Lekarz Czesław Wolański, niezapomniana postać ze Szwederowa [zdjęcia]

Czytaj dalej
Fot. zbiory rodziny Wolańskich
Jolanta Zielazna

Lekarz Czesław Wolański, niezapomniana postać ze Szwederowa [zdjęcia]

Jolanta Zielazna

Przybyły w marcu 1945 roku z Wilna doktor Czesław Wolański zapisał się w pamięci mieszkańców Szwederowa. Jest legendą tej dzielnicy.

Z wielkim szacunkiem i uznaniem starsi szwederowiacy wspominają go do dziś, choć od jego śmierci minęło ponad 40 lat.

O doktorze Wolańskim pisaliśmy w „Albumie Historycznym” 19 maja.

Doktor był Polakiem, urodził się w 1896 r. Przez całe życie, we wszystkich dokumentach i życiorysach podawał jako miejsce urodzenia Wilno. Dopiero w życiorysie z 1972 roku napisał, że urodził się w Petersburgu. Taki też napis ma umieszczony - zgodnie z życzeniem - na nagrobku.

W Petersburgu wykształcił się i pracował jako lekarz ojciec Czesława, Stanisław. Tam też urodził się starszy brat Kazimierz i młodsza siostra Jadwiga. Matka całej trójki (żona Stanisława), Antonina Helena z Sylwestrowiczów, artystka śpiewaczka, osierociła dzieci w 1898 r.

W 1919 r. Czesław ukończył Cesarską Akademię Wojskowo-Lekarską w Petersburgu. Pracował cały czas w województwie wileńskim, w marcu 1945 r. repatriował się z Wilna. W Bydgoszczy objął przychodnię na Szwederowie, kierował nią do 1969 r. Leczył mieszkańców tej dzielnicy z wielką ofiarnością, spiesząc do nich bez względu na porę dnia czy nocy, dzień powszedni czy świąteczny. Pracował niemal do końca, zmarł 2 października 1974 r.

Zanim trafił do Bydgoszczy, zdobył bogate doświadczenie zawodowe. Gdzie pracował? Czym się zajmował?

Te informacje znajdują się w dokumentach, własnoręcznie pisanych przez doktora Wolańskiego życiorysach z okresu międzywojennego i tuż powojennego, przechowywanych w archiwum Bydgoskiej Izby Lekarskiej, w ocalałych pamiątkach przechowywanych przez rodzinę.

Dzięki temu z pierwszej ręki możemy więcej dowiedzieć się o tym mało znanym okresie życia doktora. Choć oczywiście trzeba pamiętać, w jakich latach i okolicznościach dokumenty powstawały.

Studiował i konspirował

Czesław Wolański, podobnie jak jego starszy brat Kazimierz, ukończył XII Rządowe Gimnazjum Klasyczne w Petersburgu. Sytuację Polaków w Petersburgu na początku XX wieku opisuje w jednym z numerów „Archiwum Historii Medycyny” z 1963 r. Pisze, że należał wówczas do polskich organizacji (Sokół Polski, polskie młodzieżowe kółka samokształceniowe). Na początku XX w. w Petersburgu mieszkała grupa Polaków, działały polskie organizacje społeczne, kulturalne, dobroczynne, zawodowe.

Po zdaniu matury w 1914 roku Czesław wstąpił do Cesarskiej Akademii Wojskowo-Lekarskiej. A latem wybuchła wojna, która przerodziła się w światowy konflikt.

W czasie studiów Czesław należał do tajnych polskich stowarzyszeń studenckich i wojskowych. Polscy studenci mieli kontakty z krajem. „Była to nie tylko osobista łączność z rodzinami, lecz i kontakty polityczne i wojskowe” - pisze doktor we wspomnieniach. „W 1918 roku w tym celu przypadła mi w udziale zakonspirowana podróż z Piotrogrodu do Kraju”.

Do kogo i w jakim celu pojechał - tego doktor nie pisze, a też żadnej więcej wzmianki na ten temat nie znalazłam w dostępnych mi dokumentach. Ale zachowało się „Świadectwo legitymacyjne” wydane 18 maja 1918 r. w Piotrogrodzie przez Centralny Komitet Obywatelski Królestwa Polskiego. Potwierdza, że Czesław jest obywatelem polskim, ma stałe zamieszkanie w Warszawie (!), a obecnie studiuje w Piotrogrodzie.

Zaledwie kilka dni później, 23 maja, Polskie Towarzystwo Powrotu na Litwę i Białoruś wystawiło Czesławowi „Świadectwo o pochodzeniu” jako stałemu mieszkańcowi Ziemi Wileńskiej.

Co Czesław miał wspólnego z działalnością piotrogrodzkiego CKO? Uda się to kiedyś wyjaśnić?

Wojenne praktyki

Trwała wojna, studenci medycyny w czasie letnich wakacji na 3 miesiące wysyłani byli do armii. Czesław najpierw (1915 r.) był sanitariuszem, później felczerem i podlekarzem - tak to określa. Z powodu wojny studia zostały o rok wydłużone. Egzaminy końcowe Wolański zdał 10 kwietnia 1919 r. i kilka dni później (15.04) odebrał dyplom lekarza.

A już 2 lipca 1919 r. został wysłany do Toropca, do szpitala Czerwonego Krzyża, gdzie pełnił obowiązki naczelnego lekarza oddziału epidemicznego. Później został lekarzem przy Zarządzie Głównym Czerwonego Krzyża, a od grudnia do połowy 1920 roku - ordynatorem czerwonokrzyskiego szpitala w Newlu (miasto w obwodzie pskowskim). To był szpital dla jeńców i uciekinierów. Młody lekarz kierował tam oddziałami: wewnętrznym i zakaźnym.

Wojna światowa wprawdzie się zakończyła, ale przecież trwała wojna polsko-rosyjska; wiosną 1920 r. zaczęła się polska ofensywa na Ukrainie. Wolański 12 czerwca został ze zesłany (czasami pisze „deportowany”) do Tweru. Ale i tam nie brakowało mu obowiązków typowo lekarskich oraz administracyjnych. W Gubernialnym Zarządzie do spraw ewakuacji ludności kierował punktem żywnościowo-lekarskim, a jednocześnie w szpitalu miejskim pracował w dziecięcych barakach epidemicznych.

Ucieczka do polskiego wojska

Starał się o pozwolenie na wyjazd do Polski. Ciągle mu odmawiano, więc w połowie września zwyczajnie uciekł z Tweru wraz z jeńcami, pieszo przedostał się do Wilna. I na ochotnika zgłosił do polskiego wojska. 30 października w stopniu podporucznika lekarza zostaje przydzielony na stanowisko lekarza w Grodnie, a pod koniec grudnia na własną prośbę przeniesiony do Wilna.

Czasowo pełnił obowiązki naczelnego lekarza nowogródzkiego, na początku 1921 r. został naczelnym lekarzem pułku, później baonu. Czynną służbę w Wojsku Polskim (86. pułk piechoty) pełnił do 5 maja 1922, co zaświadczyło Ministerstwo Spraw Wojskowych.

Czesław był już wtedy żonaty. 16 stycznia 1922 roku poślubił Irenę, córkę lekarza Alberta i Józefy Jawniszków.

No i zaczął starać się o nostryfikację dyplomu lekarskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Bądź co bądź, mieszkał w Polsce, a dyplom zdobył w Piotrogrodzie.

Nie szło łatwo, bo na wyznaczone terminy egzaminów dowódca nie chciał dawać przepustki, co zresztą potwierdza w specjalnym piśmie. Dopiero w październiku 1922 r. udało się nostryfikować dyplom.

Po wyjściu z wojska Czesław Wolański zamieszkał w Wilnie, prowadził praktykę lekarską. Mimo że nie zdał jeszcze wszystkich egzaminów nostryfikacyjnych, dostał od ministra zdrowia publicznego tymczasowe pozwolenie na wykonywanie zawodu.

20 października 1922 r. Czesławowi urodził się syn, Zbigniew. Jego los był tragiczny - w 1940 roku spłonął w warszawskim szpitalu spalonym przez Niemców.

Z Wilna pod łotewską granicę

Przez najbliższe dwa lata Czesław zajmował się wolną praktyką, trochę w wileńskim szpitalu, trochę w Szarkowszczyźnie (pow. dziśnieński). W połowie września 1924 roku w Nowym Pohoście został kierownikiem rejonowej przychodni, później (1930-1933) pracował też jako lekarz ubezpieczenia społecznego w niedalekich Miorach (obwód witebski).

Na blogu Nowy Pohost w sekcji „Kto nas leczył” w latach 1926-1930 wymieniony jest dr Czesław Wolański. Czasami, na krótko, miał kogoś do pomocy.

A w 1933 r. został lekarzem rejonowym DOKP w Wilnie w przychodni w Drui. Na Brasławszczyźnie (nie mylić z Bracławszczyzną) został aż do wybuchu wojny.

Nowy Pohost, Miory (obwód witebski), Druia (pow. brasławski) to i dziś niewielkie miejscowości, teraz na Białorusi. Wtedy?

Wtedy to był najbardziej na północny wschód wysunięty kraniec Polski, pogranicze polsko-łotewskie, zamieszkałe głównie przez Białorusinów. Druia nad Dźwiną leżała na polsko-łotewskiej granicy. Miasteczko liczyło niewiele ponad 3 tys. ludzi. Ale rejon przychodni był znacznie większy. To już naprawdę były kresy Kresów II RP. Na to trzeba też nałożyć kontekst społeczno-polityczny, mniejszości mieszkające na tym terenie, historyczne zaszłości.

Zabiegi przy łuczywie

Czesław Wolański określa warunki pracy, jako „pionierskie”. Szczególnie te z początku lat 20. Na 50-lecie swojej pracy, w 1969 roku tak to opisywał na łamach „Gazety Pomorskiej”:

Lekarzy na tym terenie było mało, brasławskie wsi leżały daleko jedna od drugiej. Aby dostać się do chorego musiałem przejechać konno nieraz kilkadziesiąt kilometrów.

W swoim ostatnim życiorysie dopowiadał: drogi były w stanie gorzej niż fatalnym, rozległy rejon obsługiwał zwykle sam. Zdarzyło się, że zaatakowały go wilki, czasem musiał przeprawiać się łódką wśród kry. Wyjazdów było bardzo dużo, pacjentów, którzy docierali do przychodni - jeszcze więcej.

Poważne zabiegi położnicze nieraz wykonywane były w wiejskich chałupach przy świetle łuczywa. Tak ciężkie warunki pracy łagodził niezwykle sympatyczny stosunek pacjentów do lekarza.

Lekarz skazany był więc często wyłącznie na siebie i swoje umiejętności. Musiał być omnibusem, znać się na wszystkim. To doświadczenie procentowało w przyszłości.

Prawdopodobnie kupił sobie samochód. Wśród dokumentów zachowało się prawo jazdy wystawione, gdy mieszkał w Miorach. Ważne do września 1933 r., zostało przedłużone bezterminowo.

Żona i syn

Gdzie doktor spotkał się z nauczycielką Anną Jankowską, urodzona w Łańcucie? Krewny Anny, jej siostrzeniec Wacław Zawadzki mówi, że właśnie w Drui. Anna wraz ze swoją siostrą dostały na Kresach posadę nauczycielek. Anna w Drui, jej siostra w Juraciszkach.

Anna w 1934 r. przestała pracować jako nauczycielka. Czy wtedy pobrali się z Czesławem? Na początku stycznia 1935 r. urodził im się syn Stanisław (imię dostał po swoim dziadku, ojcu Czesława), zwany przez wszystkich Stachulkiem. Stachulkiem został na całe życie.

Doktor był już jednak żonaty z Ireną, miał z nią nawet syna. Irena wychodząc za mąż ukryła poważną chorobę. Ten dramat był rodzinną tajemnicą, o której wszyscy wiedzieli, ale głośno się nie mówiło. Czesław już w dowodzie osobistym z 1923 roku (wydanym w Wilnie) ma wpisane wyznanie ewangelicko-reformowane, choć wcześniej był katolikiem.

Nie dla Anny zmienił więc wyznanie, zrobił to o wiele wcześniej. Dlaczego? Jeszcze jedno pytanie bez odpowiedzi.

Wróćmy jednak do czasów sprzed II wojny. O działalności społecznej doktora nie wiemy wiele, tylko raz się pochwalił - w Drui był prezesem koła „Rodziny Kolejowej”. Za to później dostał honorową odznakę Rodziny Kolejowej. Został też odznaczony medalem Polska Swemu Obrońcy, medalem na X-lecie RP.

Uratowani spod karabinów

Pracował w Drui do 25 sierpnia 1939 r. Wtedy został zmobilizowany do wojska i razem z Brasławskim Batalionem Obrony Narodowej internowany na Łotwie 20 września 1939. W marcu 1940 r. uciekł do Wilna.

Miasto było już przekazane Litwinom, wkrótce powstał rząd podporządkowany Sowietom.

Jako Polak, Wolański miał problemy z pracą w Wilnie. Został kierownikiem ośrodka zdrowia w Daugielach, w połowie 1941 r. wrócił do Drui. Prowadził prywatną praktykę do lipca 1942, a później - jak pisze - został „wyznaczony przez władze okupacyjne na kierownika gminnej przychodni”.

To chyba wtedy, w bardzo dramatycznych okolicznościach ten „sympatyczyny stosunek pacjentów do lekarza” uratował mu życie. To znowu tylko wspomnienie krewnych, niemożliwe do zweryfikowania.

Wacław Zawadzki (siostrzeniec Anny Wolańskiej) słyszał to niezależnie od ciotki Anny i wuja Czesława: cała rodzina był już prowadzona na rozstrzelanie. Dosłownie spod karabinów, na bok odstawił ich Białorusin, któremu „wracz Wolański” uratował żonę.

Odrowąż w AK

W tuż powojennych życiorysach lekarz słowem się nie zająknął - co naturalne - o swojej działalności w AK. Publiczne wspomina o tym dopiero w 1969 r.

Właśnie pracując w Drui, w 1943 r. złożył przysięgę. Przybrał pseudonim „Odrowąż”. Nie walczył z bronią w ręku, ale pomagał jako lekarz. Wspomina, że leczył rannych i chorych akowców, szkolił personel sanitarny, zaopatrywał oddziały w leki i materiały opatrunkowe. Uruchomił też zakonspirowaną wytwórnię opatrunków osobistych.

W czerwcu 1944 r był operowany w Wilnie i wkrótce przeniósł się z Drui do Wilna. W swoim ostatnim życiorysie napisał: „W lipcu 1944 podczas oblegania Wilna przez oddziały radzieckie i AK zorganizowaliśmy razem ze śp. drem Czesławem Hermanowiczem na przedmieściu Wilna szpital polowy, który był czynny aż do zdobycia miasta i uruchomienia miejskich szpitali. W szpitalu tym leczono nie tylko rannych i chorych akowców lecz również i żołnierzy Armii Czerwonej, ludność cywilną i jeńców niemieckich”.

Po zdobyciu miasta przez wojska radzieckie na krótko został zastępcą naczelnika Centralnej Przychodni Litewskich Kolei Żelaznych w Wilnie, potem kierownikiem przychodni rejonowej i wicedyrektorem I Polikliniki w Wilnie.

Zamiast Gdańska - Bydgoszcz

Zmieniły się warunki i doktor najprawdopodobniej nie chciał być polskim lekarzem w niepolskim już Wilnie. Bardzo szybko zdecydował się na wyjazd do Polski.

Wicedyrektorem polikliniki był do 7 marca 1945 r., ale główny pełnomocnik PKWN „kartę ewakuacyjną” dla Wolańskich wystawił 3 lutego 1945 r. Miał jechać do Gdańska.

W dokumencie wyliczone jest, że „obywatel” przewozi z sobą 250 kg produktów żywnościowych, 1750 kg przedmiotów użytku domowego - gabinet lekarski, aparaty i narzędzia lekarskie oraz bibliotekę zawodową. Wyjazd „w Polszu” zaplanowany był na 17 marca.

Z żoną i 10-letnim Stachulkiem doktor Wolański zameldował się na punkcie etapowym w Bydgoszczy 31 marca. Nie wiadomo, dlaczego nie pojechał do Gdańska. Kartki na żywność i kartofle wydano mu 12 kwietnia, w rejestrze mieszkańców został ujęty 4 maja.

12 kwietnia dostał nakaz zajęcia mieszkania przy ul. ks. Skorupki 2 m. 2. Czyli mieszkanie lekarskie w Łaźni Miejskiej.

Lokal musiał być jednak zajęty, bo przez kilka pierwszych tygodni mieszkał z rodziną przy Gdańskiej 34. Później, szczęśliwie dla mieszkańców Szwederowa, pomieszczenia w Łaźni się zwolniły i doktor mógł się przenieść. Ofiarnie służył mieszkańcom prawie ćwierć wieku.

Równie ważna, a może ważniejsza, jak najwyższe państwowe odznaczenia (Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski) jest pamięć i wdzięczność byłych pacjentów doktora Wolańskiego i ich rodzin. Pamięć serdeczna trwająca do dziś. I uznanie kolegów lekarzy. Mieszkańcy zaproponowali nawet, by przychodnia na Szwederowie nosiła imię dr. Czesława Wolańskiego. I w latach 90. je otrzymała. Ale już tak się nie nazywa. O tym napiszę wkrótce.

Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.