Michał Masłowski: - Miałem depresję, groził mi wózek [rozmowa]

Czytaj dalej
Fot. Szymon Starnawski
ReD

Michał Masłowski: - Miałem depresję, groził mi wózek [rozmowa]

ReD

Eks-zawiszanin, dziś pomocnik Legii o problemach zdrowotnych i nieudanym transferze do mistrza Polski.

Jaka to będzie historia?
Smutna.

Czemu chce ją pan opowiedzieć?
Ludzie pytali: „Co się z tobą stało? Gdzie zniknąłeś?” Nikt nie wiedział, co się ze mną działo. Tego, że przeszedłem piekło. Wiedziała narzeczona, rodzice i lekarze. Tylko oni. Nawet koledzy z Legii nie mieli pojęcia…

A więc wszystko zaczęło się…
Przed rokiem, latem. Od pewnego czasu miałem dziwne objawy. A to czułem palenie w plecach, a to uciążliwe swędzenie nogi. Z lekarzami kilkukrotnie robiliśmy prześwietlenia, ale nie wychodziło na nich nic szczególnego. A więc trenowałem. Raz było lepiej, raz gorzej. Po mocnej rozgrzewce kłopoty znikały. Ale gdy wstawałem rano to nie mogłem wyprostować nogi. Tak jakby ktoś przywiązał mi sznurkiem stopę do pośladka.

Ból to przecież chleb powszedni dla zawodowych sportowców.
Ja się bólu nie boję. Znam go od dawna, poznaliśmy się całkiem nieźle. Gdy boli wiesz, że żyjesz. Ale w pewnym momencie zacząłem tracić siłę nogi. Nie mogłem stanąć na palcach, nie mogłem się wybić, kolano mi uciekało. Pojawiał się niedowład. Najgorsze zaczęło się w dniu rewanżowego meczu z Kukësi w eliminacjach Ligi Europy. Rano mnie złożyło. Obudziłem się bez czucia w nodze. Nie mogłem wstać z łóżka. Przyszedł trener Berg i zbladł. Wyglądałem jak śmierć. Leżałem w hotelu i wyłem z bólu. Nie mogłem stanąć o własnych siłach. Od razu odesłali mnie do szpitala. Dostałem najsilniejszy z możliwych lek przeciwbólowy. Nie mogłem podnieść nogi. Wie pan po co klęczałem?

Modlił się pan?
Nie, żeby mniej bolało. To jedyna pozycja, w której wytrzymywałem. Nie byłem w stanie się modlić. Myślałem tylko co zrobić, żeby przestało napieprzać.

Kiedy było najgorzej?
Przed wylotem do Rzymu. To był dramat. Różne miałem myśli. Właściwie to planowałem już życie po tym, jak skończę grać. „Wyleczę się i trzeba będzie iść do normalnej roboty” - tak analizowałem. Ale jakiej? Fizycznej? Ja pracy się nie boję, kiedyś byłem dozorcą w hotelu, ale jak to robić z rozwalonymi plecami? Pomyślałem nawet, że na cholerę była mi ta cała piłka. Trzeba było dokończyć studia, rzucić granie. Nic by nie bolało, miałbym wolne weekendy. Mój umysł był zatruty.

Co się właściwie z panem działo? Jaka była diagnoza?
Okazało się, że miałem podwójny ucisk przepukliny na nerw w okolicach kręgosłupa. To były poziomy odpowiedzialne za nogę. Dzięki Bogu nerwy nie zostały uszkodzone, bo w najgorszym wypadku mógłbym skończyć nawet na wózku inwalidzkim. Jeszcze w Polsce zobaczył mnie jakiś lekarz. Powiedział, że mam 50 procent szans na powrót do futbolu. Od razu chciał mnie kroić. Mówił, że trzeba wymienić mi dwa dyski. W końcu zapadła jednak decyzja, że lecimy do Włoch.

Do kliniki Villa Stuart. To bardzo uznany rzymski szpital, z którym Legia współpracuje od ponad trzech lat. Co było dalej?
Tam trafiłem do doktora Angelo Pompucciego. Bardzo szanowany lekarz. To on powiedział mi, że mam wysoki próg bólu. Jestem w stanie funkcjonować nawet wtedy, gdy inni już dawno byliby wykluczeni z aktywności. Lekarze powiedzieli, że po zabiegu kilka miesięcy to minimum zanim wrócę do pełnej sprawności. A zdarza się, że trwa to i rok.

Operacja się udała?
Na szczęście tak. Trwała dwie godziny. Bałem się, ale godziłem się na wszystko. Do Rzymu przyleciałem o kulach. Nie mogłem normalnie chodzić, cały czas byłem zgarbiony z bólu. Na początku leczyli mnie zastrzykami z kortyzo-lu, który miał obkurczyć przepuklinę, ale to nie pomogło. Mój opiekun z Legii widział, jak jeszcze przed zabiegiem mnie połamało. Leżałem powyginany i wyłem z bólu. Bez operacji nie byłbym w stanie funkcjonować. Po krojeniu leżałem cztery dni w klinice. Później już w domu. Gdy mama mnie zobaczyła, popłakała się. Przypomniały jej się problemy, które miał mój tata. On do dziś odczuwa podobny uraz.

Długo leżał pan w rodzinnym Strzelinie?
Miesiąc. Praktycznie nie wstawałem. A że mam tendencje do tycia, to złapałem kilka kilogramów. Na buzi byłem okrąglutki. Cierpiałem…

Tylko fizycznie?
Miałem depresję.

To poważna choroba…
Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy. Przestałem odbierać telefony, nie wychodziłem z domu. Rozmawiałem z narzeczoną, ale tak naprawdę jej nie słuchałem. Myślami byłem w innym świecie. Piłka mnie nie interesowała. Codziennie robiłem to samo: rano się rozciągałem, było fajnie, a następnego dnia znów wszystko bolało. Nie było efektów. I wpadłem w apatię. Wszystko miałem w dupie. Nawet hejt w internecie. Wie pan co jest najgorsze?

Nie mogłem wstać z łóżka. Berg zbladł na mój widok. wyglądałem jak śmierć.

Słucham?
Że wcześniej sam nie chciałem dopuścić do siebie myśli, że jest źle. Bagatelizowałem to. Wkręcałem sobie, że na pewno zaraz przejdzie. I przeciągałem sprawę. Dopiero po rozmowie ze znajomym fizjoterapeutą, który wypunktował mi wszystkie moje problemy, zrozumiałem, że jest źle. Do normalności zacząłem wracać dopiero, gdy rozpocząłem zajęcia z Sebastianem Krzepotą z Legii. Dwa i pół miesiąca ćwiczyliśmy wyłącznie nad mięśniami głębokimi. Trenować zacząłem pod koniec grudnia. Znów poczułem, że żyję.

Czy te problemy zdrowotne pan przyniósł do Legii? Przecież piłkarze przed podpisaniem kontraktu przechodzą szczegółowe badania medyczne.
Do Legii przyszedłem dobrze przygotowany. Ze zgrupowanie Zawiszy trafiłem prosto na obóz. Po treningach u Berga czułem się dobrze. Zagrałem w meczach o stawkę, na przykład z Ajaksem. Dopiero latem tamtego roku zaczęło się dziać coś złego. Całe życie miałem bardzo silną lewą nogę, to moja noga postawna, i nagle pstryk, ktoś mi ją wyłączył.

Wie pan dziś, jaka jest geneza tych dolegliwości?
Tak naprawdę nie wiadomo. Jestem kontuzjogenny, to fakt. Miałem dwie operacje kolana, kroili mi przywodziciele, teraz ten kręgosłup. Od kilku lat koledzy jechali na urlopy, a ja wakacje spędzałem albo u lekarza, albo u rehabilitanta. A może to kwestia genetyczna? Mój tata miał podobne kłopoty. Też grał w piłkę, miał iść do drugiej ligi, ale przez identyczny uraz skończył karierę. Miał tylko 27 lat. Mi groziło to samo.

Do kogo ma pan największe pretensje?
Do siebie. Bo zapieprzałem z bólem. Trzeba było powiedzieć basta.

To po co pan grał?
Uparty jestem. W Zawiszy dwa lata zaciskałem zęby i walczyłem z bólem. Też miałem przez to kłopoty, przez urazy wypadło mi z pół roku. Wkurzam się strasznie, bo co kontuzja, to operacja. Przez tą moją ambicję nie raz zbierałem nie tylko plony, ale i błoto.

W Legii pan zawiódł?
Nazywają mnie niewypałem transferowym i po części to rozumiem. Legii dużo nie dałem, choć było wiele „ale”… Czy wypaliłem? Nie. Nie chcę się tłumaczyć, ludzie i tak wiedzą swoje. A może to moja wina? Jest mi przykro, że tak wyszło.

Może przeszkodziła panu kwota transferu? Kosztował pan aż 800 tysięcy euro. To ciążyło?
Sam się nie kupiłem. Legia mogła wziąć kogoś innego. Mi te pieniądze nigdy nie przeszkadzały, ale często mi to wytykano.

Żałuje pan tego transferu?
Nie. Żałuję tylko, że jestem w Legii, a w niej nie gram. Samo „bycie” mnie nie bawi.



Co dalej?
W Warszawie jestem spalony. Wiem, że zawiodłem. Nie tylko kibiców, ale i siebie. Zgodziłem się na tą rozmowę, żeby pokazać wszystkim, że świat nie jest czarno-biały. Może nie dałem rady psychicznie, może miałem pecha? Wiem tylko, że nie zabrakło mi umiejętności, jakości. Ale dziś cieszę się, że chodzę, biegam. Mogę normalnie żyć. Odżyłem. Znajomi mnie spotykają i mówią: jesteś innym człowiekiem. Mam siłę, aby znów coś udowodnić.

W Warszawie?
Chcę grać, odzyskać pewność siebie, którą całkowicie straciłem. Chcę sprawdzić, czy wciąż stać mnie na wiele. Bo sądzę, że tak. Może droga do zaistnienia w Legii wiedzie inną ścieżką. Taki scenariusz napisał mi los i muszę to zaakceptować. Po urlopie poważnie zastanowię się nad przyszłością.

Ulżyło panu po tej rozmowie?
Ktoś kto nie przeszedł tego, co ja, nigdy nie uświadomi sobie jak było ciężko. Ale zdecydowałem się w końcu o tym opowiedzieć. Jeden będzie się śmiał, drugi wyrzuci ten wywiad do kosza, trzeci powie, że ściemniam, ale może ktoś mnie zrozumie. Nie szukam współczucia. Niech to będzie przestroga. Zdrowie trzeba szanować. Dlatego teraz zaczynam nowe życie.

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Polsat Sport, polsatsport.pl

ReD

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.