą wykonywały w ciągu dnia, nawet jeśli były już po ślubach wieczystych, to zaczynały się zastanawiać, gdzie jest sens tego, czy po to wstępowały do zakonu? Moje pierwsze bohaterki - Joanna i Magdalena - poszły do dominikanek, bo wyobrażały sobie, że to zakon podobny do dominikanów. Otóż nie. Zapytałam byłych dominikanów, jak wglądał ich nowicjat. Zupełnie inaczej.

- Zakonnicy mają lepiej?
- Oczywiście! Na początku przyjeżdżają do zakonu co jakiś czas, żeby porozmawiać z przełożonym i ugruntować się w swojej decyzji. Nie wstają o 5.00 rano, tylko o 7.00. Nie musieli ani sprzątać, ani gotować, bo zakon zatrudniał panie, które to robiły. Ich jedynym tego typu obowiązkiem było odśnieżanie zimą. Mają bardzo dużo czasu na naukę, czas wolny na pogłębianie, studiowanie pism. Inwestuje się w ich rozwój. Mogą jeździć na rowerze, pójść na basen czy wyjść na piwo, nie muszą cały czas nosić habitów. A siostry muszą. Przecież w ogóle nie ma mowy, żeby siostry mogły sobie gdzieś ot tak wyjść.

- Czy jednak poprzez śluby posłuszeństwa siostry nie zgadzają się na dyscyplinę?
- Nie można nakazać nikomu czegoś sprzecznego z jego sumieniem! Siostra Agnieszka wstąpiła do zakonu, który ma w charyzmacie opiekę społeczną, pomoc potrzebującym. Chciała to robić, a później była za to tępiona. Siostra Izabela opowiadała, że będąc w zakonie zauważyła niespójności: jedni muszą milczeć, a inni nie. Niektórzy mają przywileje, a inni nie. Jednym wolno kłamać, a innym - nie. Jej dramat polegał na tym, że jej - idealnej zakonnicy - przełożone nie dopuściły do ślubów wieczystych.

- A jak jest w korporacji? Inaczej wygląda to hierarchiczne dziobanie?
- Chwileczkę, mówimy o wierze! Wstępujesz do zakonu, bo chcesz być dla Boga i dla ludzi. Mówimy o powołaniu, dlatego nie należy porównywać zakonu z korporacją. Byłe zakonnice dodawały także, że z korporacji wraca się do domu, a one są w zakonie cały czas.

- Pani bohaterki mówią, że miały problem z zezwoleniem na kształcenie. Lata temu kończyłem polonistykę na KUL, na roku miałem dwie zakonnice, a na całej uczelni było ich bardzo dużo.
- To były pewnie te wybrane, jak jedna z moich bohaterek. Poszła na studia dzienne na KUL, ale została wybrana jako jedyna spośród zgromadzenia liczącego kilkaset sióstr! Inne nie miały już takiej szansy. Kiedy skończyła studia, została wysłana do wiejskiej szkoły w górach, żeby uczyć dzieci religii. Sześć kilometrów pieszo w jedną stronę, bo przełożona nie dawała jej samochodu, który stał na podwórku. W zakonie żeńskim kształcenie zależy od decyzji przełożonej. Część moich bohaterek podkreślała, że albo nie miały szans na edukację, albo obowiązywała zasada: im bardziej czegoś chcesz, tym mniejsza szansa na to, że to otrzymasz. Im bardziej chcesz pójść na studia, tym bardziej skończysz w kuchni, zwłaszcza że nie lubisz gotować. Być może to rzecz powszechna, co nie znaczy, że zdarza się w każdym zgromadzeniu. Natomiast nie wygląda to na kwestię marginalną.

- I za to skrytykowała panią siostra dr Bogna Młynarz ze Zgromadzenia Duszy Chrystusa Pana.
- Napisała swój komentarz, choć nie czytała książki. Podobnie jak większość prawicowych publicystów. Wydaje mi się, że ta książka jest tak ważna dla wielu osób, bo nie naruszam w niej uczuć i przekonań osób wierzących. Pokazuję ich wiarę w zderzeniu z systemem, w którym przyszło im żyć.

- To kwestia systemu?
- Uważam, że tak. Relacje byłych zakonnic są spójne. Wskazują na absolutną władzę przełożonej, od której nie są w stanie się odwołać. W praktyce nie istnieje też instytucja, do której mogłyby się zwrócić w momencie konfliktu. Na konflikt w strukturze, gdzie obowiązuje absolutne posłuszeństwo, nie ma miejsca. Na tym polega system. Wierzę, że są zgromadzenia, w których może być inaczej. Bardzo wiele zależy od tego, kim jest matka przełożona. Na Zachodzie zresztą jest inaczej, tam w wielu zakonach posłuszeństwo jest dialogiczne, można dyskutować z decyzją przełożonego.

- Instytucja zakonu czy Kościoła przypomina trochę wojsko. Są mundury, dyscyplina, hierarchia i rozkazy.
- Tylko jeśli chodzi o wojsko, to tak samo jest na całym świecie. Każda armia się na tym opiera. A w zakonnych zgromadzeniach zagranicznych po Soborze Watykańskim II dokonała się zmiana. W Polsce - nie - lub w bardzo ograniczonym zakresie. Siostry na Zachodzie zrzuciły habity - oczywiście nie wszystkie, a w Polsce debatuje się latami nad krojem welonu. Poza tym oczywiście wojsko ma inne cele niż zgromadzenia.

- Noszenie habitu jest problemem?
- Niekoniecznie, to raczej przykład, bo on jest widoczny i ważny z punktu widzenia pewnych ograniczeń.

- Wybrałem wojsko - noszę mundur. To samo w zakonie!
- Ksiądz i zakonnik mogą zdjąć ten mundur bez żadnych problemów. Chcą uprawiać sport, pójść na basen czy na piwo - idą po cywilnemu. Zakonnice - nie. W upalne dni pot leje się im po plecach.

- Siostry mają też letnie wersje habitów.
- Mają, co nie znaczy, że pot im się nie leje. Nie uważam tego za kluczową sprawę, choć spotkałam też siostry ze zgromadzeń zagranicznych, które uważają, że habit oddziela ich od ludzi, na rzecz których pracują i dlatego go nie noszą. Na Zachodzie zmiany dokonały się dużo szybciej niż w Polsce. Matka Celestyna Giertych, przełożona generalna felicjanek już przed laty mówiła, że w ich zgromadzeniu inaczej żyją siostry w Polsce, a inaczej na przykład w Kanadzie. Wskazywała, że polskich zakonnic nikt nie szanuje, szasta się nimi, przestawia jak pionki na szachownicy. Po tej wypowiedzi spotkała się z silną reakcją polskich sióstr. Być może dlatego dziś, po kilkunastu latach od tamtego wywiadu, odmówiła mi rozmowy do książki.

- To zasada grupowego dziobania tych, którzy myślą inaczej.
- Przykłady można mnożyć. Amerykańskie zakonnice walczą o prawa kobiet i osób LGBT, bo tak rozumieją ewangelię i posłannictwo Chrystusa. Polskie zakonnice nic nie mówią o prawach kobiet. Nawet w obrębie doktryny chrześcijańskiej.

- To od zakonnic będziemy wymagali walki o prawa kobiet?!
- A dlaczego nie?! Amerykańskie zakonnice to robią. Są feministkami! Głównym problemem polskich zakonnic jest ich pozycja w Kościele. To, w jaki sposób są traktowane przez mężczyzn. To punkt zapalny i bolesny.

- Bo który ksiądz, biskup liczy się z siostrą Flakonią od bocznego ołtarza, co ma tylko sprzątać, prać i gotować?
- Zakonnice opowiadają o przypadkach, kiedy młody ksiądz uważał, że starsza zakonnica powinna mu ustąpić miejsca, dlatego że jest księdzem. Kościół nie traktuje kobiet na równi z mężczyznami. Zakonnice nie mogą podzielić się swoją wiedzą, talentem i wykształceniem - jeśli je zdobyły. Nie prowadzą raczej duszpasterstw akademickich, poza wyjątkowymi sytuacjami nie uczą w seminariach.

- ... i nie odprawiają mszy? To by je nobilitowało?
- A czy one mogą podejmować dziś jakiekolwiek decyzje w Kościele? Prawo kościelne jest tak ułożone, że wszelkie wiążące decyzje na soborach, synodach, posiedzeniach episkopatów podejmują osoby wyświęcone, czyli mężczyźni. Nawet na Sobór Watykański II, który zrewolucjonizował życie w Kościele, kobiety nie zostały zaproszone. Choć kobiet w zakonach było o wiele więcej niż mężczyzn. Nie będzie równości w Kościele bez kapłaństwa kobiet, bez ich wpływu na decyzje.

- A jak tam z finansami zakonnic?
- Ksiądz, zakonnik zawsze ma coś z tacy, one nie. Ale muszą się same utrzymać i jeszcze zapłacić księdzu za odprawienie u nich mszy.

- Kolega opisał niedawno, jak z bydgoskiego zgromadzenia „duchaczy” wyparowało 10 milionów złotych. A tu zakonnica nie może kupić sobie kilku cukierków, bo nie ma za co?! Ba, tego jej nie wolno, bo musi się umartwiać.
- Jedna z moich bohaterek nie miała pieniędzy nawet na gumkę do włosów. Dlatego że siostry generalnie nie mają kieszonkowego, czyli kilku złotych na własne potrzeby. Przy okazji kanonizacji Matki Teresy dużo mówiło się o katolicyzmie w duchu umartwiania się, cierpienia zbliżającego do Chrystusa. Mam wrażenie, że takie myślenie dominuje w zgromadzeniach sióstr zakonnych. Popatrzmy na polskie święte: Faustynę czy małą Tereskę - reprezentują apoteozę umartwienia się. Mają być ciche i pokorne jak Maryja. Można pójść tym tropem i zastanawiać się, czy polskie siostry najdoskonalej odczytały myśl Chrystusa. A można zadać sobie pytanie, dlaczego siostry za granicą żyją inaczej, dlaczego zakony męskie żyją inaczej?

- Chwileczkę, skoro całe życie siostra przełożona tak postępowała i nie miała innych wzorców, to jak ona ma się teraz zmienić?
- To się skądś wzięło. W książce pokazuję drogę zakonów od powstawania ich w XIX wieku, a przypomnę, że ich założycielki były osobami z ogromną charyzmą, które chciały zmienić świat wokół siebie. Wtedy zakładały je ówczesne feministki idące pod prąd. W społeczeństwie kobiety nie miały żadnych praw, a w zakonach mogły odnaleźć swoją autonomię. Już w średniowieczu Kościół widział dla zakonnic jedną drogę - zakony zamknięte, kontemplacyjne. Wtedy papież, biskupi nie wyobrażali sobie, że kobiety mogą inaczej żyć. Z jakiej pozycji startują kobiety, a z jakiej mężczyźni? Kto na tym korzysta i komu jest na rękę, żeby kobiety - zakonnice żyły właśnie w ten sposób?

- Facetom?
- Właśnie! Jeśli do tego dołożymy, że ksiądz kapelan zawsze dostaje u zakonnic lepsze jedzenie i ma skarpetki uprasowane w kancik, to tak będzie. Ponadto zdarza się, o czym opowiedziało mi kilka byłych sióstr, że księża przekraczali ich granice cielesne i dopuszczali się molestowania seksualnego. W dwóch przypadkach przy aprobacie przełożonej. Młoda zakonnica w takiej sytuacji ma bardzo ograniczone możliwości ochrony i obrony.

- ?!
- To przełożona wysyła młodą zakonnicę do księdza, bo on nie będzie jadł ze wszystkimi i posiłek musi mu przynieść właśnie ta siostra. A jak młoda się skarży, to może usłyszeć od przełożonej: - Spotkał cię wielki zaszczyt - zanieś księdzu obiad.

- Joanna Senyszyn napisała na blogu, że pani książkę powinny przeczytać młode dziewczyny, które chcą wstąpić do zakonu. Po tej lekturze by zrezygnowały.
- A może wstąpiłyby do zgromadzenia zagranicznego, w którym panują już inne relacje? Nie wiem. Uważam, że trzeba o tym rozmawiać. Nie dlatego, ażeby zaszkodzić powołaniom, które i tak na całym świecie, a w Polsce w mniejszym stopniu - spadają.

- Pani bohaterki opisują również swoje motywy wystąpienia i niełatwy powrót do społeczeństwa.
- Moje bohaterki nikomu nie mówiły, o tym, co się zdarzyło. Bały się niezrozumienia zarówno tego dlaczego wstąpiły, jak i dlaczego wystąpiły. Wytłumaczenie tego wydawało się za trudne. Ludzie byli przekonani, że miały księdza kochanka albo romans z biskupem, a to niewiele miało wspólnego z ich decyzją.

- O odchodzących nikt w zgromadzeniu nie mówi? Może dostają choć na bilet powrotny?
- To zależy do woli przełożonej. Dostają na bilet, czasem też dodatkowe 200, 500, tysiąc czy dwa tysiące złotych. Takie sumy wymieniały moje bohaterki. To niewiele, żeby zacząć budować nowe życie. Jedna z byłych zakonnic opowiedziała mi, że po ponad 20 latach pracy w zgromadzeniu dostała odchodząc 200 złotych. Tak naprawdę odchodzą w pustkę. Nie mają nic. Ani ubrania - bo rozdały, ani mieszkania, środków lokomocji, a czasem nawet prawa do zasiłku, jeśli zakon nie płacił ZUS-u. Jeśli rodzina nie pomoże, a na to mogą liczyć młodsze siostry, to mają ciężkie życie. W małej, tradycyjnej miejscowości mogą usłyszeć: odejdź, przyniosłaś wstyd całej wsi. W najtrudniejszej sytuacji są starsze siostry, bo często zdarza się, że rodzice już umarli lub są chorzy. W większości przypadków, o których słyszałam, te zakonnice, które odeszły po 40. roku życia, wyjeżdżają z kraju. Opiekują się starszymi np. w Niemczech. A w kraju zostawiają chorą matkę i muszą zapłacić jej opiekunce.

- Byli księża mają swoje stowarzyszenie.
- Powstaje też stowarzyszenie byłych zakonnic! Połączyłam byłe zakonnice, które o tym myślały. Chcą pomagać odchodzącym z zakonów. Można do nich napisać na mail: bylezakonnice@gmail.com.

- Zdaniem o. Pawła Kozackiego, że jak nie będzie zmiany, to niektóre zakony wyginą jak dinozaury.
- Przecież siostry widzą malejące powołania i rezygnacje zakonnic. Można być osobą głęboko wierzącą i działać w organizacji charytatywnej. Niestety, obecnie kobiety wstępując do zakonu obniżają swój status społeczny w odmienności do mężczyzn. W Polsce to ksiądz jest kimś. Ma władzę.

Spotkanie z Martą Abramowicz odbyło się w Bibliotece Miejskiej w Inowrocławiu przy wsparciu Fundacji „Nowa Para Butów”.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.