Moja rodzina z Modrzewiowej

Czytaj dalej
Fot. Jolanta Zielazna
Jolanta Zielazna

Moja rodzina z Modrzewiowej

Jolanta Zielazna

Na kopercie pod nazwiskiem adresatki dziecięcym pismem jest dopisane: Moja najukochańsza i najcudowniejsza Mamo.

Ludzie o wielkim sercu

Wszystkie te „dzieci” przewinęły się przez Warsztat 
Terapii Zajęciowej „Modrzew” na 
bydgoskim osiedlu Leśnym. Pani Helena odmieniła im życie i teraz nie bardzo wyobrażają sobie inne. Zresztą - vice versa - o „Modrzewiu” pani Helena mówi „moja rodzina” i też nie może bez niego żyć.

Nie byłoby tego warsztatu bez Heleny, a i 
Heleny Feldheim, jaką znamy - bez tego warsztatu. Założyła go będąc już na nauczycielskiej emeryturze. I to był strzał w dziesiątkę.

Na jej osobę natykam się co i rusz, gdy rozmawiam z rodzicami osób niepełnosprawnych intelektualnie.

Życie nabiera pędu

Gdy w 1990 roku Feldheim przeszła na emeryturę (była wtedy dyrektorem SP 42 na 
Wyżynach) nie myślała, że będzie to czas tak intensywny i pracowity. Za sobą miała lata pracy w szkole (jest nauczycielką z powołania), w harcerstwie (jest instruktorem z bardzo długim stażem), organizowania obozów, kierowanie działem imprez masowych w Pałacu Młodzieży, pracę urzędniczą w wydziale oświaty.

Zawsze w pędzie, zawsze coś robiła dodatkowo. Na emeryturze miało być trochę spokojniej, tymczasem jej życie nabrało niebywałego rozpędu.

W 1992 r. Helena Feldheim dała się namówić na pracę w Lidze Kobiet Polskich i zostanie przewodniczą w rejonie. Postawiła wtedy warunek. - Powiedziałam, że nie pomożemy wszystkim, ale zróbmy wszystko, by pomóc tym, które mają najtrudniejsze problemy życiowe. To są moim zdaniem kobiety, z dorosłymi dziećmi upośledzonymi umysłowo - opowiada Feldheim.
Warsztat zaczął działać w 1994 roku. W 2010 Helena przestała nim kierować. Ale nie potrafi bez niego żyć. Często tam zagląda, doskonale wie, co dzieje się w rodzinach uczestników, pomaga rozwiązywać problemy. No i co roku organizuje wyjazdy.

Głową mury przebijała

Nigdy wcześniej Helena Feldheim jakoś specjalnie nie zajmowała się osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Ale widziała je w najbliższym otoczeniu. W szkole utworzyła mniejsze klasy dla uczniów, którzy nie nadążali z programem.

- Mam siostrzenicę upośledzoną umysłowo - nie ukrywa Helena. - Przyglądałam się z bliska, jak wygląda życie jej i mojej siostry. Poza tym zawsze, gdy obserwowałam na ulicy kobietę z takim dzieckiem widziałam, jak matki się krępowały. Nie było takiego zrozumienia wobec tych ludzi, jak jest teraz. Teraz nie jest jeszcze pełne, ale jest inne. Lepsze.

Na początku lat. 90 ukazały się akty prawne o warsztatach terapii zajęciowej. 
- Pomyślałam wtedy: O! Stworzę warsztat dla upośledzonych umysłowo i będę miała taki „Pałac Młodzieży” dla nich. To był mój cel główny. Koleżanki z Ligi Kobiet Polskich pomogły.

Będąc w Cieplicach w sanatorium przypadkiem odkryła terapię zajęciową. Skróciła o kilka dni swoją kurację i przyglądała się tamtym zajęciom. Po powrocie napisała program warsztatów.

Trafiła w sedno potrzeb rodziców, którzy opiekowali się dorosłymi dziećmi z upośledzeniem umysłowym. Ale wcale nie było łatwo wszystkich przekonać. Na początku była grupa rodziców, która Helenie pomagała.

- Ona ma szczęście wielkie albo wyczucie nauczyciela, kogo wokół siebie zgromadzić - mówi o Helenie pani Janina, mama Tomka. Tomek, lat 50, zespół Downa, w warsztacie jest od początku. Szczęśliwy, że co rano wychodzi „do pracy” i „zarabia pieniądze”.

W „Modrzewiu” tak się funkcjonuje - nie po nazwisku, a po imieniu. Jest Jola i mama Joli, Leszek oraz mama i tata Leszka. Tomek i tata Tomka, a gdy tata zmarł jest Tomek i mama Tomka.

- Helena pisała wszystkie papiery, wnioski, ja z Tomkiem papiery roznosiłam- mówi pani Janina. Pamięta, że razem czytały akty prawne dotyczące warsztatów terapii zajęciowej, gdy zaczęły się pojawiać.

- Helena głową mury przebijała - wspomina Bożena, mama Michała (lat 50, zespół Downa), w WTZ od początku przez kilkanaście lat. - Władze oferowały nam budynki nie do przyjęcia dla zdrowych, a co dopiero dla niepełnosprawnych. Helena miała siłę przebicia i wielkie zaangażowanie.

Lepiej niech zostaną w domu

Gdy opracowała program warsztatu, poprosiła innych, by to oceniły. - Bo nie miałam pojęcia, co to znaczy warsztat, jak funkcjonuje, ale myślałam o ośrodku, gdzie osoby upośledzone umysłowo znajdą swoje miejsce, będą uczestniczyć w zajęciach i będą się rozwijać.

Ale uczestników musiało być ponad 30! I wtedy okazało się, że wcale nie było łatwo przekonać rodziców, by swoje dorosłe dzieci posyłały do warsztatu na zajęcia.

- Nawet moja siostra powiedziała, że córka jest w domu i lepiej, że będzie w domu 
- wspomina Helena Feldheim. Nawiasem mówiąc, dziewczyna po kilku latach zajęć w WTZ przeszła szczebelek wyżej, do Zakładu Aktywności zawodowej.

- Na pierwsze zebrania przychodziły matki ze swoimi dorosłymi dziećmi - wspomina Feldheim. - Pytam, czy nie mogły zostawić ich w domu? Z kim? - pytały mnie. Rozmawiałam z tymi kobietami wiele razy, wszędzie chodziły z dorosłym dzieckiem.
Pojawiały się pytania, jak to dziecko dojedzie do warsztatu? Kto zapłaci za bilet? Skąd pieniądze, bo potrzebne jest lepsze ubranie.

Helena załatwiła bezpłatne przejazdy na trasie dom - warsztat. I pracowała z rodzicami. Przekonywała ich, że trzeba to dorosłe dziecko nauczyć samodzielności.

Za Tomkiem, na początku - ale nie za nim jednym - nauczonym już samodzielnej jazdy do warsztatu, innymi drzwiami niepostrzeżenie do autobusu wsiadał ojciec i sprawdzał, jak syn sobie radzi. Uspokoił się, gdy kilka razy przekonał się, że chłopak nie myli przystanków, nie błądzi.

Dzieło życia

Powoli tworzyła się wielka rodzina. - Wiedzieliśmy, że robimy to dla naszych dzieci - mówi Bożena, mama Michała. No i dziś warsztat funkcjonuje, jak duża rodzina. Są rodzinne wyjazdy na wczasy, a , gdy umrze któreś z rodziców - wszyscy idą na pogrzeb.

O „Modrzewiu” pani Helena opowiadać może godzinami. I ze szczegółami. Przynosi kuferek z życzeniami, które dostała od swoich „dzieci”, gdy zrezygnowała z pracy w warsztacie. Pełne dopisków, ciepłych słów, podziękowań, serdeczności.
Ciągle jest tam ciepło witana.

- One do Heleny idą jak do matki. Teraz, gdy przychodzi, ma ich wokół siebie wianuszek - mówi mama Tomka. - To mama, babcia, dobra znajoma w jednej osobie. Zapracowała na to swoją pracowitością i osobowością.
Bożena, mama Michała: - Ten warsztat to dzieło życia Heleny.

Po „Modrzewiu” pomagała założyć jeszcze w Żninie, Rypinie i Szubinie. Działają pod egidą LKP. W sumie dla ponad 150 osób.

Przygotowała ją rodzina

Wszystkie najważniejsze nagrody i zaszczyty Helena Feldheim dostała za działania dla niepełnosprawnych. Czyli za to, co zrobiła jako emerytka.

Pracuje z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, a nie ma w tym kierunku specjalistycznego przygotowania. Skąd się to jej wzięło? Także wyczucie kadry, która zatrudniła. I uczyła, jak pracować z niepełnosprawnymi intelektualnie.

- Moje przygotowanie metodyczne to po pierwsze nasze życie rodzinne - wylicza. 
- Mama zawsze powtarzała, pamiętajcie, nie jesteście sami. Obok są ludzie, którym trzeba pomagać - tłumaczy. - To było zainteresowanie się drugim człowiekiem. Drugim.
Punkt drugi metodyki to harcerstwo, które otwiera na innych.

Podchodzili się przytulić

- Tak naprawdę, pani z warsztatu nie odeszła - stwierdzam po kilku godzinach rozmowy. Bo pani Helena doskonale jest na bieżąco zorientowana, dalej żyje problemami podopiecznych, pomaga je rozwiązywać.

- Nie odeszłam. Miałam taki dar, nie wiem, skąd mi się to zawsze brało, może z życia rodzinnego, że opiekowałam się innymi. Zawsze umiałam włączyć rodziców i im zaufać, a oni mnie zaufali.

Warsztat terapii zajęciowej to treść pani życia?
- Tak. To moja wielka rodzina. Czuję się związana z nimi, jak z dużą rodziną. Kiedyś wracałam z miasta, szłam od tramwaju, a akurat wychodzili z warsztatu. Co chwilę ktoś do mnie podchodził, nie żeby się przywitać, ale przytulić do mnie. To są moje dzieci.

- Powiem jeszcze pani, o czym marzę - zdradza Helena Feldheim. - O hostelu dla podopiecznych naszych warsztatów, którym umierają bliscy. Trafiają potem do domów pomocy społecznej, bo sami nie mogą funkcjonować, nie ze wszystkim sobie radzą. Mieliby hostel, mogliby w nim mieszkać, chodzić do warsztatu. Ale to ciężka sprawa - wzdycha. - Szkoda, że nie jestem młodsza. Przecież ja we wrześniu skończę 80 lat.

Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.