Miłość Fidżyjczyka i Polki od pierwszego „hi”

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywatne
Artur Gacredakcja@gk.pl

Miłość Fidżyjczyka i Polki od pierwszego „hi”

Artur Gacredakcja@gk.pl

Ta historia to gotowy scenariusz na film o wielkim uczuciu. Rugbysta Juvenii Kraków przyjechał do Polski na zaproszenie olkuszanki, którą poznał przez internet.

Wiodąca harmonijne życie 37-letnia kobieta znalazła się na zakręcie. Nagle została sama, bez pracy i biznesu, który splajtował po roku działalności. Pewnego dnia, o poranku, odebrała wiadomość w języku angielskim. Niewinne „hi” wywróciło jej życie do góry nogami. W trzeciej dobie znajomości rozpoczęła trwającą pięć miesięcy skomplikowaną procedurę ściągnięcia Fidżyjczyka do Polski. On swoją błahą zaczepką wyciągnął ją na prostą, a ona zmieniła jego życie, które planował wieść w USA. W maju 2016 roku para wzięła ślub cywilny, a marzeniem rozkochanego w rugby nowożeńca stała się gra w reprezentacji Polski. Ale po kolei…

Życie Anny Krawiec zawaliło się dwa miesiące przed końcem 2015 roku. Ale twardy charakter i pozytywne myślenie pozwoliły stanąć jej na nogi i zacząć wszystko od nowa. - Zawsze miałam wsparcie w rodzinie, przede wszystkim w mojej kochanej mamusi. W mojej niedoli szczególnie pomogła mi się przyjaciółka, która miała swój udział w tym, że Usaia znalazł się w Polsce. Nigdy jej tego nie zapomnimy - wyznaje Anna.

Dzisiaj nie sposób uwierzyć, że jeszcze dziesięć miesięcy temu tę uśmiechniętą od ucha do ucha kobietę trapiły ogromne problemy osobiste i zawodowe. Teraz jest pełną życia, zarażającą optymizmem higienistką stomatologiczną, która nie widzi świata poza swoim ukochanym mężczyzną.

- Takie historie nie zdarzają się, jeśli nie są dane od Boga. Skoro Bóg dał mi taką drogę i tak mnie prowadził, to miał w tym jakiś cel - mówi 23-letni Usaia Navia, pochodzący z miasta Suva, stolicy Fidżi. I nie jest w tym przekonaniu osamotniony, bo tak samo uważają jego najbliżsi, rodzice oraz czterech braci: jeden młodszy i trzech starszych.

Gdzieś z góry na swojego dzielnego brata patrzy siostrzyczka Laisa Mavana, którą Usaia stracił, gdy był 6-letnim chłopcem. 13-latka została potrącona przez samochód i w wyniku obrażeń zmarła w szpitalu. Mimo traumatycznego doświadczenia Navia nie odwrócił się od Boga. Przeciwnie, Stwórca wciąż jest w jego życiu najważniejszy.

- Przyleciałem do Polski z dwiema Bibliami, które otrzymałem od mamy. Jedną, dużą, w wersji vosa vakaviti (w języku fidżyjskim - przyp. red.), a drugą w języku angielskim, w formacie kieszonkowym, którą mama, która nosi imię Polonia (cóż za ciekawy zbieg okoliczności!) przekazała dla mojej żony. Ten mniejszy egzemplarz, gdy wychodzę z domu, na przykład jadąc na trening, zawsze mam przy sobie i kiedy tylko potrzebuję, sięgam do środka - przyznaje Fidżyjczyk, chrześcijanin wyznania pentakostalnego (ruch zielonoświątkowców), roztaczając wokół siebie aurę ciepła i serdeczności.

- Jeśli Usaia ma cięższą chwilę, wtedy bierze Biblię, by się pomodlić, a po chwili wszystko jest w porządku - uzupełnia Anna i dodaje: - Po pierwszym szale emocji, gdy dała znać o sobie tęsknota i myśl, że wszyscy są daleko, mąż z podziwem znosił rozłąkę. Fakt, że jest osobą bardzo wierzącą, pozwolił mu szybko się pozbierać.

Okoliczności, w jakich doszło do poznania się Usai z Anną, są wprost nieprawdopodobne. Ich przykład znakomicie dowodzi, że w dobie współczesnych technologii i globalnego zasięgu mediów społecznościowych, odległość straciła na znaczeniu, świat się skurczył i wszyscy żyjemy w „globalnej wiosce”.

- Nigdy wcześniej nie korzystałam z Facebooka, nie licząc firmowego profilu założonego na moją herbaciarnię w Olkuszu, która po roku niestety splajtowała. Po perypetiach w życiu postanowiłam to zmienić i pewnego razu dostałam zaproszenie do grona znajomych od młodego chłopca z Fidżi. Od razu dałam mu do zrozumienia, że jesteśmy w zupełnie innym wieku, ale obiecałam, że zostanę jego przyjaciółką, mając na względzie szlifowanie języka angielskiego. I tak pisaliśmy sobie, nasze profile zaczęły się zazębiać, aż pewnego razu moje zdjęcie profilowe pokazało się jego znajomemu, którym był Usaia. Tu pojawia się najważniejsze pytanie, na które do dzisiaj nie znamy odpowiedzi, w jaki sposób ja wyświetliłam się temu chłopcu? To musiała być ręka Boga - promienieje Anna Navia.

Niewątpliwym wyzwaniem była ogromnie skomplikowana procedura ściągnięcia obywatela Fidżi do Polski. Para zderzyła się ze wszechogarniającą biurokracją, a nawet niekompetencją urzędników („co to jest Fidżi?” - padło pytanie). Główny problem wiąże się z faktem, że Polska nie posiada w wyspiarskim państwie na Oceanie Spokojnym żadnej placówki ani nie utrzymuje z nim stosunków dyplomatycznych. Najbliższa ambasada RP mieści się w Canberze, czyli na terytorium Australii.

Telefonom nie było końca, a dokumenty przesyłkami kurierskimi krążyły po całym świecie. Para niestrudzenie szukała odpowiedzi na wszystkie pytania i wątpliwości, wertowała setki stron artykułów z ustawami. Pojawiało się też kilka momentów zwątpienia.

W międzyczasie Usaia próbował załatwić sobie pracę w Holandii, a tak naprawdę najbliżej wylotu był do Stanów Zjednoczonych, składając paszport w tamtejszej ambasadzie. W oczekiwaniu na wizę otrzymał informację od Anny, że udało się uzyskać upragnione zaproszenie do Polski. Wtedy Navia dokonał ostatecznego wyboru.

Podróż do Polski, będąca pierwszą w życiu 23-latka wyprawą poza ojczyznę, trwała bagatela około 44 godzin! - Lot z Fidżi do Seulu, stolicy Korei Południowej, to było 11 godzin z minutami, po czym miałem 19 godzin przerwy. Następnie przez prawie 12 godzin leciałem do Pragi, a po pół godziny przerwy wsiadłem na pokład samolotu lecącego do Warszawy - wspomina swoje trudy atletycznie zbudowany sportowiec.

Koszt całej operacji zamknął się w kwocie około 20 tys. złotych, ale tylko dzięki temu, że udało się „upolować” bilet za 7,5 tys. zł.

Jakie to uczucie w pewnej chwili, w hali przylotów, wyjść sobie naprzeciw z obcym mężczyzną? - Niesamowite, ale wyobrażałam sobie większe emocje. Natomiast okazało się, że po takim czasie rozmów w internecie, zwłaszcza na Skypie, znamy się jakby od zawsze. Miałam wrażenie, że spotykam się z kimś, kto wrócił po dłuższej nieobecności - twierdzi Anna.

Para od razu weszła w bliskie relacje, a Usaia po przekroczeniu progu mieszkania w Olkuszu w pierwszych słowach usłyszał: „tu jest twój dom, czuj się tak, jakbyś był u siebie”. Fidżyjczyk z takiej gościnności skwapliwie skorzystał, a pomogły mu w tym takie cechy jak: otwartość, ciepło, szczerość i wspomniana religijność.

Wielki dzień nastał 6 maja 2016 roku. Zakochani zawarli ślub cywilny podczas kameralnej uroczystości w Pałacu Schoena w Sosnowcu, skąd pochodzi panna młoda. Obecni byli tylko jej najbliżsi, a przylot rodziców Usaia do Polski - z drugiego końca świata - wciąż pozostaje jednym z ich największych marzeń. Teraz celem jest ślub kościelny, ale w kościele wyznaniowym Navii.

Do pełni szczęścia brakuje Usai tylko przyjęcia przez Anię drugiego nazwiska, czyli Rataku, które ma szczególne znaczenie na Fidżi. - To moje nazwisko po tacie, bardzo ważne, bo określające naszą rodową przynależność. Rodzinnym i familijnym Rataku posługiwałem się w ojczyźnie, gdzie pełni ono bardzo istotną rolę. Niestety, w urzędzie stanu cywilnego żona nie mogła podać tego nazwiska, ponieważ nie mam na niego żadnego dokumentu - wyjaśnia Usaia.

W domu państwa Navia, nazywanego „rezydencją Rataku”, zapanował tzw. Fidżi time, czyli swoje „porządki” wprowadził Usaia. Cudzysłów nie jest tutaj przypadkowy, bo chodzi o osobliwe zaprowadzanie ładu, według maksymy, że nigdzie nam się nie spieszy i na wszystko mamy czas. Anna zaakceptowała fidżyjskie zwyczaje, ale w granicach zdrowego rozsądku. Przykład? Jest plan sprzątania, ale przy ładnej pogodzie koncepcja w sekundzie ulega zmianie i para zaczyna korzystać z uroków życia. „Spokojnie, jeszcze zdążymy zaprowadzić czystość…”

Największy wybuch niekontrolowanej euforii Usai miał miejsce, gdy reprezentacja Fidżi zdobyła w Rio de Janeiro mistrzostwo olimpijskie w 7-osobowej odmianie gry w rugby. To pierwszy medal, i od razu złoty, w historii startów tego 900-tysięcznego kraju w igrzyskach.

Usaia szalał z radości przed telewizorem, zwłaszcza że w skład kadry zespołu wchodzi jego kuzyn (nazywany bratem), 28-letni Samisoni Viriviri Nasagavesi oraz kolega 22-letni Masivesi Dakuwaqa. Ale nawet w momencie takiego triumfu nie zapomniał o najważniejszym. Fidżyjczyk wraz z rugbystami reprezentacji po finałowym zwycięstwie zaczął śpiewać specjalną piosenkę kościelną, która jest modlitwą i pokornym pokłonem. - Fidżi dlatego jest najmocniejsze i wygrało igrzyska olimpijskie w rugby, bo my nigdy nie zapominamy o tym, żeby podziękować Bogu - wyjaśnia.

23-latek z marszu stał się czołowym rugbystą krakowskiej Juvenii, a zawodnicy, na czele z trenerem Markiem Odolińskim, przyjęli go z otwartymi ramionami. Usaia wyróżnia się ponadprzeciętną techniką, znakomitym przeglądem pola i świetną motoryką, a swoim widowiskowym stylem gry na skrzydle ekspresowo zjednał sobie sympatię kibiców. Już po kilku akcjach widać, że ten atletycznie zbudowany zawodnik reprezentuje kraj, gdzie rugby urasta do miana sportu narodowego. To również dzięki jego wejściu smoka do drużyny, zespół z Błoń świętował w czerwcu awans do najwyższej klasy rozgrywek, czyli ekstraligi.

Juvenia, jak większość drużyn w naszej lidze, jest klubem amatorskim, który nie płaci pensji swoim zawodnikom, dlatego Usaia też podjął pracę zarobkową. Zatrudnił się w restauracji, na razie działa na „tyłach” lokalu, ale z czasem, jako osoba z wykształceniem gastronomicznym, będzie mógł liczyć na bardziej eksponowane stanowisko. Na razie podstawową barierą w pracy jest nieznajomość języka polskiego, lecz jego najważniejszym celem pozostaje zrobienie kariery w sporcie.

- Chciałbym grać w wyższych ligach, a moim marzeniem jest, żeby zadebiutować w reprezentacji Polski. Rugby to całe moje życie - wyznaje Fidżyjczyk.

- Czasami zastanawiam się, czy na pierwszym miejscu jestem ja, czy jednak rugby - śmieje się Anna Navia, ale od razu podkreśla, że wiedziała, na co się decyduje, zawierając związek z zawodnikiem. - Liczę się z tym, że kiedyś będę musiała czekać, aż Usaia przyjedzie do domu po sezonie, tak jak żony jego kuzynów, którzy grają na całym świecie. Oby spełniło się to jego wielkie pragnienie.

Autor: Artur Gac

Artur Gacredakcja@gk.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.