Nikt nie mógł wejść do prezydenta Kaczyńskiego bez jej zgody

Czytaj dalej
Fot. Przemysław Świderski
Dorota Abramowiczd.abramowicz@prasa.gda.pl O przyczynach tragedii w Smoleńsku:

Nikt nie mógł wejść do prezydenta Kaczyńskiego bez jej zgody

Dorota Abramowiczd.abramowicz@prasa.gda.pl O przyczynach tragedii w Smoleńsku:

Jest dumna ze współpracy z Lechem Kaczyńskim, którego uważa za najlepszego z polskich prezydentów. Sześć lat temu Zofia Kruszyńska-Gust miała lecieć z nim do Smoleńska. Zachorowała, nie weszła na pokład.

Wypełnione książkami po sufit mieszkanie w Gdańsku Wrzeszczu. Zdjęcia córki, wnuczki, biszkoptowy kot rządzący na kanapie. Pani Zofia, od pięciu lat na emeryturze, rzadko udziela się publicznie.

- Z zasady nie udzielam wywiadów - mówi. - Chociaż muszę przyznać, że przed laty, pracując z Wałęsą, pojawiła się myśl, czy nie spisać wspomnień. Wówczas zabrakło czasu. Potem też.

Kiedyś media nazwały ją „sekretarką Lechów”. Zofia Kruszyńska-Gust, absolwentka polonistyki, nauczycielka, współzałożycielka Ruchu Młodej Polski, prowadziła sekretariaty dwóch prezydentów: Lecha Wałęsy (do czasu jego wyboru i przez pierwsze trzy dni prezydentury) i Lecha Kaczyńskiego w latach 2005-2010.

Zofia Kruszyńska-Gust
Absolwentka polonistyki, nauczycielka, współzałożycielka Ruchu Młodej Polski. Media nazwały ją „sekretarką Lechów” - prowadziła sekretariaty dwóch prezydentów: Lecha Wałęsy (do czasu jego wyboru i przez pierwsze trzy dni prezydentury) i Lecha Kaczyńskiego w latach 2005-2010.
- Nie posądzam Tuska o to, że zorganizował zamach na prezydenta, uważam jednak, że narastający od tamtego czasu konflikt mógł przyczynić się do tragedii. Stworzono sprzyjającą atmosferę. Uważam, że przyczyn trzeba nadal szukać, bo być może próba skompromitowania prezydenckiej wizyty w Katyniu poszła za daleko.

Nie wiedziała, że była rozpracowywana, jako jedna z działaczek Ruchu Młodej Polski, przez Służbę Bezpieczeństwa, w ramach kryptonimu „Alka”. - Ciekawe - uśmiecha się, gdy na początku spotkania cytuję fragment jej życiorysu z Encyklopedii Solidarności. - Nigdy nie zaglądałam do swoich akt w IPN - przyznaje.

Nie będzie opowieści o prześladowaniach, zagrożeniu życia, tajnych akcjach. Żadnej martyrologii. - Nie było aż tak niebezpiecznie - ucina.

Z opozycją związała się pod koniec lat 70. Razem z mężem, Ireneuszem, podpisali w 1979 roku deklarację ideową Ruchu Młodej Polski. W sierpniu 1980 roku on strajkował w gdańskim porcie, ona wspierała strajkujących.

- Z pracą w sekretariacie Zarządu Regionu, a potem Komisji Krajowej Solidarności tak się jakoś naturalnie złożyło - wspomina Zofia Kruszyńska-Gust. - Wcześniej, z powodów politycznych, zostałam zwolniona ze szkoły, gdzie pracowałam jako polonistka.

Przyczyną zwolnienia było poświęcenie lekcji „Kamieniom na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. Zarzucono jej, że książka opowiadająca o losach chłopców walczących w Szarych Szeregach nie znajdowała się na liście lektur.

Podczas pracy w sekretariacie poznała Lecha Wałęsę. Sporadycznie stykała się także z Lechem Kaczyńskim.

Już po stanie wojennym otrzymała propozycję prowadzenia sekretariatu Lecha Wałęsy. W jego domu, na gdańskiej Zaspie.

- Bożena Grzywaczewska, która to wcześniej robiła, musiała odejść z powodów osobistych - wspomina. - Moja córka skończyła właśnie pół roku, więc zgodziłam się Bożenę zastąpić. Początkowo przychodziłam raz w tygodniu, później codziennie, między godziną 14 a 17, po powrocie Lecha z pracy...

Nie bała się o siebie, dziecko? - Byłam obserwowana, ale przecież nie można mówić o żadnym bohaterstwie - wzrusza ramionami. - W opiece nad dzieckiem pomagały babcie. Wiele lat później pytałam córkę Anię, czy ma mi za złe, że mnie wtedy nie było. Odparła, że wcale nie odczuła mojej nieobecności.

W sekretariacie Wałęsy dyżury pełnili także politycy opozycyjni. We wtorki porad prawnych udzielał Lech Kaczyński. Wtedy poznali się nieco lepiej.

Współpraca z Lechem Wałęsą skończyła się trzy dni po tym, jak został prezydentem.

O Wałęsie pani Zofia mówi niewiele. Podkreśla jedynie, że jego najlepszym okresem był ten, gdy otaczali go mądrzy ludzie z różnych opcji, a on umiał z tej z wiedzy korzystać.

- Leszek Kaczyński nie zapominał o naszej współpracy z Lechem Wałęsą - twierdzi Zofia. - Czasami oficjalnie przedstawiał mnie jako osobę, która prowadziła sekretariat Wałęsy. Jak to działa, zobaczyłam podczas podróży apostolskiej papieża Benedykta do Polski w 2006 roku. Reakcja papieża i osób mu towarzyszących wyraźnie pokazała, co dla gości ze świata znaczyło nazwisko tego gdańskiego robotnika.

Lata 90. to Zofii powrót do prywatności. Gdy wielu przyjaciół z opozycji robiło kariery polityczne i biznesowe, ona pracowała jako nauczycielka, zajmowała się domem i dzieckiem. W 2001 roku zmarł Ireneusz Gust. Zostały z córką same, imała się różnych zajęć.

- Rok po moim mężu, w październiku 2002 roku, zmarła Alina Pienkowska - wspomina. - Po pogrzebie podeszłam do Leszka, by podziękować mu za nekrologi, które dał po śmierci męża.

Wtedy Lech Kaczyński, były minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka, kandydat na prezydenta Warszawy, spytał, co porabia dawna opozycjonistka, magister filologii polskiej. Odparła, że pracuje w sklepie meblowym.

Miesiąc później, po wyborach samorządowych, zastępcą prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza została Anna Fotyga. Lech Kaczyński poprosił ją o zatrudnienie Zofii.

Najpierw prowadziła sekretariat pani wiceprezydent, potem została inspektorem w Urzędzie Miasta. Gdy Anna Fotyga zdobyła mandat w Europarlamencie, Zofia została dyrektorką jej biura.

W drugiej turze wyborów prezydenckich, 23 października 2005 roku, Lech Kaczyński pokonał Donalda Tuska, otrzymując 54,04 proc. głosów. Kilkanaście dni później Zofia Kruszyńska-Gust otrzymała propozycję pracy u głowy państwa.

Córka była już na tyle samodzielna, że ona mogła przenieść się do Warszawy. Ale kiedy pierwszy raz usłyszała, że ma zostać szefem sekretariatu prezydenta RP, poczuła ogromną tremę. Była zupełnie obca, znała tylko Macieja Łopińskiego, gdańskiego dziennikarza, który został sekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta RP odpowiedzialnym za politykę medialną.

- Mogę się tylko cieszyć, bo nie miałem do niej najmniejszych zastrzeżeń - tak wówczas skomentował dla „Życia Warszawy” nowe miejsce pracy Zofii jej były szef, Lech Wałęsa. I dodał, że jeśli pani Zofia z nim wytrzymała, to nadaje się do pracy z każdym prezydentem.

- Nie było łatwo - przyznaje Zofia. - Podejrzliwe spojrzenia, początkowa nieufność, pytania, kim jest ta nieznana kobieta w sekretariacie. Sama się sobie dziwię, że przetrwałam.

Z czasem objęła stanowisko zastępcy szefa gabinetu prezydenta RP. Była urzędnikiem, a nie politykiem. Unikała rozgłosu. Tylko raz „Gazeta Wyborcza”, wymieniając jej nazwisko, zacytowała anonimowego współpracownika prezydenta, który oświadczył, że bez Zofii Kruszyńskiej-Gust kancelaria chyba przestałaby funkcjonować. „To ona de facto ustala porządek dnia, umawia wizyty, plan wyjazdów, przynosi prezydentowi dokumenty do podpisu. Bez jej zgody nikt do niego nie wejdzie” - powiedział.

- Przesadzili - twierdzi dziś pani Zofia. - Zwłaszcza z tym ustalaniem porządku dnia i umawianiem wizyt.

Zofia mówi, że w Kancelarii Prezydenta RP przeżyła pięć fascynujących i niełatwych lat jej życia. Miała wówczas poczucie sensowności tego, co robi.

- Lech Kaczyński był bardzo mądrym człowiekiem, posiadał ogromną wiedzę i umiał się nią dzielić - twierdzi. - Czasami żałowałam, że nie wypadało mi wyciągać zeszytu i notować tego, co mówił. A mówił o historii, o postrzeganiu świata i sterujących nim mechanizmach.

Uważnie pracował nad wystąpieniami. Nawet jeśli wcześniej zostały już przez pracowników napisane, traktował je jak bazę. Zawsze mówił bez kartki.

- Opierał się na prawdzie - przekonuje Zofia. - Najważniejsze było dla niego państwo, naród, walczył o naszą suwerenność. Słyszałam, jak jeden z zagranicznych polityków wspomniał, że nasz kraj miał - przez zabory, nieudane powstania - smutną historię. Prezydent wówczas odparł, że nie mamy się czego wstydzić, gdyż zachodni świat co najmniej dwa razy wiele Polakom zawdzięczał. Bitwa pod Wiedniem ocaliła chrześcijańską Europę przed Imperium Osmańskim, a bitwa w 1920 roku pod Warszawą powstrzymała bolszewicką inwazję na zachód.

Prezydent był szefem wymagającym, ale sprawiedliwym. Zofia Kruszyńska-Gust uważa, że w ostatnich latach prezydentury stworzył świetnie działający i zgodny zespół współpracowników. W sytuacjach konfliktowych zawsze wysłuchiwał obu stron i po zastanowieniu podejmował decyzję. Najwyższa funkcja w państwie nie oddzieliła go od dawnych przyjaciół i znajomych. Jeśli wcześniej był z kimś na ty, to nie pozwalał na tytułowanie go prezydentem. No chyba ze w oficjalnych sytuacjach.

Bywały też te nieoficjalne. Ciągnące się do późnej nocy rozmowy, dyskusje. Zdarzało się, że interweniowała wówczas Maria Kaczyńska, która nie mogła doczekać się powrotu męża. Schodziła na dół z psami i próbowała namówić prezydenta na odpoczynek. Czasem jednak przysiadała do rozmówców i dyskusja zamieniała się w sympatyczne spotkanie.

- Świetna kobieta, opowieść o niej warta jest osobnego rozdziału - wspomina Marię Kaczyńską pani Zofia. - Z jednej strony wielka dama, poliglotka, znająca się na muzyce, sztuce, kulturze, z drugiej - dobra kumpelka, z ogromnym poczuciem humoru. Z Leszkiem stanowili wyjątkowe małżeństwo. Nie wciągnęła ich „pałacowość”, byli bezpośredni, naturalni. Takiej pary prezydenckiej nie było przed nimi. Może kiedyś będzie?

Żeby nie było za słodko, pani Zofia opowiada też o „odzieżowym” problemie. Nie da się ukryć, że stale trzeba było zwracać uwagę na ubrania prezydenta. Pani Maria pilnowała, i do tego pilnowania zaangażowała też Zofię, by krawat nie był ubrudzony, marynarka pasowała do koszuli, a koszula nie była zgnieciona. Nie było to łatwe, bo do stroju Lech Kaczyński nie przywiązywał znaczenia, uważając, zapewne słusznie, że są sprawy ważniejsze.

Zofia Kruszyńska-Gust zaprzecza twierdzeniom, że Lech Kaczyński sterowany był przez brata bliźniaka. - Nieprawda jest, że wszelkie decyzje Leszek konsultował z Jarosławem - mówi. - Owszem, spotykali się, ale nie tak intensywnie jak dziś wielu próbuje przedstawić. Poza tym bracia świetnie się uzupełniali.

Pamięta majowy dzień, gdy wszystko kwitło. Prezydent zabrał ją na przejażdżkę po Żoliborzu. Pokazywał, gdzie mieszkał, gdzie chodził do szkoły... Wysiedli przed figurką Matki Boskiej. To u niej szukał wsparcia.

- Był to czas medialnych ataków na prezydenta - wspomina Zofia. - Po objęciu władzy przez Donalda Tuska zdarzył się dzień, w którym premier poprosił o spotkanie z prezydentem. Spotkanie było bardzo miłe, sympatyczne, a potem premier stanął przed kamerami i zaczął opowiadać, że został wezwany na dywanik... To wydarzenie obrazuje stosunki, jakie zapanowały między rządem a Pałacem Prezydenckim. Nie posądzam Tuska o to, że zorganizował zamach na prezydenta, uważam jednak, że narastający od tamtego czasu konflikt mógł przyczynić się do tragedii. Stworzono sprzyjającą atmosferę. I nie zgadzam się, by za katastrofę obwiniano pilotów, generała Błasika i Lecha Kaczyńskiego. Uważam, że przyczyn trzeba nadal szukać, bo być może próba skompromitowania prezydenckiej wizyty w Katyniu poszła za daleko. Niektórzy ludzie nie chcą znać tych okoliczności - dodaje.

Przygotowania do wyjazdu polskiej delegacji 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska trwały od końca 2009 roku. Ni stąd ni zowąd okazało się, że premier poleci wcześniej, 7 kwietnia. Wtedy w kancelarii zadecydowano, by wszystkie spotkania w tej sprawie protokołować, żeby nie doszło do przekłamań.

Jej nazwisko znalazło się na liście pasażerów prezydenckiego tupolewa. Dzień przed wylotem prezydent zaprosił ją i Macieja Łopińskiego, by wysłuchali przemówienia, które miał wygłosić w Katyniu. Wspomina, że odczuwała dumę - jej prezydent mówił o polskiej historii, godności, pamięci.

Tego samego dnia wieczorem zachorowała. Nic poważnego, ale nie nadawała się do uczestniczenia w państwowych uroczystościach. Wróciła do Gdańska. Do Smoleńska poleciał jej paszport.

Ktoś zadzwonił. Powiedział, że rozbił się prezydencki Jak. Pomyłka - pomyślała - prezydent nie leciał Jakiem. Ale potem zaczęły napływać kolejne, przerażające informacje. Przewijały się nazwiska i twarze. Lecha i Marii Kaczyńskich, Władysława Stasiaka, Aleksandra Szczygły, Pawła Wypycha, Barbary Mamińskiej, Arama Rybickiego, ks. Romana Indrzejczyka, funkcjonariuszy BOR... 96 osób, z których większość poznała.

Wróciła do Warszawy. Była w traumie. Następne miesiące przeszły jak we śnie.

Po objęciu stanowiska prezydenta przez Bronisława Komorowskiego przeszła na wcześniejszą emeryturę. Znów nie ma nic wspólnego z polityką.

Nigdy się jej nie śniło, że wchodzi na pokład tupolewa.

- Zamierza pani pisać pamiętniki?
Cisza. Potem uśmiech.
- Myślę o tym.
Tak się złożyło
A co ty robisz?

Dorota Abramowicz

Dorota Abramowiczd.abramowicz@prasa.gda.pl O przyczynach tragedii w Smoleńsku:

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.