Lubień Kujawski, czyli kanał i trupy w szafie [wideo]

Czytaj dalej
Fot. Adam Wllma
Adriana Boruszewska

Lubień Kujawski, czyli kanał i trupy w szafie [wideo]

Adriana Boruszewska

Czegoś takiego nie widział jeszcze nawet wojewódzki inspektor nadzoru budowlanego. Część kanalizacji w mieście wybudowana została na lewo. A to dopiero czubek góry lodowej

Lubień to jedno z najmniejszych polskich miast. Liczy zaledwie 1400 mieszkańców, za to liczbą afer dogania metropolie. W ubiegłym roku opisywaliśmy niezwykłą koegzystencję miasta z Ewą Braszkiewicz, wójt gminy Włocławek. Wówczas jednym z wątków była sprawa nielegalnego przyłącza kanalizacyjnego. Sprawa Braszkiewicz to jednak kanalizacyjny drobiazg w porównaniu z historycznym ściekiem, w którym może utopić się miasto.

Dom na rurze

Andrzej Lewandowski mieszka w starym domu, rzut beretem od Urzędu Miasta i Gminy: - Mieliśmy częste problemy z kanalizacją, bo linia regularnie się zapychała. Zastanawiałem się nawet czym to jest spowodowane. Gdy matka powiedziała mi, że rury przechodzą przez środek naszego ogrodu, zacząłem szukać papierów. Niczego nie mogłem znaleźć, więc usiłowałem zdobyć jakieś informacje w urzędzie. Tam zetknąłem się z dziwną blokadą informacyjną. Urząd zrobił wszystko, żeby mnie zniechęcić. Dziś wiem dlaczego. Tych papierów po prostu nie ma! Wszystko wybudowali na lewo!

W drodze po nitce do kłębka Lewandowski wystąpił o warunki zabudowy: - Dostałem je na terenie, przez który przebiegała kanalizacja - uśmiecha się.

Chodziłem wtedy do podstawówki

Burmistrz Marek Wiliński, na wieść o tym, że przedmiotem naszej rozmowy ma być inwestycja z 1997 roku błyskawicznie traci dobry humor.

Krzysztof Wiliński, burmistrz Lubienia woli nie myśleć jak były przeprowadzane inne inwestycje w gminie

- Owszem, zastałem takie trupy w szafie i nie jest to nasz jedyny problem - przyz naje. - Kanalizacja została pobudowana prawie 20 lat temu. Sprawę znam tylko z przekazów, bo w tamtym czasie chodziłem jeszcze do podstawówki. Musiałem do tej kwestii wrócić, gdy wpłynęło zgłoszenie od jednego z mieszkańców.

Urzędnicy z Lubienia najpierw otrzymali misję przetrząśnięcia wszystkich szaf, a później udali się na pielgrzymkę po archiwach. - Szukaliśmy wszędzie, ale niewiele udało się znaleźć - rozkłada ręce Marek Wiliński. - Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że niektórych dokumentów w ogóle nie było.

W tym najważniejszego - pozwolenia na budowę. A to perspektywa, która ścina z nóg wszystkich, którzy mają pojęcie o procesie inwestycyjnym. Bo brak pozwolenia na budowę to nic innego jak zwykła samowolka. Z wszelkimi konsekwencjami. Jak to możliwe, że 19 lat temu gmina zleciła budowę bez pozwolenia, firma bez pozwolenia uruchomiła koparki, a później zainkasowała pieniądze? Jak to możliwe, że ówczesna rada zaakceptowała takie bezprawie?

Henryk Komorowski, kierownik zakładu usług komunalnych nie potrafi odczytać w papierach, kto wygrał przetarg:- Z dokumentów to nie wynika. Z opowieści mieszkańców wiem, że była to firma spoza Lubienia. Właściciel już nie żyje, inspektor nadzoru również.

Były radny Mirosław Gawłowski w 1997 roku był w opozycji: - To był czas, w którym rządziła pani komisarz, ale w praktyce rządy sprawowała ekipa kilku radnych. Oni o wszystkim decydowali.

Według Gawłowskiego do pociągających za sznurki należał wówczas m.in. obecny radny, Lech Kraszewski, w przeszłości kierownik zakładu usług komunalnych: - To było jeszcze przed moim urzędowaniem w ZUK. W tamtych czasach nikt o zezwolenia nie pytał. Wie pan, pierwsze lata demokracji. Przychodzili robotnicy i robili. Z tego, co pamiętam, firma, która kładła rury, dość szybko padła. Po pół roku już ich nie było.

Buldożer na działki

Sprawa z wniosku Lewandowskiego toczyła się długo. Kilka dni temu powiatowy inspektor nadzoru nakazał jednak rozbiórkę sieci kanalizacyjnej na 22 działkach

- Jest to dla mnie rzecz mało przyjemna, bo potrzebujemy nie tylko pieniędzy na rozbiórkę, ale i na budowę alternatywnego rozwiązania sanitarnego - ubolewa burmistrz, który sądzi, że uda mu się jednak uchronić przed katastrofą finansową. Bo budżet gminy to 30 milionów złotych, a na inwestycje przeznaczonych jest zwykle około 2-3 mln złotych. - W uzgodnieniu z nadzorem budowlanym, w przypadku nieruchomości, których właściciele nie zgłaszają pretensji, zebraliśmy zgody na pozostawienie linii. Na tych działkach kanalizacja mogłaby pozostać. Na pewno będziemy odwoływać się od decyzji nadzoru do granic możliwości. To da nam trochę czasu. Najprościej byłoby rozebrać i położyć od nowa, ale skąd wziąć na to pieniądze?



Na razie udało się zebrać zgody od 12 właścicieli.

Fałszowali podpisy

Problem w tym, że na horyzoncie jawi się burmistrzowi jeszcze większa katastrofa. Okazuje się, że nielegalnie funkcjonuje również nowa, 13-kilometrowa linia kanalizacyjna w sąsiednich Kaliskach.

Jako pierwsza interweniowała w tej sprawie Małgorzata Paczkowska:- To była dziwna sprawa. Wcześniej chodziły słuchy, że będą robić kanalizację, ale żadnych konkretów nie było. Pewnego dnia, na swoim polu zobaczyłam koparki. Kanalizację wkopano w sam środek trzech z czterech działek, co uniemożliwiało budowę domu. Nikt nie przyszedł do nas z informacją o planowanej budowie, nie wydawaliśmy żadnej zgody! Nie rozumiem, jak można tak zrobić.

Paczkowska próbowała kontaktować się z burmistrzem, ale bezskutecznie. Złożyła też pismo o zaniechanie prac. Reakcji nie było: - Całkowicie mnie zignorowano. Przerażająca była ta urzędnicza buta. Usłyszałam, że przecież jest nasza zgoda na budowę, ale nikt nie chciał mi jej pokazać! Skierowałam pismo do nadzoru budowlanego we Włocławku, ale tam usłyszałam, że wszystko toczy się zgodnie z przepisami, bo jest zapewnienie od burmistrza, że posiada wszystkie zgody. Pozostało mi powiadomić o sprawie prokuraturę. Dziś wiem, że sfałszowano nie tylko mój podpis, ale również mojego nieżyjącego wówczas od dwóch lat ojca. Proszę sobie wyobrazić, że gdy budowano drugą nitkę kanalizacji, która miała objąć inną nasza działkę, próbowano podsunąć nam do podpisu zgodę również na wcześniejszą inwestycję!

We włocławskiej prokuraturze sprawą zajmuje się prok. Dorota Krzysztoforska: - Sprawa jest na końcowym etapie. Analizowany jest materiał dowodowy. Zarzuty raczej nikomu nie zostaną przedstawione, bo choć nie ma wątpliwości, że część podpisów została sfałszowana, nie udało się ustalić, kto tego dokonał. Podpisy mieszkańców zbierało kilka osób, wiele osób miało też dostęp do tych dokumentów. W kilku przypadkach autentyczność podpisów podważył biegły, w przypadku części innych biegły uznał, że dostarczony mu materiał nie nadaje się do badań porównawczych.

Legalizacja, ale...

Tak czy owak do przestępstwa doszło. Jakie wyjście ma gmina? - Ponieważ nie jest to obiekt budowlany, a urządzenia budowlane, nie ma opłat legalizacyjnych - mówi zastępca wojewódzkiego inspektora nadzoru budowlanego, Adam Koliński. - Oczywiście pod warunkiem, że gmina zbierze wszelkie dokumenty, które pozwolą zalegalizować taką budowę.

A to może nie być proste zarówno w Lubieniu, jak i w Kaliskach. W Lubieniu kilka osób odmówiło podpisania zgód, podobnie w Kaliskach. A więc gmina albo będzie musiała przygotować solidne odszkodowania, albo przygotować się do rozbiórki. Albo i jedno, i drugie. Urzędnicza buta kosztuje . Szkoda, że zapłacą za to wszyscy.

PS. Z byłymi burmistrzami Lubienia nie udało nam się skontaktować.

Adriana Boruszewska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.