Roman Laudański

Na misji po sześć pierogów na talerz

Wigilię poprzedziła pasterka odprawiona w prowizorycznej kaplicy przez kapelana. Były kolędy, życzenia, opłatek.  A skoro przez ponad pół roku przebywają Fot. PKW Afganistan Wigilię poprzedziła pasterka odprawiona w prowizorycznej kaplicy przez kapelana. Były kolędy, życzenia, opłatek. A skoro przez ponad pół roku przebywają razem - zrobiła się rodzinna atmosfera. Afganistan 2010 rok.
Roman Laudański

Przygotować wigilię dla pięciuset osób i to kilka tysięcy kilometrów od Polski? Żaden problem, zwłaszcza wtedy, kiedy kucharze i goście noszą wojskowe mundury. Nasi byli na wszystkich misjach.

Do afrykańskiego Czadu specjaliści z bydgoskiego Inspektoratu Wsparcia zaprojektowali od podstaw całe obozowisko dla kilkuset osób. Na środku pustyni. Trzeba było dobrze przemyśleć i przewidzieć wszystkie potrzeby, żeby na miejscu nie okazało się, że brak jakichś drobiazgów zakłóci pracę żołnierzy.

- Najpierw Polaków żywili Francuzi, a później transportem lotniczym przesyłaliśmy z Polski produkty, żywność i wodę - wspominają wojskowi. W czasie burz piaskowych żołnierze jedli zupy „piaskowe”, a kucharze z Bydgoszczy i z Torunia pracowali w kuchennym namiocie, w którym temperatura dochodziła do 80 stopni Celsjusza. Na zewnątrz było „tylko” 55 stopni, więc wychodzili się ochłodzić...

Amerykański chleb?!

Pierogi z kapustą i z grzybami nie przetrzymałyby trudów podróży do Czadu, Iraku czy Afganistanu. Z wyprzedzeniem dostarczano za to żurek instant, kabanosy, kiełbasę krakowską, myśliwską, groch łuskany, kapustę kwaszoną, suszone grzyby, ogórki i sałatki konserwowe, słodycze z długim terminem przydatności do spożycia, przyprawy. No i wszystko do wypieku chleba, który z dala od domu zawsze smakuje wybornie.

- Sojusznicze pieczywo np. amerykańskie, nie cieszyło się uznaniem żołnierzy - przypomina płk Mirosław Kaczmarek, szef Oddziału Żywnościowego Inspektoratu Wsparci Sił Zbrojnych.

Pierwsze przychodzące do głowy wspomnienie z Afganistanu?

- Adrenalina - wylicza płk Kaczmarek. Starty i lądowania w Bagram wymagały pustych żołądków. Piloci przepraszali i ostrzegali, ponieważ starty i lądowania taktyczne polegały na tym, że po doleceniu w rejon lotniska samolot gwałtownie obniżał lot i podobnie było przy starcie - prawie pionowo ruszał w górę! Widoki były przepiękne, szczególnie ośnieżone góry zimą. Niewiele zieleni, tylko skały.

Obecnie Służba Żywnościowa nadal obsługuje kontyngent wojskowy w Afganistanie, Bośni i w Kosowie.

Płk Mirosław Kaczmarek był na misji w Afganistanie, żywił się w amerykańskiej kuchni.

To często żywność modyfikowana genetycznie i w proszku. Jedzenie nie jest złe, ale tęskniło się za polskim jedzeniem. Brakowało naszych smaków, typowych dań. Nie zrobi się Wigilii z indykiem i stekiem na stole.

Dobry kucharz na misji

- Wysłanie żywności na odległość kilku tysięcy kilometrów nie jest prostą sprawą - uśmiecha się major Sławomir Kowalewski, z szefostwa Służby Żywnościowej w Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych w Bydgoszczy. - Blokują nas terminy przydatności do spożycia, transport trwający od dwóch do czterech tygodni. Dlatego dobrze jest mieć dobrego kucharza na misji - bo on będzie musiał z niczego zrobić coś, co na dodatek będzie smakować, jak w domu.

Żołnierze na poligonach i misjach korzystają z tzw. suchych racji żywnościowych. Obecnie każda polska racja żywnościowa zawiera przynajmniej jeden produkt do spożycia na ciepło. W tzw. suchej paczce jest np. konserwa mięsna, którą można przygotować na ciepło za pomocą bezpłomieniowego podgrzewacza chemicznego.

Od rana do nocy

- Mąka, kapusta kiszona i suszone grzyby - tyle można było przewieźć do Afganistanu - przypomina przedświąteczne transporty major Sławomir Kowalewski. - Nie było możliwości przewiezienia zamrożonych pierogów - w samolotach czy w samochodach nie było chłodni. Pierogi chłodzone mają tygodniowy termin przydatności do spożycia, też odpadają. Dlatego tylko półprodukty.

Trafiały one w ręce m.in. kaprala Macieja Sobieraja, kucharza z 1. Pomorskiej Brygady Logistycznej. Był na trzech misjach w Afganistanie. - Staraliśmy się z tego przygotować potrawy kojarzone z domem.

Maciej Sobieraj skończył bydgoski „gastronomik”, bo zawsze ciągnęło go „do garów”. - W klasie było mało chłopaków - opowiada. Jak czas pokazał i jak mówią, najlepszymi kucharzami na świecie są mężczyźni.

Po szkole była służba zasadnicza, przydział do Chełmna, gdzie w ogóle nie był kucharzem. Został w wojsku. W 2004 roku trafił do Brygady Logistycznej. Były wolne etaty m.in. kucharza i piekarza. Dzisiaj jest kierownikiem piekarni polowej.

W Afganistanie kapral Sobieraj pracował w kuchni znajdującej się w niewielkiej bazie wojskowej „Four Corners” w prowincji Ghazni. Cały sprzęt kuchenny w namiocie, zapasy były co jakiś czas dostarczane helikopterami. Gotowali m.in. dla plutonów, które wyjeżdżały z „Kornersa” na patrole bojowe.

Jeśli o szóstej - siódmej rano żołnierze wyjeżdżali na patrole, to cześć kucharzy była już na nogach około piątej rano. Półprodukty do żywienia codziennego dostarczali Amerykanie, np. jajecznicę w proszku. - Po kilkumiesięcznym żywieniu się czymś takim, można było stracić apetyt - wspomina kapral Sobieraj. - Pod koniec misji koledzy rezygnowali ze śniadań, bo już nie mogli na to patrzeć. W amerykańskiej kuchni jest może jedna zupa na słodko, a my gotowaliśmy: grochówkę, ogórkową, jarzynową czy pomidorową, a czasami nawet żurek z dostępnych produktów. Były też schabowe. Amerykanie preferują mięsa na słodko, a naszym żołnierzom to nie pasowało. Musieliśmy zrobić tak, żeby był w tym smak z Polski.

Opowiada, że praca w kuchni trwała cały dzień. W amerykańskich bazach stołówka otwarta jest całą dobę, bo patrole wracały do bazy o najróżniejszych porach. Nawet w nocy trzeba było dbać o to, żeby niczego nie zabrakło.

W „Kornersie” było sześciu kucharzy. Uznali, że ciężko w takim składzie ustalać zmiany. Zresztą na misji człowiek był dostępny dla armii przez całą dobę.

Bigos był wydarzeniem

Pułkownik Kaczmarek. - Staraliśmy się na każde święta - nie tylko kościelne lub państwowe - dostarczać do Afganistanu polskie produkty. Czy to było Święto Niepodległości, Wojska Polskiego, Boże Narodzenie czy Wielkanoc - dbaliśmy o urozmaicone wyżywienie, bo wiedzieliśmy, że żołnierzom brakuje polskich smaków.

W 2012 roku, w głównej bazie w Ghazni (Polacy odpowiadali za tę prowincję - przyp. Lau.) kucharze przygotowali wigilijną wieczerzę dla kilkuset żołnierzy.

- Pełne zaangażowanie plus pomoc kolegów i wszystko się udało - uśmiecha się kapral Sobieraj. - Czekaliśmy na produkty z Polski, a jak już dotarły, to trochę tych pierogów trzeba było ulepić. Np. dla 500 żołnierzy choć po sześć sztuk na talerzu... Roboty na dobę! Nawet bigos był wydarzeniem. Smakiem przypominał ten domowy.

Wigilię poprzedziła pasterka odprawiona w prowizorycznej kaplicy przez kapelana. Były kolędy, życzenia, opłatek. A skoro przez ponad pół roku przebywają razem - zrobiła się rodzinna atmosfera. Wigilia była też czasem odwiedzin przełożonych, którzy wspólnie z żołnierzami siadali do pierogów i bigosu.

- Pewnie, że się tęskniło - wspomina major Sławomir Kowalewski. Wyjeżdżając na misję zostawił żonę z trzyletnią córką. Synek urodził się dwa tygodnie przed jego wylotem do Afganistanu.

- Każda misja trwała około sześciu miesięcy z możliwością przedłużenia do ośmiu - tłumaczy major Kowalewski. - Transport samolotem, w Rosomaku i helikopterem mógł trwać ok. dwóch tygodni, nim żołnierz dotarł na wyznaczone miejsce. Człowiek był trochę przestraszony, ale pierwszy miesiąc szybko mijał. W drugim - ciągle jeszcze byliśmy ciekawi tego, co było na miejscu. Czas uciekał. W czasie trzeciego, czwartego miesiąca poczułem, jak przychodzi do mnie coraz większa tęsknota za rodziną. A później to już myślało się o powrocie.

- Kiedy masz na głowie dużo obowiązków, to brakuje czasu na tęsknotę za rodziną - dodaje kapral Sobieraj. - Takie momenty przychodziły, ale były telefony, połączenia przez sieć.

Złych rzeczy „misjonarze” nie chcą wspominać.

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.