Roman Laudański

Na szlaku kulinarnych wzruszeń i zachwytów

Na szlaku kulinarnych wzruszeń i zachwytów Fot. Roman Laudański
Roman Laudański

Dom zbudowany przez mennonitów stoi w Luszkowie od 215 lat. Teraz mieszka w nim Zdzisław Brzykcy, człowiek licznych talentów i pasji. Jego „krówki” przywołują wspomnienia dzieciństwa, a ogórki tak chrupią, że ślinka leci.

Kiedyś pan Zdzisław wystawiał się ze swoimi produktami w Koszalinie. Podeszło do stoiska starsze małżeństwo, mężczyzna posmakował „krówek” pana Zdzisława i w oczach stanęły mu łzy. - Jedząc, „zobaczył” swoją mamę. Znowu poczuł smak dzieciństwa, „Właśnie takie „krówki” robiła moja mama” - wyszeptał wyraźnie wzruszony.

„Krówki” w kilku smakach Zdzisław robi od kilkudziesięciu lat. Powstają ze śmietanki kremowej, tak jak robiła je jeszcze mama Zdzisława, a wcześniej babcia. - Takich przypadków powrotu do smaków dzieciństwa miałem dużo więcej - uśmiecha się Zdzisław Brzykcy z Luszkowa. Można go spotkać na jarmarkach, a raczej na frymarkach w Bydgoszczy i w Toruniu. Przywozi chleby, konfitury. Robi je sam. - Codziennym gotowaniem zajmuje się żona Barbara, ale zawartością większych - 50- 60-litrowych kociołków zajmuję się osobiście - opowiada. Do tego owocowe syropy. Asortyment rozrasta się w miarę możliwości kuchennych. W najbliższą sobotę i niedzielę otwiera bramę dla tych, którzy doceniają mennonickie smaki.

Dom nie zginął

Przed mennonicką chatą w Luszkowie nie słychać szumu z trasy Bydgoszcz - Gdańsk. Może z rana, jeszcze jak rosa leży na polach. Po mennonitach mieszkały tu cztery pokolenia Niemców i Polacy.

W 2000 roku ojciec zapisał gospodarstwo bratu pana Zdzisława. - Brat widział, z jakim sentymentem patrzę na chatę, która już zaczynała się „składać” i kiepsko wyglądała - opowiada Zdzisław. - Wracała do mnie świadomość, że jak nic nie zrobię, to ten dom bezpowrotnie zginie. Drewno do uzupełnienia ubytków pochodził z rozbieranych chat góralskich.

Cały budynek (kiedyś składający się ze stodoły, obory i mieszkania pod jednym dachem) został przeznaczony na cele mieszkalno - rekreacyjne. Dwa i pół roku temu Zdzisław z Barbarą przenieśli się na stałe do Luszkowa.

W sąsiedztwie domu Zdzisława stały kiedyś jeszcze dwie chaty mennonickie. Jedną z nich Zdzisław chce postawić od nowa. Może kiedyś powstanie tu osada mennonicka, o czym marzy gospodarz? Przy współpracy, może dofinansowaniu udałoby się to wykonać. A później zapraszać starszych i młodszych na najróżniejsze warsztaty kulinarne - mówi Zdzisław.

Kuchnia - żywioł od małego

Zdzisław Brzykcy urodził się w chacie mennonickiej stojącej na uboczu w Luszkowie. Mieszkał tu do 15 roku życia. - Jak to w gospodarstwie, trzeba było robić wszystko, a ja najbardziej lubiłem pomagać mamie przy garnkach. To był mój żywioł - opowiada Zdzisław Brzykcy. Stąd prosta droga do nauki w bydgoskim „spożywczaku” (zawód: ciastkarz). Przy ulicy Pomorskiej, w dawnej pracowni cukierniczej pana Krzywoszyńskiego doskonalił fach.

Po szkole przez dwa lata pracował w ciastkarniach i piekarniach w nadmorskich miejscowościach byłej NRD. Namówił go kolega. (- Fajne miejsca nad morzem, jedziemy!).

Po tej pracy trafił do wojska (jako kucharz) w Szczecinie. Jednostka wspierała spółdzielnię ogrodniczą - 36 hektarów pod szkłem. To właśnie wtedy - pochodząca z Krakowa Barbara - w ramach obowiązkowych praktyk w Ochotniczym Hufcu Pracy - trafiła podczas wakacji do tej właśnie szczecińskiej spółdzielni. Zdzisław zapewnia, że starał się pomagać wszystkim, ale wtedy z Barbarą wychodzili wspólny związek. Od 1977 roku są razem.

Do Krakowa pojechał za żoną i wyobrażeniem na temat tego, co chce w życiu robić i na czym zarobić. Najpierw produkował żużlowe pustaki, bo za coś trzeba było postawić dom. Później sprzedał sprzęt do produkcji pustaków i kupił starego żuka i dwie pierzyny. Zaczął wozić lody. Tylko po co te pierzyny?

Zdzisław: - Nie było wtedy lodówek. Rzuciłem jedną pierzynę na skrzynię Żuka, na nią 50 kartonów lodów , które przykrywałem drugą pierzyną. Przez pół dnia mogłem tak latem jeździć, bo tworzył się „termos” - tłumaczy. I choć tak działał tylko przez rok, to nawet po 20 latach klienci dopytywali się w żartach, czy nadal wozi lody w pierzynach! Później zajmował się mrożonkami. Zatrudniał prawie 50 osób, miał ponad dwa tysiące odbiorców. - Czułem się już tak wyeksploatowany i zmęczony, że pora była na zmianę pracy i miejsca do życia. Coraz częściej zaglądał do Luszkowa.

Czy z handlu zdrową, inną żywnością można się utrzymać?

- Ona nie jest inna - podkreśla Zdzisław Brzykcy. - Była od zawsze, tylko od 20 lat zachłysnęliśmy się nazewnictwem amerykańskim i zagranicznymi potrawami. Teraz trend zaczyna się odwracać. Szukamy produktów prostych, czasem już zapomnianych. Zdzisław opowiada, że chleb z jednolitej mąki też nie dla niego, bo daje ubogi smak. On daje 60 proc. mąki orkiszowej, trochę żytniej i gryczanej o niższej zawartości glutenu i płatki owsiane. Ma stałych klientów, którzy co dwa tygodnie (raz jest w Bydgoszczy, raz w Toruniu) kupują po kilka bochenków i czekają na następne. - Dla takich ludzi warto tym się zajmować - deklaruje Zdzisław. Ma ponad dwadzieścia pozycji w sprzedawanym asortymencie, przygotowuje niektóre potrawy sezonowo. A kiedy piecze ciasto, to przynajmniej na sześciu blachach, żeby zawsze miał czym poczęstować gości przyjeżdżających tu na weekend.

Eksponaty z duszą

W pewnym momencie zaraził się pasją zbierania starych przedmiotów użytkowych: naczyń, rondli, młynków, żelazek, które stały kiedyś w każdym domu. Kolekcja liczy 800 egzemplarzy! Jeśli udałoby mu się powiększyć wiatę, to wtedy pomieściłby wszystkie eksponaty. Z Ostrowi Mazowieckiej pochodzi stary spichlerz, kupiony od pra-, prawnuka hrabiego Ostrowskiego. Sto lat temu maszyny rolnicze miały szerokość 3-4 metrów. Dziś - kilkunastu. Spichlerz wylicytował na znanym portalu. Ekipa górali rozebrała obiekt, przewiozła i postawiła w Luszkowie. Przynajmniej ma gdzie eksponować część zbiorów.

Antywybuchowy telefon z kopalni „Wujek” waży 36 kilogramów. Obok XIX-wieczna waga wiedeńskiej firmy, skarbonka ze Lwowa. Mniejsze i większe żelazka z duszą, skrzynie zbijane bez jednego gwoździa z orawskiej chaty.

Wśród nich tysiąc dwieście słoików kiszonych ogórków. Ale jak kiszonych, z jakimi dodatkami! - Dodaję liście: dębu, czarnej porzeczki, wiśni, winogron, chrzan, czosnek, koper, gorczycę, ziele angielskie, pieprz czarny - wylicza Zdzisław. - Chodzi nie tylko o smak, ale i pożądaną chrupkość ogórków! Będąc na frymarku ugryzłem ogórka, aż zachrupał, a pewna pani z drugiego końca to usłyszała i chciała kupić tak chrupiące ogórki. No i zrobił się kolejka...

Narzędzia gospodarcze z XIX wieku, narzędzia stolarskie, naczynia miedziane z carskiego dworu, formy do ciast, w których baby wielkanocne piekły jeszcze mama i babcia pana Zdzisława. Drewniane formy na cegły, menażki carskich oficerów zdobione dwugłowym orłem, a nawet trzystuletnia żydowska waga, która - jak zapewniano Zdzisława - ponoć zawsze ważyła na korzyść sprzedających. W głębi dębowe łóżko z podkrakowskiego dworku. Młodzi właściciele wybrali współczesne meble i staroć nie pasował do wystroju domu. Gofrownice z przepisem według, którego należało przygotowywać gofry. - Kiedyś chciałbym zapraszać młodzież na warsztaty i uczyć ich wypieków - dodaje Zdzisław.

Kafle z pieca, który przez 300 lat stał najpierw na Wawelu. Brakowało mu siedmiu kafli i w latach 50. jeden z krakowskich woźniców dostał polecenia wywiezienia kafli na gruz. Na szczęście nie trafił na wysypisko.

Kredens na szaty liturgiczne stał u sióstr zakonnych przez 90 lat. Chciały go wyrzucić, ale zadzwoniły, czy może Zdzisława by nie zainteresował?

Interesują go rzeczy z duszą. Nie spod sztancy czy chińszczyzna. Na ławie położył zszywkę przedwojennego dwutygodnika „Kobieta w świecie i domu” - poprzedniczki „Przyjaciółki”. Reklamy, przepisy z 1927 roku. - Kiedyś grupa nauczycielek przysiadła nad tą książką, to przez cztery godziny nie można ich było ściągnąć na biesiadę - śmieje się Zdzisław. Moda, porady dla pań, tygodniowy jadłospis, porady jak zadowolić męża - panie czytały to od deski do deski.

„Pan na Luszkowie” twierdzi, że czasami życie samo podsuwa człowiekowi rozwiązania, by się w nich odnajdował. - I trzeba przynajmniej tego spróbować, a nie ustawiać się na „nie” - zamyśla się Zdzisław. - Jeżeli czuję, że coś sprawi przyjemność klientom, wywoła w nich dobre wspomnienia, to jestem za tym, żeby robić, kontynuować i upiększać. Nie walczę z naturą, tylko jej pomagam.

O emeryturze pan Zdzisław chyba jeszcze nie myśli? - A gdzie tam - obrusza się. - Nie mam czasu na takie rzeczy!

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.