Hanka Sowińska

Nie ingerują w intencje twórców. Leczą ich dzieła

Lesław Cześnik przy stole próżniowym, na którym w 59 stopniach ciepła „wygrzewa” się wiekowa dama z portretu. Fot. Wojciech Woźniak Lesław Cześnik przy stole próżniowym, na którym w 59 stopniach ciepła „wygrzewa” się wiekowa dama z portretu.
Hanka Sowińska

Rozdarta „Brama Floriańska” mistrza Leona, ucięte płótno Łempickiej, kabinet Woyniłłowicza z wyraźnymi śladami włamania, fragmenty naczyń wydobytych przez archeologów. Dzieła sztuki i artefakty wołają o ratunek.

Bywa, że „chorują” ze starości, miewają wypadki, padają ofiarą szaleńców. Nawet gdy są w jak najlepszej kondycji, a ruszają w podróż, wymagają specjalistycznej opieki konserwatorów.

- W trakcie przeprowadzania zabiegów w pracowni konserwatorskiej jesteśmy w nieco lepszej sytuacji niż lekarze, ponieważ możemy „pacjenta” odłożyć na półkę i przeprowadzić konieczne konsultacje - stwierdza Lesław Cześnik, kierownik działu konserwacji muzealiów w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy.

- Po trosze czujemy się jak lekarze - przyznaje adiunkt Joanna Truszkowska, pochylając się nad płótnem Leokadii Łempickiej.

Jakie problemy nastręcza praca uczennicy Wojciecha Gersona?

- Po zdjęciu płótna z krosna i dokonaniu wstępnych oględzin widać, że zostało ono ucięte. Może obraz był zniszczony, a może ktoś chciał je zaadaptować do wystroju bądź wielkości swojego mieszkania i nabił na nowe, mniejsze krosno - spekuluje Truszkowska.

Do wynajmowanych przez muzeum pomieszczeń w kamienicy przy ul. Zygmunta Krasińskiego, gdzie tymczasowo znajduje się Dział Konserwacji Muzealiów, rzadko wprowadzane są osoby postronne. Wyjątek zrobiono dla dziennikarzy. Okazją była 125. rocznica udostępnienia publiczności zbiorów stanowiących początek bydgoskiego muzealnictwa (przypadała 30 listopada).

Czteroosobowy zespół konserwatorów ma się nad czym pochylać.
„Pacjentami” są obrazy wykonane w różnej technice, rzeźby polichromowane, muzealia z drewna, szkła, kamienia, metalu, ceramika oraz artefakty pochodzące z wykopalisk archeologicznych.

- Zajmujemy się tym, co jest w posiadaniu muzeum. W uzasadnionych przypadkach nie odmawiamy pomocy dziełom, które znajdują się w prywatnych zbiorach, a które wołają o ratunek. Tak się dzieje w przypadku obiektów przekazywanych na wystawy, których stan zachowania wymaga interwencji konserwatorskiej - mówi Lesław Cześnik.

Działalność konserwatorska nie sprowadza się tylko do „leczenia” dzieł sztuki i innych muzealnych eksponatów. Konserwatorzy opiekują się także obiektami, które opuszczają placówkę, jadąc np. na czasowe wystawy.


- Zadań mamy wiele - przyznaje Cześnik. - Poza pracami stricte restauratorskimi i innymi, już tu wymienionymi, prowadzimy także działania popularyzatorskie i edukacyjne.

Tapicer ratuje dzieło „Wyczóła”

Zakup „Bramy Floriańskiej”, niezwykłego dzieła mistrza Leona Wyczółkowskiego, (datowane na rok 1906) był sporym wydarzeniem. Muzeum nabyło obraz o intrygującej kompozycji, ukazującej mroczne wnętrze bramnego przejazdu i zamglony widok krakowskiej ulicy w świetle gotyckiego ostrołuku.

Po raz pierwszy płótno zostało zaprezentowane bydgoszczanom w czerwcu 2012 roku (obchodziliśmy wtedy Rok Leona Wyczółkowskiego). Teraz obraz trafił w ręce konserwatorów.

- W jednym miejscu płótno zostało rozdarte. Naklejono tu łatę, jednak skurcz kleju sprawił, że po latach ta naprawa uwidoczniła się wypukłością na licu obrazu. Badamy też, czy nie były wykonywane jakieś retusze lub przemalowania. Ultrafiolet pomaga w ujawnianiu tego typu ingerencji - objaśnia Cześnik.

Podkreśla, że obraz Wyczółkowskiego jest w dobrym stanie, zachodzi tylko konieczność uzupełniania płótna.- Czasami jest problem z dobraniem tworzywa na łatki. Wskazane jest uzupełnienie materiałem identycznym lub podobnym do płótna, na którym namalowano obraz. Tym razem kolega tapicer przyszedł nam z pomocą. Łatka ma trochę rzadszy splot, dlatego będę musiał wpleść pojedyncze nitki, aby uzyskać identyczne zagęszczenie splotu - tłumaczy.

„Bramę Floriańską” ponownie zobaczymy na wystawie w Domu Leona Wyczółkowskiego na Wyspie Młyńskiej w 2016 r. Obraz będzie oprawiony w nową ramę.

Roentgena obrazu nie ma w katalogu

Artystyczne cerowanie, wypełnianie ubytków, czy oczyszczenie obrazu to - można by rzec - zabiegi terapeutyczne. Bywa że płótna muszą być poddane wyrafinowanej diagnostyce.

Konserwatorzy posiłkują się fotografią w podczerwieni, aby wykryć niewidoczne już inskrypcje lub zamalowane detale. Wykonuje im się nie tylko prześwietlenia z wykorzystaniem promieni X, ale także przeprowadza badanie z użyciem tomografu komputerowego.

- Korzystamy z usług placówek medycznych, ponieważ utrzymanie specjalistycznej aparatury diagnostycznej nie miałoby dla muzeum uzasadnienia ekonomicznego. Komputerowy system rozliczania świadczeń odciął nas, mam nadzieję chwilowo, od tych usług. W katalogu procedur jest np. prześwietlenie stopy, zęba, łokcia, a pozycji „inne” nie ma. Prześwietlenia tkanek pracownika nie możemy rozliczyć bez pisemnego wskazania medycznego. Musimy zatem znaleźć placówkę, która będzie chciała nam pomóc. Szukamy instytucji, która może „wyjść poza organy”, ale to nie jest takie proste - dodaje Cześnik.

Pięćdziesiąt dwa stopnie i... dama się wygładza

Konserwatorzy przyjęli do konserwacji obraz (duży format) nieznanego autora, przedstawiający młodą kobietę siedzącą przy stole z książką w ręku. - Włączę skośne światło. Lepiej będzie widać wszelkie wady. Dziury nie są problemem, gorzej z deformacjami - uprzedza Cześnik.

Wskazuje na stojące pod ścianą krosno malarskie czyli blejtram. - Obraz nie był w przeszłości właściwie przechowywany, osłabienie naciągu sprawiło, że oparł się na krośnie, który został odciśnięty na licu. Powstały deformacje, które mogą być trudne do usunięcia.

W tym przypadku konserwatorzy też nie są bezbronni. Do walki z odkształceniami służy stół próżniowy z blatem grzewczym. - Szokowa terapia temperaturą nie jest wskazana - zaznacza szef muzealnych konserwatorów.

Płótno zostaje pokryte folią poliestrową (nie jest podatna na temperaturę ani chemikalia, nie przywiera do płótna), na to przychodzi specjalna rama uszczelniająca, która jest mocowana przy użyciu ścisków stolarskich.

- Czy ta pani potrzebuje tyle ciepła? - dowcipnie zauważa jedna z dziennikarek.

Troska o los kobiety w ciemnej sukni z „leczonego obrazu” ma o tyle uzasadnienie, że termometr pokazuje 59 stopni Celsjusza! Okazuje się, że walka z deformacjami obrazu może trwać od kilku minut czy godzin do... nawet paru lat.

W pracowni konserwacji obrazów uwagę zwracają niewielkich rozmiarów urządzenia przypominające lutownicę.

- To są kautery, czyli małe żelazka ze sterownikiem i wymiennymi stopkami - wyjaśnia Cześnik. - Są stosowane do obrazów i rzeźby polichromowanej.

W przypadku rekonstrukcji ubytków powstałych w warstwie malarskiej konserwator musi nałożyć kit, opracować go, nadać fakturę zbliżoną do faktury oryginalnej, potem farbami odwracalnymi wykonuje się retusz.

Zasób materiałów używanych do konserwacji jest duży. Ale - o dziwo - nie zawsze muszą być identyczne z pierwotnymi, użytymi przez twórcę dzieła. Powinny być trwałe, odporne na starzenie, stabilne optycznie.

- Zasadą konserwacji jest to, aby nasze ingerencje były odróżniane i usuwalne, w razie konieczności następnej konserwacji - wyjaśnia Cześnik.

Włamali się do kabinetu Woyniłłowicza

W pracowni konserwacji drewna, pod nieobecność adiunkta Jana Marciniaka, historie XVII-wiecznego kabinetu, przekazanego do muzeum przez rodzinę Edwarda Woyniłłowicza w 1928 r., przypomina Lesław Cześnik.

- Obiekt był w poważnym stanie. Ktoś w odległych czasach do kabinetu się włamywał. Na zdjęciu RTG widać ślady po pierwotnym zamku, który miał kształt gruszki. Kolejny zamek był już kowalskiej roboty, bardzo prymitywny, o prostokątnym kształcie.

Kabinet służył do przechowywania bibelotów, korespondencji, ale nie tylko. Na szufladach pozostały słowno-cyfrowe napisy. - Traktowano go jak skarbczyk, przechowywano w nim monety, przez to był za mocno obciążony, co z kolei spowodowało naruszenie konstrukcji. Intarsje trzeba było miejscami zdjąć, konstrukcję mebla wzmocnić i ustabilizować. Rekonstrukcja uszkodzonej intarsji wymagała wyszukania nie tylko odpowiedniego gatunku drewna ale i wycięcia właściwego fragmentu z określonej wysokości pnia. Drewno to następnie barwiono zgodnie z dawnymi metodami i po wycięciu odpowiedniego kształtu wklejano w miejsce ubytku.

Kafle z widokiem fary

Pracownia ceramiki to „królestwo” adiunkta Piotra Kopciewicza. W niewielkim pomieszczeniu widać wiele śladów bardzo odległej przeszłości.

- Wyroby ceramiczne towarzyszą ludzkości od trzynastu tysięcy lat - przypomina Kopciewicz. - Naczynia ceramiczne to zagadka. Wydobyte we fragmentach wymagają sklejenia, co przypomina układanie archeologicznych puzzli. Dla badań naukowych rekonstrukcja częściowa wystarczy, ale na potrzeby muzealnej ekspozycji już nie. Wówczas wypełnia się ubytki, odtwarza formę i kolorystykę naczyń.

Uwagę przyciągają kolorowe kafle. - To mamy nieoficjalną premierę - śmieje się Kopciewicz. - Mogę zdradzić, że muzeum kupiło od prywatnego właściciela piec, który był zbudowany z kafli z widokami bydgoskiej fary. Kafle są w doskonałym stanie. Piec zostanie zrekonstruowany i stanie w specjalnie urządzonym mieszczańskim pokoju, który znajdzie się w jednym z budynków muzeum.

Hanka Sowińska

Zawodowe zainteresowania: zdrowie, medycyna, organizacja ochrony zdrowia, historia medycyny; historia ze szczególnym uwzględnieniem najnowszych dziejów Bydgoszczy; udział w pracach różnych gremiów, których zadaniem jest ocalenie tego, co prof. Gerard Labuda nazywał "strumieniem wieków".

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.