Martyna Wojciechowska woli podróże niż domowe ciepełko

Czytaj dalej
Fot. Piotr Smoliński
Paweł Gzyl

Martyna Wojciechowska woli podróże niż domowe ciepełko

Paweł Gzyl

Kilka razy jej życie wisiało na włosku. Mimo to nadal rzuca wyzwanie przygodzie. Nawet ukochana córka nie jest jej w stanie powstrzymać.

Kilka tygodni temu polskie media zelektryzowała wiadomość o tajemniczej chorobie Martyny Wojciechowskiej. Dziennikarka schudła aż 20 kilo i przestała się pokazywać publicznie.

- „Długo byłam w szpitalu. Chudnę, jestem słaba, bardzo źle się czuję, jestem pod opieką wybitnych specjalistów, którzy ciężko pracują nad przywróceniem mnie do zdrowia. Czeka mnie kolejne leczenie. Konsultuję też wyniki badań z zagranicą” - napisała w komunikacie dla prasy.

Gwiazda stacji TVN dzieli obecnie swój czas między wyjazd na leczenie na Zachód a chwile spędzane z siedmioletnią córką. W najbliższych tygodniach obie wybierają się do swego ulubionego Szczyrku, a potem planują spędzić rodzinne święta.

Śmierć omija z daleka

To nie pierwszy raz, kiedy Martyna stanęła w obliczu poważnego zagrożenia życia. Gdy miała siedem lat, spadła ze schodów i straciła przytomność. Na szczęście obyło się bez złamań. Później, jak się kąpała, do wanny z wodą wpadła jej suszarka podłączona do gniazdka. Skończyło się na lekkim porażeniu prądem. Będąc nastolatką, wypłynęła na jezioro motorówką, która niespodziewanie wybuchła, w efekcie czego poparzyła twarz. Najgorsze przyszło jednak dopiero później.

- Miałam 20 lat i z zupełnie niezawinionego powodu, przecież nie ryzykowałam niczego i nigdzie, nagle okazało się, że mogę umrzeć. Pewnego dnia upaść na ulicy, wykrwawić się w ciągu pół godziny i nawet nikt nie będzie wiedział, dlaczego. Przeszłam chemioterapię. Czułam się strasznie. Wymiotowałam i nie jadłam nic chyba przez miesiąc. Byłam wycieńczona. Kiedy już miało być lepiej, musiałam przejść kolejną operację. Spotkałam cudownych lekarzy, ale warunki w naszych szpitalach uwłaczają ludzkiej godności. Tego wspomnienia wciąż nie da się zatrzeć - mówi w Onecie.

Kiedy wyszła na Mount Everest, śmiano się, że „króliczek Playboya” zdobył najwyższą górę świata.
Dawid Parus Kiedy wyszła na Mount Everest, śmiano się, że „króliczek Playboya” zdobył najwyższą górę świata.

Na studiach wyjechała z kolegami do Karpacza. Tam założyła się z nimi, że pierwsza zjedzie z oblodzonej góry przy zerowej widoczności. Wygrała, ale złamała przy tym odcinek szyjny kręgosłupa. Drugi raz miała podobny wypadek wiele lat później, gdy pojechała kręcić telewizyjny program na Islandię. Ponownie złamała kręgosłup, a jej operator zginął na miejscu.

- Czas po śmierci Rafała był najgorszy w moim życiu. Leżałam na łóżku i chciałam umrzeć. Nie miałam odwagi odebrać sobie życia, ale marzyłam, żeby zasnąć i więcej się nie obudzić. Miałam tak ogromne poczucie winy, że przez 10 lat nie odważyłam się zapytać żony Rafała i jego dzieci, czy mają do mnie żal - wyznaje w „Gali”.

W ostatnich latach dwukrotnie przywiozła z egzotycznych wojaży tropikalne choroby. Niełatwo było je pokonać, ale się udało. Gdy lekarze zabronili jej podróżować, nie poddała się - zastosowała dietę i więcej odpoczywała. Wszystko po to, aby móc jednak wędrować po świecie. Niestety - znowu w tym roku dopadła ją poważna choroba, którą przywiozła prawdopodobnie z Afryki. Czy Martynie uda się znów wrócić do zdrowia?

Kobieta może wszystko

- Jestem przekonana, że gdyby nie operacje, chemioterapia, złamanie kręgosłupa, wyrwanie mnie z poczucia komfortu i dryfowania w bliżej nieokreślonym kierunku, dziś nie byłabym tu, gdzie jestem. Nie mogę powiedzieć, że jestem wdzięczna losowi za te doświadczenia. Po prostu przyjmuję je z pokorą. Wiem, że wzmocniły mój charakter - deklaruje w „Show”.

Jej rodzice są zupełnie inni. Mama nie cierpi podróżować, wyjazd za granicę to dla niej kara, a wczasy najchętniej spędza nad polskim morzem. Tata zaszczepił wprawdzie córce miłość do motoryzacji, ale kiedy się zorientował, jak bardzo fascynuje ją jazda na motocyklu, kupił samochód, aby odciągnąć ją od ryzykownego sportu. Było jednak za późno.

Kiedy rodzice wysłali Martynę na lekcje angielskiego, udawała, że odwiedza nauczycielkę, a w rzeczywistości odkładała pieniądze na zakup pierwszego jednośladu. I tak mając dziesięć lat, jeździła już na niebieskim Romecie 50.

Kiedy jako nastolatka nabrała kobiecych kształtów, ktoś ją zaczepił na ulicy i zaproponował pracę modelki. To zaprowadziło ją z czasem na rozkładówkę „Playboya”, gdzie śmiało odsłoniła swoje wdzięki.

- Byłam oszołomiona sama sobą, a także wrażeniem, jakie to robiło na chłopakach. Nie miałam umiaru w makijażu i tapirowaniu włosów. Jeździłam wtedy na motorze w obcisłych skórzanych spodniach i zdejmowałam skórzaną kurtkę, pod którą miałam mikrobluzeczkę, tak naprawdę niewiele zasłaniającą. Sądziłam, że było to seksowne, a dziś myślę, że po prostu żenujące - śmieje się w „Playboyu”.

Początkowo chciała wstąpić do wojska. Zafascynowana filmami o amerykańskich komandosach poszła z kolegami do Wojskowej Komisji Uzupełnień, ale tam dowiedziała się, że w polskiej armii co najwyżej może być sanitariuszką. Kilka lat później udowodniła, że wojskowi decydenci nie mieli racji.

- Wiele razy wspinałam się w górach z komandosami. U podnóża mijali mnie niczym przeciąg, pokazując mi, jaka jestem słaba. Wyżej to ja mijałam ich, bo oni klęczeli, płakali i wymiotowali z bezradności. Na pewno byli silniejsi fizycznie, nie mieli jednak w głowie tego, co by im mówiło, że nie ma rzeczy niemożliwych. Ja jestem w stanie osiągnąć wszystko - deklaruje w „Gali”.

Aby dać ujście swej pasji do motoryzacji, zaczęła pisać do magazynu „Świat motocykli”. Potem trafiła na plan telewizyjnego „Automaniaka”. TVN chciała ją wcisnąć w rolę gwiazdy reality-show w rodzaju „Big Brothera”, ale ona wykorzystała rosnącą popularność, by zacząć zrealizować kolejną swą pasję - podróżowanie. W ten sposób najpierw pojawiła się „Misja Martyna”, a potem szalenie popularna „Kobieta na krańcu świata”.

- Zawsze marzyłam o tym, żeby być lekarzem, ale na studia medyczne nie poszłam, do dzisiaj nie wiem, dlaczego. Zrobiłam za to kurs pomocy medycznej i leczę ludzi na krańcu świata jako paramedyk. Zszywam rany, wyrywam zęby, podaję leki i mam z tego ogromną satysfakcję. Skupiam się na pracy, której celem jest pomaganie ludziom, przestałam myśleć tylko o sobie, o tym, co ja czuję. Chcę, żeby wszystko, co robię, miało jakiś sens i czemuś służyło. Nie pracuję dla pieniędzy i zaszczytów - wyznaje w „Gali”.

Dzisiaj nazywa siebie „samotną wilczycą”. Ma za sobą kilka związków, ale zawsze zachowywała w nich dużą niezależność.

„Nie licz na wiele. Kocham to, co robię, kocham moją filozofię życia i nie chcę jej zmienić. Jeśli decydujesz się iść dalej, to tylko na własną odpowiedzialność” - od razu zapowiada na pierwszej randce.

Mistrzyni wielkich kłótni

Być może dlatego nie każdy mężczyzna potrafi z nią wytrzymać. Martyna otwarcie przyznaje, że zerwała dwa poważne związki, a faceci, z którymi je tworzyła, mają prawo mieć do niej żal. - Kłóciłam się potwornie, kilka razy wyprowadzałam z domu, choć było to moje mieszkanie. Zabierałam, co popadnie i w ochach, achach i krzykach, rwaniach zdjęć, wychodziłam. Byłam mistrzem tego taniego performance’u. To było straszne i to była moja specjalność - śmieje się w „Gali”.

Pierwszym mężczyzną, który zdobył jej serce na dłużej i omal nie doprowadził do ołtarza, był Jerzy Błaszczyk. Z zawodu informatyk, dzielił z Martyną pasję do ekstremalnych sportów, specjalizując się w nurkowaniu.

- Jest wyjątkowym człowiekiem. Mądrym i spokojnym, ma dystans do świata, czego mi najbardziej brakuje. Ja się egzaltuję i przeżywam, on - tonuje moje zapędy. Bardzo mi imponuje jego wiedza. Każdego dnia potrafi mnie zaskoczyć wiadomościami z dziedziny historii, ekonomii, literatury. Zachował też energię i ciekawość świata małego chłopca i to jest zaraźliwe! - zachwycała się w Onecie.

Niestety - mimo kilku lat udanej znajomości, związek się rozpadł. Parę wiąże jednak córka Marysia. Jej urodzenie nie było takie oczywiste, lekarze powiedzieli, że Martyna nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Tymczasem los chciał inaczej. Podróżniczka przyznaje dziś, że urodzenie i wychowywanie córki to bardziej ekscytujące wyzwanie niż... zdobycie Mount Everestu.

- Marysia uczestniczy w moim życiu, rozmawiamy o tym, co się dzieje na świecie. Nie tworzę dla niej lukrowanej rzeczywistości. Marysia mówi, że za mną tęskni, ale dodaje też, że rozumie moją pracę i uważa, że to, co robię, jest ważne - tłumaczy w „Gali”.

Dzięki córce Martyna ma w życiu trochę normalności. I na pewno wychodzi jej to na dobre. A teraz, kiedy znów choruje, ma jeszcze większą wolę walki o zdrowie.

Autor: Paweł Gzyl

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.