Lekarze odchodzą ze szpitala zakaźnego. "Na adrenalinie, wierze w Boga i Hipokratesa długo w czasie pandemii koronawirusa nie pociągniemy"

Czytaj dalej
Fot. Waldemar Wylegalski
Bogna Kisiel, Marta Danielewicz

Lekarze odchodzą ze szpitala zakaźnego. "Na adrenalinie, wierze w Boga i Hipokratesa długo w czasie pandemii koronawirusa nie pociągniemy"

Bogna Kisiel, Marta Danielewicz

Jedyny szpital w Wielkopolsce, przeznaczony od marca do walki z pandemią koronawiursa ma spore problemy. Z Wielospecjalistycznego Szpitala Miejskiego im. J. Strusia przy ul. Szwajcarskiej w Poznaniu odchodzą kolejni lekarze. Zakażonych i chorych na COVID-19 przybywa, a zaczyna brakować medyków. Ci, którzy zostali, mówią, że większość z nich zajmuje się podawaniem tabletek, bo na leczeniu chorób zakaźnych zabiegowiec się nie zna.

- Nie jestem w najlepszej formie, bo nie mogę robić tego czego się nauczyłem, co potrafię robić najlepiej - mówi jeden z nich. Wszyscy zgodnie podkreślają, że nie chodzi tutaj o ich komfort psychiczny, ale o pacjentów, wymagających leczenia wielospecjalistycznego, do którego dostęp został bardzo ograniczony.

- Ich nie zabija Covid, ale inne choroby

- mówią.

Szpital zakaźny na Szwajcarskiej. Początek pandemii bardzo trudny

W marcu 2020 r., gdy w Polsce rozpoczęła się pandemia koronawirusa, największy szpital w Wielkopolsce - Wielospecjalistyczny Szpital Miejski im. Józefa Strusia przy ul. Szwajcarskiej w Poznaniu - został przemianowany na jednoimienny szpital zakaźny, dedykowany do leczenia chorych na COVID-19.

Czytaj: Epidemiolog o koronawirusie: Przełomowym punktem epidemii w Polsce będzie niewydolność szpitali. Zbliżanie się do niego zacznie przerażać

Od samego początku lekarze zgłaszali szereg problemów. Oprócz leczenia, zajmowali się też testowaniem pacjentów pod kątem zakażenia koronawiursa. Sami musieli się przeszkolić, bowiem większość obsady nie stanowili wirusolodzy i epidemiolodzy. Skarżyli się, że lekarze rodzinni pozamykali swoje gabinety i nie chcą leczyć ludzi, zamiast tego wszystkich chorych, którzy mają podwyższoną temperaturę, kichają, kaszlą, mają problemy z oddychaniem odsyłają do placówki przy Szwajcarskiej.

Były dni, że w szpitalu brakowało miejsca, bo na SOR zgłaszali się wszyscy, którzy chcieli mieć wykonany test na koronawirusa.

Od początku pandemii do szpitala Strusia zgłosiło się 10 tys. osób, ok. 3,2 tys. zostało przyjętych i - niestety - do 8 października zmarło tutaj 203 pacjentów.

Gdzie jest największe zagrożenie zakażenia się koronawirusem?

- Początki nie były łatwe, ale wtedy mniej osób było hospitalizowanych

- przypomina jeden z pracowników placówki przy Szwajcarskiej w Poznaniu.

I dodaje, że także inna była atmosfera wokół szpitala (choćby wsparcie, z którym wszyscy spieszyli). Im było trudniej, przybywało pacjentów, tym ciszej robiło się na Szwajcarskiej. Niewielu interesowało z czym przychodzi się mierzyć medykom.

Po miesiącach pandemii sytuacja w szpitalu zamiast się poprawiać, uległa znacznemu pogorszeniu. Zmieniło się to, że dziś placówka nie wykonuje już testów na koronawirusa. Mają tam trafiać osoby z pozytywnym wynikiem testu na SARS lub podejrzane o zakażenie, których stan zdrowia wymaga hospitalizacji. Teoretycznie, od września, zdaniem Narodowego Funduszu Zdrowia, szpital mógłby przyjmować też normalnych pacjentów, bowiem znajduje się na tzw. trzecim poziomie walki z pandemią. Jednak w rzeczywistości tak się nie dzieje, bo wymaga się od placówki przygotowania coraz większej liczby łóżek zakaźnych. Po miesiącach leczenia jedynie pod kątem koronawirusa personel medyczny ma dość, odchodzi, zmienia miejsce pracy.

Lekarze ze szpitala ze Szwajcarskiej rzucają papierami

Najgorzej sytuacja wygląda na dotychczasowym Szpitalnym Oddziału Ratunkowym. Dziś SOR nie pełni już swojej funkcji, a jego szef - lekarz Jacek Górny złożył rezygnację.

- Nie jestem już kierownikiem SOR - przyznaje w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim”. Nie chce jednak na łamach prasy komentować aktualnej sytuacji na Szwajcarskiej.

Polecamy: Koronawirus zabija osoby młode i te, które nigdy nie chorowały. Wirus nie oszczędza nikogo. COVID obciąża wszystkie narządy

W marcu 2020 r., gdy w Polsce rozpoczęła się pandemia koronawirusa, największy szpital w Wielkopolsce - Wielospecjalistyczny Szpital Miejski im. Józefa
Grzegorz Dembiński Jacek Górny, były szef SOR w szpitalu zakaźnym na Szwajcarskiej.

- Oddział ratunkowy właściwie przestał pełnić swoją macierzystą funkcję, a stał się takim samym oddziałem jak pozostałe w szpitalu. Jako szef nie chciałem za to odpowiadać - mówi. I dodaje: - Wciąż jednak leczę.

Jak udało nam się ustalić, przyczyną rezygnacji był brak kadry. W ostatnim czasie pięciu lekarzy z 16-osobowego zespołu złożyło wypowiedzenie. Dalsi także deklarują odejście.

- Wraz z odejściem kadry, zaczęły się problemy z ułożeniem grafiku. Brakowało osób do pracy, a chętnych po prostu nie ma. Polecenia były nam przydzielanie arbitralnie, z góry

- przyznaje jeden z medyków, który woli zachować anonimowość.

Lekarze medycyny ratunkowej nie są jedynymi, którzy zdecydowali się odejść ze szpitala przy Szwajcarskiej.

Zespół wskazuje, że brakuje przede wszystkim lekarzy rezydentów, którzy rozpoczęli pracę w innych placówkach medycznych i nie zamierzają wrócić.

- Z samej anestezjologii odeszło kilkunastu rezydentów, którzy zmienili szpitale - opowiada nam Krzysztof, lekarz, znający dobrze sytuacją na Szwajcarskiej. Sam nie pracuje w tym szpitalu. - Słyszymy o tym w środowisku lekarskim, że na Strusia mocno się wyszczuplają siły.

Czytaj: Koronawirus a smog. To może być zabójcze połączenie! Pulmonolog wyjaśnia, czy smog ma wpływ na zakażenie koronawirusem

Jego zdaniem, to musi przełożyć się na jakość opieki nad pacjentami.

- Będą odchodzić następni - przewiduje jeden z medyków ze szpitala Strusia. On podobnie, jak pozostali, o kulisach swojej pracy godzi się rozmawiać wyłącznie anonimowo. - Rezydenci są zmuszani różnymi sposobami do wykonywania czynności, do których nie są przygotowani. Oni przyszli do tego szpitala w określonym celu, zdobycia określonej specjalizacji. Tymczasem są wykorzystywani do pracy, która nie ma z nią nic wspólnego.

Lekarze ze Szwajcarskiej zamiast leczyć, zajmują się covidologią

Z oficjalnych informacji dyrekcji szpitala im. Strusia wynika, że w czasie pandemii ze Szwajcarskiej odeszło 10 lekarzy. Jędrzej Solarski, zastępca prezydenta Poznania zdaje się ten fakt wiązać ze spadkiem dochodów medyków.

- Personel szpitali jednoimiennych nie mógł podejmować innych zajęć, a dodatek z tego tytułu był dużo niższy niż utracone dochody - tłumaczy Solarski. - Teraz mogą podejmować pracę w innych placówkach niż tylko szpital. Mam nadzieję, że ci co odeszli, wrócą.

Lekarze mówią, że nie o pieniądze tu chodzi, chociaż wskazują na bardzo zróżnicowane wynagrodzenia, podczas gdy de facto wszyscy robią to samo.

- Nasza wiedza nie jest wykorzystywana, od początku pandemii wykonaliśmy może ze 30 zabiegów. Zajmujemy się covidologią

- twierdzi jeden z lekarzy. - Personel jest wyczerpany, nie ma perspektyw. To co może nas czekać to lazaret, dps covidowy.

Inny z kolei pyta: - Czy tak trudno zrozumieć, że wydanie nakazu leczenia chorych z zapaleniem płuc na oddziałach neurochirurgii, urologii, chirurgii, chirurgii urazowej, ortopedii, okulistyki nie skutkuje nabyciem przez personel odpowiedniej wiedzy?

Zarządzenia zmieniają się, jak w kalejdoskopie

Problemem jest organizacja opieki zdrowotnej w czasie pandemii - tak na szczeblu krajowym, jak i wewnątrz szpitala Strusia.

- Rząd wprowadzając co chwilę nowe rozporządzenia, zmieniając co kilka dni regulaminy pracy różnych oddziałów doprowadził do wywołania totalnego chaosu

- zwraca uwagę dr Krzysztof.

- Pyta Pani o spójne procedury postępowania? Nie potrafię wymienić żadnej takiej procedury, ponieważ ich po prostu nie ma - mówi nam jeden z lekarzy.

Dla odmiany wojewoda wielkopolski rządzi - jak mówią na Szwajcarskiej - dekretami. Wydaje decyzję za decyzją, wszystkie podlegają natychmiastowemu wykonaniu. Przykład?

3 września wydał polecenie, że od 14 września poznański szpital przy ul. Szwajcarskiej przestaje być placówką jednoprofilową oraz kolejne, że od 15 września ma leczyć pacjentów z SARS dodatnim oraz wydzielić dla nich 10 proc. spośród ogółu łóżek i minimum 40 z dostępem do respiratora.

14 września polecił zapewnienie 225 łóżek dla pacjentów z podejrzeniem lub potwierdzonym zakażeniem SARS-Cov-2, w tym 15 łóżek do intensywnej terapii. 17 września te liczby zostały zwiększone odpowiednio do 285 łóżek, w tym 20 do intensywnej terapii. Potem nadeszła kolejna decyzja 23 września, 28 września. Ta ostatnia wymagała zapewnienia 365 łóżek, w tym 40 do intensywnej terapii.

- Wojewoda dosłownie z dnia na dzień zwiększa liczbę łóżek zakaźnych oraz respiratorów, które są umieszczane na innych oddziałach - mówi lekarz. - Według przepisów NFZ respiratoroterapia może być prowadzona w ramach oddziału intensywnej terapii lub okresowo na SOR-ach.

Zdaniem lekarzy, wydzielenie takiego miejsca na innym oddziale wymaga zapewnienia na stałe anestezjologia i pielęgniarki. Szpital ominął ten problem, wprowadzając termin „łóżka respiratorowe”.

Czy szpital ma wystarczającą liczbę anestezjologów i pielęgniarek anestezjologicznych, aby zapewnić obsługę łóżek respiratorowych? Ile jest lekarzy tej specjalności?

- Aktualnie szpital ma zakontraktowanych 406 łóżek i dysponuje 40 stanowiskami z respiratorem. Pacjenci poddawanymi respiratoroterapii leczeni są przez lekarzy anestezjologów i opiekują się nimi pielęgniarki anestezjologiczne

- odpowiada dyrekcja szpitala Strusia.

Równie mało precyzyjnie kierujący placówką wyjaśniają kwestię, czy chory kardiologiczny z COVID trafia na kardiologię, czy też jest kierowany na odział, na którym akurat jest wolne łóżko?

- Pacjenci wymagający leczenia również z powodów innych niż COVID, są kierowani na oddziały, na których otrzymują leczenie specjalistyczne z właściwej dziedziny - twierdzi dyrekcja.

Jednak w praktyce bywa różnie. Pacjenci często przydzielani są na poszczególne oddziały „na chybił trafił”. Czasami zdarzy się jeden, dwóch pacjentów, którzy trafiają na oddział właściwy dla ich chorób współistniejących.

Jeden z lekarzy twierdzi, że na jego oddziale nie ma „specjalistycznych” pacjentów. Zatem zasadne jest pytanie, czy okulista pomoże np. choremu onkologicznemu z COVID? A jeśli nie zdoła mu pomóc, to kto poniesie odpowiedzialność?

- Na adrenalinie, wierze w Boga i Hipokratesa to długo nie pociągniemy

- uważa lekarz ze szpitala Strusia.

Zakaźników w szpitalu zakaźnym na Szwajcarskiej brakuje

Lekarze skarżą się na brak specjalistów, ale też fakt, że wykonują dziś pracę, na której się zwyczajnie nie znają, bo nigdy się w zakresie wirusologii nie edukowali.

- Zakaźników w Polsce nie ma. Przez lata choroby zakaźne były kojarzone z wirusem HCV czyli chorobą pijaków, albo wirusem HIV czyli z narkomanami. Uważano, że nie ma się co tymi ludźmi zajmować, bo to patologia. Dziś brakuje specjalistów w tym zakresie, a ci najlepsi pracują w prywatnych placówkach lub wyjechali. Nawet w obecnej sytuacji rząd nie podjął działań, by edukować dodatkowych zakaźników, by zachęcić młodych do podjęcia tej specjalizacji. Nie są edukowani także lekarze-rezydenci dla których można przecież było stworzyć ścieżkę szybkiej kariery

- mówi dr Krzysztof.

Środowisko lekarskie nie jest zdziwione, że lekarze ze Szwajcarskiej rezygnują z pracy, są zwyczajnie zdesperowani wykonywaną dziś pracą. Tymczasem to właśnie lekarze ze Szwajcarskiej, którzy nie są zakaźnikami, mają decydować o wypisywaniu pacjentów, mających wynik dodatni testów.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia, mogą to zrobić, gdy pacjent przez trzy dni nie będzie miał gorączki, nie ma objawów infekcji układu oddechowego, ale nie wcześniej niż po 13 dniach od momentu wystąpienia objawów, gdy chodzi o pacjenta z objawami klinicznymi.

- Zasadniczo musiałbym mieć pewność, od kiedy pacjent choruje co nie zawsze udaje się ustalić - twierdzi lekarz. - Ale to ja ponoszę odpowiedzialność za tę decyzję, choć nie jestem zakaźnikiem.

Z kolei prezydent Solarski wskazuje, że chociaż chirurdzy, okuliści czy kardiolodzy nie są zakaźnikami, to jednak są lepiej przygotowani niż zwykli śmiertelnicy, na studiach zdobyli wiedzę z różnych dziedzin medycyny.

Łukasz Mikołajczyk, wojewoda wielkopolski przypomina, że na początku pandemii personel szpitala Strusia brał udział w szkoleniach z udziałem konsultantów wojewódzkich do spraw epidemiologii czy chorób zakaźnych. Wskazuje też, że placówka miała oddział zakaźny i wykwalifikowaną kadrę zakaźników.

W marcu 2020 r., gdy w Polsce rozpoczęła się pandemia koronawirusa, największy szpital w Wielkopolsce - Wielospecjalistyczny Szpital Miejski im. Józefa
Waldemar Wylegalski Łukasz Mikołajczyk, wojewoda wielkopolski.

- Sam proces leczenia koronawirusa nadal jest dopracowywany, a choroba ma charakter interdyscyplinarny, co oznacza, że specjaliści cały czas modyfikują algorytm postępowania wobec chorych

- dodaje Mikołajczyk. I zapewnia: - Jeśli będzie konieczność przeprowadzenia kolejnych szkoleń przez konsultantów wojewódzkich, one się odbędą.

Kolejnym problemem są próby przekazywania przez inne placówki pacjentów z dodatnim wynikiem testów, którzy nie wymagają hospitalizacji ze względu na COVID.

W ostatnim czasie do szpitala trafiają coraz młodsi pacjenci, ale nadal sporą grupę stanowią pensjonariusze domów pomocy społecznej.

- Mamy podopiecznego DPS-u, który nie ma COVID, ani ciężkiej choroby specjalistycznej. Nie powinien tutaj leżeć - mówi medyk. A jego kolega wyjaśnia: - Pacjent zainfekowany wirusem SARS-CoV-2 nie musi zachorować na chorobę COVID-19. Porównać to można do nosiciela HIV, który nie zawsze choruje na AIDS.

Na innym oddziale przebywa pensjonariusz po trzech udarach, który nie powinien trafić na Szwajcarską tylko dlatego, że ma SARS dodatni. Wszyscy oni powinni znaleźć się nie w szpitalu, ale na przykład w wydzielonych częściach budynków DPS-ów czy Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych.

- Powiedzmy sobie szczerze, to już nie są osoby którym będzie się robiło przeszczep płuc, podłączało do respiratora, podawano remdesivir. To osoby mające po 90, 80-parę lat, którym należy zapewnić po prostu komfortowe warunki pobytu. Nikt, kto wybiera specjalizację z medycyny ratunkowej, nie chciałby być sprowadzony do bycia człowiekiem od pobierania wymazów i diagnozowania gorączek, tak jak się to stało na Szwajcarskiej

- mówi Patryk Konieczka, kierownik SOR w szpitalu HCP, wiceprezes Porozumienia Lekarzy Medycyny Ratunkowej.

Lekarze ze Szwajcarskiej opowiadają: Pacjentki ze złamanym kręgosłupem nikt nie chciał

W szpitalu Strusia była jedna z większych klinik urologii w Poznaniu, kardiochirurgii, neurochirurgii - dziś te oddziały nie pracują. Co prawda placówka straciła status szpitala jednoimiennego, ale nadal może przyjmować jedynie osoby zakażone lub podejrzane o zakażenie. Ci bez koronawirusa muszą szukać pomocy gdzie indziej.

- Sytuacja jest fatalna - twierdzi jeden z lekarzy. - Pacjenci mojej specjalizacji nie mają dostępu do świadczeń medycznych, ponieważ kolejka do specjalistów w mojej dziedzinie wydłużyła się. W przypadku na przykład osób z chorobami onkologicznymi każdy dzień zwłoki daje gorsze rokowania.

Inni mówią, że znane są im sytuacje, gdy osoby, które nie otrzymały fachowej opieki, umarły. Ich rodziny sprawę oddały do prokuratury.

Łukasz Mikołajczyk, wojewoda wielkopolski twierdzi, że NFZ zabezpieczył realizację świadczeń dotąd wykonywanych w szpitalu im. J. Strusia w innych podmiotach, tak, aby ten dostęp został zachowany.

- Dla pacjentów ze schorzeniami psychiatrycznymi oraz dla kobiet w ciąży, posiadających dodatni wynik lub podejrzenie w kierunku zakażenia, zabezpieczone zostały oddziały w dwóch szpitalach na terenie Poznania

- mówi wojewoda Mikołąjczyk.

- To rozwiązanie gwarantowało zabezpieczenie pacjentów także ze schorzeniami współistniejącymi, których nie dałoby się leczyć w szpitalu mającym tylko podstawowe oddziały.

Lekarze ze Szwajcarskiej podważają twierdzenia, że ich potencjalnymi pacjentami są w stanie zająć się inne placówki. Mówią, że czas oczekiwania na pilne zabiegi neurochirurgiczne wydłużył się pięciokrotnie.

- Jak wytłumaczyć choremu z porażoną stopą, że będzie operowany po półtora miesiąca z minimalną szansą na powrót do normalności? - pyta na Facebooku, Tomasz Blok. I dodaje: - Od marca zoperowanie złamanego kręgosłupa w trybie ostrodyżurowym jest prawie niemożliwe, bowiem do roli szpitala zakaźnego wybrano jedyne w tej części kraju Centrum Urazowe, likwidując możliwość leczenia wielospecjalistycznego.

Przykład z końca września. Pacjentka ze złamanym kręgosłupem i objawami neurologicznymi była wożona od lecznicy do lecznicy, bo odmawiano jej przyjęcia. Powinna być operowana w trybie nagłym. W końcu szpital w Kaliszu zgodził się ją przyjąć.

Zabrali szpital do walki z COVID. Dziś brakuje placówki dla 400 tysięcy pacjentów

Dedykowanie szpitala Strusia jedynie „covidowcom” spowodowało oblężenie innych placówek. Pacjenci, którzy wcześniej leczyli się na Szwajcarskiej, trafiają między innymi do szpitala HCP w Poznaniu.

- Szpital Miejski przy Szwajcarskiej do tej pory był dedykowany populacji około 400 tysięcy pacjentów ze wschodu Poznania, aglomeracji i sąsiednich gmin jak Swarzędz, Kostrzyn, Kórnik

- przypomina Patryk Konieczka. - Dziś prawie wszyscy ci pacjenci, którzy leczyli się tam na oddziałach urologii, kardiochirurgii, neurochirurgii, internistycznych, muszą szukać pomocy najbliżej, czyli przeważnie u nas, a w mniejszym stopniu na Lutyckiej i w Puszczykowie.

Szef SOR-u w szpitalu HCP podkreśla, że w Wielkopolsce obecnie nie ma żadnego centrum dedykowanego urazom wielonarządowym, nie ma oddziału leczenia oparzeń, brakuje miejsc dla pacjentów neurochirurgicznych czy dla zwyczajnego zapalenia wyrostka robaczkowego. Dlaczego?

- Bo w momencie, gdy największy szpital w Wielkopolsce z bardzo szeroką specjalistyką przestał przyjmować pacjentów bez koronawirusa, oni trafili do nas. A my do tej pory mogliśmy i byliśmy przygotowani na przyjęcie pacjentów z obszaru zamieszkiwanego przez 150 tysięcy osób - tłumaczy Patryk Konieczka. - W czasie każdego dyżuru szpital jest pełny po korek. Nie ma nawet miejsca na korytarzach, by położyć pacjenta na którymkolwiek oddziale. Były dni, gdzie w ciągu doby przez nasz oddział SOR przewinęło się 149 pacjentów, gdzie normalnie było ich 70-80.

Dziś to szpital HCP w Poznaniu testuje pacjentów zgłaszających się na SOR z infekcją dróg oddechowych - tych, których objawy mogą wskazywać na zakażenie koronawirusem, przebywających w kwarantannie, albo nawet tych, mających ewidentne objawy infekcji koronawirusowej.

- Nie jesteśmy w stanie takich osób nawet izolować. Na wyniki testu trzeba czekać długie godziny, a my w tym czasie przyjmujemy też osoby z urazami, udarami, zawałami, czy bólami brzucha

- opowiada Patryk Konieczka.

Polecamy: Koronawirus w Poznaniu i powiecie poznańskim. Padł kolejny rekord zakażeń, jednak niewiele jest ognisk. Wirus za bardzo się rozproszył

Karetki czekają na podjeździe przed szpitalem HCP

Szpitalny Oddział Ratunkowy w szpitalu HCP posiada 11 łóżek. Te trzeba było podzielić między pacjentów, którzy mogą być zakażeni i tych, którzy objawów koronawirusa nie mają.

- Dochodzimy do sytuacji, że co dyżur zajęte są wszystkie łóżka izolacyjne, wszystkie nieizolacyjne, mamy zero miejsc wolnych w poczekalni, karetki czekają na podjeździe, bo nie mamy miejsca, aby przyjmować nowych chorych. Dyspozytorzy się wściekają. Zarzucają nam, że się nie przygotowaliśmy. Ale to nie tak, że szpital czeka pusty, a SOR jest niewydolny

- zaznacza Konieczka.

- Jesteśmy zatkani nie z naszej winy, a mimo to nie ustajemy w staraniach. Teraz próbujemy wydzielić korytarz, jako dodatkową strefę izolacyjną. Zatrudniliśmy dodatkowy personel, by udało się przerobić trzy razy więcej pacjentów niż dotychczas.

Pracownicy szpitala HCP mówią, że zamiast zajmować się pacjentami, „wiszą” na telefonie szukając dla nich miejsc po całym województwie, bo nie są w stanie przyjąć takiej ilości chorych. Szef SOR wspomina, że niedawno lekarze wraz z ratownikami musieli szukać miejsca dla chorego z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Znaleźli je w szpitalu położonym 100 km od Poznania.

Sytuację na SOR-ach wojewoda Mikołajczyk tłumaczy tym, że znaczna część osób, które na nie trafiają, powinna być przyjęta przez lekarzy rodzinnych, ponieważ nie są to przypadki nagłe i zagrażające życiu.

- Niektóre trudności wynikają z zakażeń personelu bądź pacjentów lub z wyłączeń całych oddziałów - mówi Mikołajczyk, zapewniając, że sytuacja na poszczególnych oddziałach jest na bieżąco monitorowana. - We współpracy z NFZ podejmujemy działania, które mają jak najszybciej przywracać funkcjonowanie takich jednostek. Pracujemy również nad nowymi standardami w zakresie przyjmowania pacjentów przez wszystkie szpitale, nie tylko te z SOR-em.

Szpitale jednoimienne to kiepski pomysł

- Przed COVID-em szpital przy Szwajcarskiej był w stanie pomieścić do 500 łóżek - mówi Jędrzej Solarski, zastępca prezydenta Poznania. - Obecnie może ich być maksymalnie do 406, ponieważ utrzymanie wyznaczonych stref brudnych, czystych wymaga odpowiedniej powierzchni. Nie możemy kłaść pacjentów na korytarzach, tam nie ma na przykład możliwości podłączenia ich do tlenu. Poza tym takie przepełnienie powoduje wzrost możliwości zarażenia personelu. W tej chwili 17 pracowników szpitala Strusia przebywa na kwarantannie.

Tymczasem w minioną środę Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania zaskoczył deklaracją w tej sprawie.

- Mamy możliwość, by ewentualnie zwiększyć liczbę łóżek do przynajmniej 500

- powiedział Jaśkowiak.

Co na to lekarze ze Szwajcarskiej?

- Nie chcemy większej ilości łóżek w szpitalu, bo ogarnięcie tych które mamy sprawia, że personel na wielu oddziałach ma zaawansowany zespół wypalenia. Domagamy się zmiany organizacji opieki zdrowotnej. Istnienie centrów zakaźnych nie ma racji bytu i nie sprawdza się. Zakażonymi pacjentami winny zajmować się wszystkie lecznice bez wyjątku wydzielając odpowiednie struktury w obrębie własnych placówek, tylko tak można zapewnić odpowiednią ilość miejsc oraz właściwą opiekę dla chorych z rejonu. Czy rozsądnym jest transportowanie do Poznania pacjentów z Łodzi, Gdańska zamiast leczyć ich na miejscu? - pyta retorycznie na FB jeden z lekarzy.

- Obecnie nie ma możliwości, aby szpital Strusia podzielić na pół tak, aby część placówki zajmowała się leczeniem osób niezarażonych. Rozmawiałem o tym z dyrektorem Bartłomiejem Gruszką

- mówi Solarski.

- Może udałoby się wydzielić jakiś mały oddział, ale na tę chwilę nie jest to brane pod rozwagę.

W marcu 2020 r., gdy w Polsce rozpoczęła się pandemia koronawirusa, największy szpital w Wielkopolsce - Wielospecjalistyczny Szpital Miejski im. Józefa
Łukasz Gdak Jędrzej Solarski, zastępca prezydenta Poznania.

Zdaniem Solarskiego, zastępcy prezydenta Poznania zastosowanie u nas modelu szwedzkiego nie było możliwe.

- Oni mogli sobie na to pozwolić, mają najlepszą służbę zdrowia na świecie. My zdecydowaliśmy się na lockdown, podobnie jak inne kraje, aby móc przygotować służbę zdrowia na nadejście pandemii - uważa Solarski. - Utworzenie szpitali jednoimiennych było dobrą decyzją. Jednak wiązała się ona z tym, że Wielospecjalistyczny Szpital Miejski Strusia przestał świadczyć usługi w zakresie podstawowym, ale nie było lepszego rozwiązania.

Więcej: Poznań i powiat poznański żółtej strefie. Cała Polska jest w żółtej strefie. Liczba zakażonych przekracza dziennie 4 tys. osób

Łukasz Mikołajczyk, wojewoda wielkopolski uważa, że szpital miejski dobrze spełnia swoją rolę. - Działania podejmowane przez dyrekcję szpitala i cały personel medyczny pozwoliły na wypracowanie sprawnego systemu opieki nad chorymi - zaznacza wojewoda. - Na uwagę zasługuje dobra organizacja szpitala i przygotowana infrastruktura, co umożliwiło zapewnienie pacjentom z COVID-19 znacznej liczby miejsc.

Środowisko lekarskie negatywnie ocenia pomysł Ministerstwa Zdrowia, by do walki z COVID-19 dedykować tylko wyznaczone placówki. Medycy twierdzą, że rząd zmarnował okres wakacyjny, kiedy można było przygotować służbę zdrowia do jesiennego ataku pandemii, np. zbudować obok oddziału zakaźnego przy Szwajcarskiej kolejny, a w głównym budynku szpitala wrócić do świadczenia wcześniejszych usług medycznych.

Wskazują również, że z podobnymi problemami, jak na Szwajcarskiej, zmagają się inne szpitale w Polsce, dedykowane chorym z Covidem.

- Nikt nie zadał sobie pytania co z pacjentami, którzy nie mają koronawirusa, a chorują. Potrzebują internisty, ortopedy, chirurga, neurologa, kardiologa. W czasie lockdownu faktycznie placówki nie były przepełnione, liczba pacjentów dramatycznie spadła. Dziś skutkuje to tym, że wiele chorób atakuje ze wzmożoną siłą, bo wcześniej zostało przez pacjentów zaniedbanych

- mówi Patryk Konieczka.

Pomysły na odblokowanie szpitala przy Szwajcarskiej

W przedostatniej strategii ministra zdrowia zaproponowano trzy szczeble opieki nad pacjentami koronawirusowymi. Zgodnie z nią szpital Strusia przestał być być jednoimiennym, ale znalazł się na trzecim szczeblu i może przyjmować wyłącznie zakażonych lub podejrzanych o zakażenie koronawirusem.

W Poznaniu jednak nie wyznaczono żadnego szpitala, który pełniłby rolę drugiego stopnia i przyjmował osoby niewymagające intensywnego leczenia.

- Na forum dyrektorów poznańskich szpitali przedstawiłem rozwiązania alternatywne, które opracowaliśmy razem z epidemiologiem doktorem Tomaszem Ozorowskim. Zaproponowaliśmy, by szpitale drugiego stopnia powstały w Wolicy, która ma już doświadczenie, Ludwikowie i Chodzieży - placówkach specjalizujących się w leczeniu pulmonologicznym i torakochirurgii, znających się na izolacji osób z gruźlicą. Tam mogłyby powstawać kontenery, szpitale polowe, gdzie osoby z objawami, wymagające hospitalizacji, ale niekoniecznie leczenia wysoko specjalistycznego mogłyby być leczone - uważa Konieczka.

- Takie miejsca wydzielone powstawały już w Madrycie, Dubaju czy innych krajach dotkniętych mocno pandemią. Wtedy Szwajcarska, by się odblokowała i zaczęła leczyć zwykłych pacjentów, pozostając w gotowości do leczenia przypadków najcięższych jako szpital III stopnia.

Podobny pomysł zgłaszali także sami medycy ze Szwajcarskiej.

- W opinii większości środowiska lekarskiego przemianowanie największego w województwie szpitala na szpital jednoimienny to klapa. Zadowolona jest tylko dyrekcja placówki, ponieważ dzięki stworzeniu szpitala jednoimiennego odszedł cały koszt związany z realizacją wysokospecjalistycznych procedur, np: neurochirurgii, kardiochirurgii, czy urologii. Mamy zajmować się leczeniem COVID, a tu koszty są żadne

- twierdzą.

- Dzięki temu szpital ma pieniądze, wychodzi z długów, odnotowuje zyski. A przecież rząd rozliczy dyrekcję tylko za wyniki finansowe, nie za liczbę osób wyleczonych.

Czy teraz będą leczyć i również koordynować?

Wojewoda podkreśla, że zgodnie z nową strategią do walki z koronawirusem dedykowane są wszystkie podmioty z zachowaniem gradacji zabezpieczenia.

Czytaj: Koronawirus: Kolejny szpital w Wielkopolsce włącza się w leczenie pacjentów z COVID-19

- Zależy nam na tym, by do szpitala wielospecjalistycznego nie trafiały osoby, które nie wymagają hospitalizacji - zaznacza Mikołajczyk. - Ważnym elementem jest włączenie w proces decyzyjny lekarzy rodzinnych i to właśnie znajdujemy w nowej strategii ministerstwa zdrowia. Lekarze mogą kierować pacjentów na izolację domową, co odciąża system w postaci buforu wolnych łóżek.

O strategii walki z pandemią decydują politycy, nie specjaliści. Opinie środowiska medycznego są głosem wołającego na puszczy. Świadczy o tym kolejna decyzja Adama Niedzielskiego, ministra zdrowia, który w związku z rosnącą liczbą zakażeń i zgonów zapowiedział powołanie 16 szpitali koordynacyjnych (tyle wiosną było szpitali jednoimiennych). Mają one koordynować ruch pacjentów w danym województwie, karetek, informować lekarzy rodzinnych, do którego szpitala kierować pacjentów wymagających hospitalizacji.

-------------------------
Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Bogna Kisiel, Marta Danielewicz

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Maciej T

Boję się żyć.

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.