Katarzyna Glinka poczuła się kompletna dzięki macierzyństwu

Czytaj dalej
Fot. Jan Hubrich / Polskapresse
Paweł Gzyl

Katarzyna Glinka poczuła się kompletna dzięki macierzyństwu

Paweł Gzyl

Aż dziwne, że filmowi producenci się o nią nie rozbijają. Bo nie dość, że jest piękna, to i utalentowana. Nie martwi ją to jednak, bo najważniejsza dla niej jest rodzina.

Od czternastu lat oglądamy ją na małym ekranie jako Kasię Górkę w telenoweli „Barwy szczęścia”. Jej bohaterka przez ten czas doświadczyła wielu traumatycznych, jak i zabawnych sytuacji. Być może dlatego widzowie tak ją polubili. Co ważne: dzięki temu grająca ją aktorka mogła pokazać pełen wachlarz swych zawodowych możliwości. Choć jak tłumaczy, prywatnie nie przypomina swej bohaterki.

- Nie mam tak wielkich pokładów empatii jak ona. Kasia przejmuje się wszystkim i wszystkimi. Wszystkim pomaga, głównie niesie pomoc, w ogóle nie myśli o sobie, a głównie o tym, żeby dogodzić innym. Ja osobiście nie mam takich cech. Kasia Górka jest oazą łagodności, delikatności, spokoju. Oczywiście jest dziewczyną, która dużo zniosła i radzi sobie z problemami, natomiast bardzo się wszystkim emocjonuje – podkreśla w „Super Expressie”.

*
Swoją wyrazistą urodę zawdzięcza zapewne prababci, która przyjechała za swym wybrankiem do Polski aż z dalekiej Gruzji. Jej rodzice mieszkali już w Dzierżoniowie. Tata był ekonomistą, zawsze wszystko miał w życiu zaplanowane, nie wahał się sięgać po swoje. Mama dbała o dom, mimo, że w peerelowskiej szarzyźnie było trudno o markowe ciuchy, dobrze się ubierała i była wcieleniem dyplomacji.

- Już w dzieciństwie uwielbiałam się przebierać i występować przed rodzicami. Później, jako dziewczynka, nie marzyłam, by zostać aktorką. Dopiero w liceum, gdy zaczęłam grać w kółku teatralnym w Miejskim Ośrodku Kultury w Dzierżoniowie, pomyślałam, że to fajny zawód. Wtedy jednak nie miałam w sobie determinacji – wspomina Kasia w „Gali”.

Tata nie był zachwycony pomysłem córki na studia. Martwił się, że aktorstwo to niepewny zawód. Ona jednak postawiła na swoim. Pojechała do Łodzi – i nie dostała się. Wymyśliła wtedy, że pójdzie na rok do studium aktorskiego w Warszawie, by przygotować się do kolejnych egzaminów. To był dobry pomysł, bo dwanaście miesięcy później udało jej się zdać do słynnej „filmówki”.

- Momentami było mi naprawdę ciężko. Znalazłam się w świecie, którego wtedy nie rozumiałam. Myślałam sobie: może nie warto, może to nie dla mnie? Na szczęście trwało to krótko. Człowiek się aklimatyzuje i mija zwątpienie. A po pierwszych egzaminach, kiedy dostałam bardzo dobre oceny, poczułam, że to zawód dla mnie, że naprawdę chciałabym grać – opowiada w serwisie Na Zdrowie.

*
Chociaż miała opinię dobrej studentki, po zrobieniu dyplomu nie dostała propozycji etatu od żadnego teatru. Dlatego sama wydreptała całą Warszawę, pukając do różnych z scen z pytaniem o angaż. Niestety: nikt nie był zainteresowany. A ponieważ jej znajomi wybierali się wtedy w podróż do USA, postanowiła jechać z nimi. Tak trafiła na ponad rok do San Diego, gdzie pracowała jako kelnerka i imała się różnych innych zajęć.

- Te doświadczenia wykorzystałam po powrocie do Polski. Umiałam się już sama dowartościować. Powiedzieć sobie: przecież skończyłam szkołę cenioną na świecie, nie mogę rezygnować na początku drogi. Nie czekałam już, aż zadzwoni telefon, tylko kiedy w jednym teatrze mówiono mi: „Dziękuję”, szłam do następnego. Dzisiaj jestem aktorką Teatru Kwadrat – mówi w „Gali”.

Oryginalną urodę i wrodzony talent Kasi najpierw dostrzeżono w telewizji. Piękna brunetka szybko stała się ozdobą kolejnych programów typu talent-show dla celebrytów. Najpierw zabłysła w „Gwiazdy tańczą na lodzie”, a potem została finalistką „Tańca z gwiazdami”, w końcu wcielała się w różne gwiazdy muzyki w „Twoja twarz brzmi znajomo”. I chyba bardziej zapamiętaliśmy ją z tych telewizyjnych występów niż z ról w serialach czy w filmach.

- To było ogromnie ciekawe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w produkcjach na takim poziomie. Mało tego – nasz wysiłek spotykał się z wielkim podziwem ze strony zarówno, realizatorów, jak i widzów. Miałam więc przy okazji realizacji tych programów duże poczucie wyjątkowości tego, co robię. Na tamten moment w moim życiu, były to fajne wyzwania. Wszystkie te popisy wymagały ode mnie wielu ćwiczeń i prób, ale dawały mi też mnóstwo adrenaliny i emocji – deklaruje w „Gazecie Krakowskiej”.

*
Jak przystało na piękną kobietę, Kasia nie miała nigdy problemu z brakiem adoratorów. Ostatecznie wyszła za mąż za biznesmena Przemysława Gołdona. Para zamieszkała w willi w Wilanowie wartej 2 miliony złotych i wydawało się, że nic nie zakłóci jej szczęścia. Niestety: z czasem drogi małżonków zaczęły się rozchodzić. Ona uwielbiała brylować na branżowych imprezach, a on wolał grać w gry komputerowe. W końcu doszło do rozwodu, a Kasia skupiła się na wychowaniu syna Filipa.

- Staram się być konsekwentna i myślę, że to jest najważniejsze w wychowaniu dziecka. Okazywanie miłości, akceptacji i konsekwencja, to takie 3 zasady, które staram się wprowadzać w moim domu i na tym się skupiam. Nie jestem wymagającą mamą – akceptuję dziecko w pełni takie, jakie jest. Staram się je obserwować i dostosować metody wychowawcze pod niego, nie wymagać zbyt wiele, bo każde dziecko rozwija się w swoim tempie – deklaruje w serwisie Tesco Magazyn.

Kasia uwielbia uprawiać sport i co jakiś czas bierze udział w maratonach. Kiedy uczestniczyła w jednym z nich w Gruzji, poznała jego organizatora. Jarosław Bieniecki od razu zdobył jej serce. Nic dziwnego, że szybko stali się parą. Na przeszkodzie nie stanęła nawet przeszłość mężczyzny – dwójka dzieci z poprzednich związków. Dwa lata temu Bieniecki wszedł na scenę po jednym ze spektakli Kasi w Teatrze Kwadrat i w obecności widzów i aktorów, poprosił ją o rękę. Choć pandemia pokrzyżowała ślubne plany pary, w połowie zeszłego roku przyszedł na świat jej synek – Leo.

- Macierzyństwo wpłynęło na mnie również jako na aktorkę. Tak jak wszystkie przełomowe momenty w życiu. Bardzo mnie dowartościowało jako kobietę, poczułam się dzięki niemu kompletna. To nie mogło nie mieć przełożenia na to, jak się prezentuję na ekranie czy na scenie. Przecież im bardziej wierzymy w siebie, tym jesteśmy atrakcyjniejsi dla innych – podkreśla w „Gazecie Krakowskiej”.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.