Górnicza Wioska, czyli jak w Borach Tucholskich węgiel wydobywano [zdjęcia]

Czytaj dalej
Fot. Jolanta Zielazna
Jolanta Zielazna

Górnicza Wioska, czyli jak w Borach Tucholskich węgiel wydobywano [zdjęcia]

Jolanta Zielazna

W Pile nad Brdą, niedaleko Gostycyna, przed wojną wydobywano węgiel. Zapomniano o tym na kilkadziesiąt lat. I gdyby nie wybudowano nowego osiedla, historia pewnie na dobre odeszłaby w niepamięć.

Tych domów nie powinno tu być! Tu kopalnia była! - To zdanie przed laty zelektryzowało mieszkańców nowego osiedla wybudowanego w lesie, nad Brdą, niedaleko Gostycyna. Jaka kopalnia?! W środku lasu?!

Mieszkaniec pokazał zdjęcie. Kopalniany wózek wjeżdża do podziemnego szybu. - Trochę się zdziwiliśmy, bo o kopalni nie mieliśmy pojęcia - przyznaje Wojciech Weyna, mieszkaniec zagrożonego osiedla. Jest prezesem stowarzyszenia mieszkańców BUKO.

To było mniej więcej 10 lat temu, w osadzie Gostycyn-Wybudowanie, niedaleko Tucholi. Tak się wtedy nazywała obecna Piła nad Brdą.

Przetrwała Olga

Gdyby nie to, historia kopalni prawdopodobnie do dziś nie zostałaby wydobyta z niepamięci, nie zostałaby odkopana część pozostałości, nie powstałaby Górnicza Wioska w Borach Tucholskich.

To wielka atrakcja, bo na północy Polski jest tu jedyna podziemna kopalnią węgla brunatnego.

Aż dziwne, jak przepadła pamięć o kopalniach, które zniknęły dopiero po wojnie, a wcześniej dawały pracę i zarobek okolicznym mieszkańcom. Ci, którzy jeszcze coś pamiętali z rodzinnych wspomnień albo swego dzieciństwa - milczeli. Bo nikt przez latach ich nie pytał - tłumaczyli później - i nie wiedzieli, co z tą wiedzą zrobić.

Teraz za bardzo nie ma już kogo pytać.

W zbiorowej pamięci funkcjonowało tylko określenie "Olga", coś się działo "na Oldze", ktoś mieszkał "na Oldze". Później okazało się, że Olga to nazwa jednej z kopalń. Jej budynki administracyjne przetrwały do dziś. Są tam mieszkania.

Było sześć kopalń

Na leśnym osiedlu w Pile nad Brdą, na działkach sprzedawanych przez gminę, przed laty wybudowali się mieszkańcy niedalekiej Tucholi i Gostycyna, ale też Bydgoszczy, Warszawy czy Śląska. - Nikt z nas nie miał pojęcia, jaka jest przeszłość tych terenów - mówi Wojciech Weyna, prezes Stowarzyszenia Mieszkańców i Miłośników Piły nad Brdą BUKO. On sam pochodzi z pobliskiego Gostycyna, ale o kopalniach nie słyszał. Weyna jest anglistą, uczy w Tucholi. W stowarzyszeniu działa też jego żona, Agnieszka. Księgowa, więc zajmuje się tym i w stowarzyszeniu.

Przybysze ze Śląska, którzy wybudowali dom w Borach Tucholskich dowiedzieli się, że jednak nie uciekli od kopalni. Chichot losu?

Kiedy w Gostyczynie (tak przed wojną nazywał się dzisiejszy Gostycyn) działały kopalnie, lasu tu nie było. Posadzono go dopiero po wojnie, część terenu przekazano rolnikom, ale ziemie były kiepskie i też je zalesiono.

Obawa o bezpieczeństwo nowych domów została posiana. Grupa mieszkańców zaczęła - nomen omen - drążyć temat. Internet na ten temat milczał, ale archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie miało dokumenty! Okazało się, że przed wojną na tym terenie były kopalnie węgla brunatnego. Pierwszą Jacob i David Bukofzer uruchomili w 1892 roku. Nazwali ją Buko, od swego nazwiska.

Nazwy niemieckie, mieszkańcy szukali więc w archiwach niemieckich. - Trochę na oślep pisaliśmy, ale dwa z naszych maili ktoś przekazał dalej i dostaliśmy odpowiedź - opowiada Wojciech Weyna.

Niemcy przysłali im kopie akt. Dzięki nim mogli szukać dalej w polskich archiwach. Powoli dokumenty z różnych instytucji składały im się w całość, pokazywały obraz kopalni od początku ich powstania, z okresu I wojny, przejmowania szybów przez Polaków w latach 20. Jest nawet odtajnione niemieckie sprawozdanie z badań 1943/44 roku.

Były raporty dotyczące wydobycia, zatrudnienia, sprawy własnościowe, zdjęcia, mapy z zaznaczonymi chodnikami i szybami kopalń.

- Dla nas szokiem było, że teren objęty eksploatacją to aż kilometr kwadratowy! - relacjonuje Weyna. - Kopalń było sześć, każda miała co najmniej dwa szyby.

Wtedy ludzie zaczęli kojarzyć, że w lesie spotykają resztki murków, a zagłębienia terenu mogą być zapadliskami podziemnych korytarzy. Przypomnieli sobie, że kilka lat wcześniej na jednej z działek zapadła się ziemia.

Stare mapy kopalni mieszkańcy nałożyli na plany nie tak dawno wybudowanego osiedla. Miny im zrzedły. Domy stoją na części terenów pokopalnianych.

Okazało się, że pod moim pokojem dziennym jest wyrysowany szyb górniczy - nie kryje Wojciech Weyna. - Wtedy trochę nas to martwiło i przerażało, ale już się przyzwyczailiśmy.

Nie tylko jemu cierpła skóra. W podobnej sytuacji było więcej właścicieli.

Mieszkańcy zwrócili się do gminy, by przeprowadziła badania geologiczne. Sprzedała im przecież działki budowlane, leżące na zagrożonym terenie. Wojewódzkiego konserwatora zabytków poprosili o przeprowadzenie badań archeologicznych.
Konserwator bez zwłoki podjął temat. Okazało się, że była to jedyna w Polsce północnej kopalnia węgla brunatnego. Trzeba ją badać i chronić, bo to unikat.

Z gminą tak łatwo nie poszło. Dopiero sąd w Tucholi zmusił ją do zlecenia i sfinansowania badań geologicznych.
Grupa mieszkańców zaś założyła stowarzyszenie, bo jako pojedyncze osoby niewiele by wskórali.

Obecny wójt Gostycyna Ireneusz Kucharski nie chce do tych spraw wracać, rozdrapywać starych ran. Nie był wtedy wójtem, a teraz współpraca ze stowarzyszeniem BUKO układa się dobrze.

Odkrywają białą chatę

Dzięki temu, że stowarzyszenie BUKO zwróciło się do konserwatora zabytków, na teren kopalni w 2007 roku trafił archeolog Robert Grochowski. Wraca tam do dziś. Wtedy wykonał dwie Karty Ewidencyjne Zabytków Architektury i Budownictwa: jedna dotyczyła budynków administracyjno-mieszkalnych dawnej kopalni Olga, druga - opis pokopalnianych fragmentów, które były na powierzchni lub zdążono je odkopać.

- Mieszkańcy wiedzieli tylko, że były tam kopalnie i nic więcej - mówi Grochowski. - Gdy zaczynaliśmy na powierzchni były 3 fragmenty murów, a teraz jest ponad setka obiektów archeologicznych: pozostałości budynków, słupów, hałd, parociągów - wylicza.

- Kopalnia w Pile to absolutny unikat - nie ma wątpliwości Robert Grochowski. Mówi, że działała jeszcze jedna: Moltke w Stopce. - Ale przy Pile to był liliput, działała krótko i została zalana.

Cztery lata temu na podstawie odkryć i badań Grochowski, Weyna i inż. Eufrozyna Piątek napisali książkę "Podziemne górnictwo węgla brunatnego w Borach Tucholskich". Rozeszła się w mig!

W ubiegłym tygodniu na obozie wolontariuszy Grochowski kierował pracami przy odsłanianiu zabudowań stojących wokół białej chaty. Nazwa przetrwała, dom i budynki gospodarskie zniknęły w latach 60. ubiegłego wieku. Zapisały się więc jeszcze w pamięci.

Białą chatę i jej otoczenie można obejrzeć na multimedialnej makiecie całej górniczej osady.
Pracował nad nią właśnie Grochowski i pasjonat kolejnictwa Mieszko Klawikowski. Makieta działa od niedawna. Świeci, hałasuje odgłosami tartaku, wiejskiego życia, wagoników jeżdżących po torach. Ciągle jest rozbudowywana, udoskonalana. - To było półtora roku ciężkiej pracy - mówi archeolog. - Na podstawie badań, źródeł kartograficznych, kilku zachowanych starych fotografii Piły i Gostycyna z początku XX wieku udało nam się odtworzyć wszystkie zabudowania.

Archeolog przy pierwszych badaniach poradził, by popytać starszych mieszkańców o wspomnienia związane z kopalnią, nagrać je. Kilka osób odnaleźli. Seniorzy byli kilkunastoletnimi dziećmi, gdy ich ojcowie pokazywali im kopalniane szyby, sztolnie. Pamiętali, gdzie stały, jak wyglądały wieże, jak schodziło się pod ziemię. - Panowie opowiadali nam o sprawach technicznych, panie dostarczały informacji raczej ze sfery towarzyskiej - śmieje się Weyna.

Węgiel brunatny wydobywano do 1939 roku. - W 1944 Niemcy chcieli wznowić wydobycie, ale nie zdążyli - relacjonuje Wojciech Weyna informacje z dokumentów. Po wojnie Antoni Ostrowski, właściciel kopalni Teresa próbował kontynuować eksploatację złoża, ale już nie było to opłacalne.

Ostatecznie kopalnia zniknęła na początku lat. 60 XX wieku. I gdyby nie zbudowane w lesie osiedle, prawdopodobnie całkowicie odeszłaby w niepamięć.

Kłopot przekuli w atut

Można siąść i pomstować, że przez czyjąś niefrasobliwość wybudowało się dom na kopalni, można spróbować kłopot przekuć w atut. BUKO wybrało drugi wariant. - Stwierdziliśmy, że jeśli mamy w ręku taką atrakcję, trzeba to wykorzystać - mówi Wojciech Weyna.

Wcześniej jeszcze mieszkańcy leśnego osiedla nad Brdą zainicjowali jego wydzielenie z granic Gostycyna i ustanowienie odrębną miejscowością. 1 stycznia 2008 roku powstała Piła. Potem utworzono tam także sołectwo.

Planowali odtworzyć choć fragment podziemnej kopalni. Zaczęli zdobywać granty, pisać projekty, szkolili się w ekonomii społecznej, przyglądali wioskom tematycznym. Powstał pomysł Górniczej Wioski. Ale dużo zdziałać nie mogli, bo nie mieli terenu, a gmina nie chciała wydzierżawić. Organizowali więc imprezy na prywatnych posesjach, pokazywali w lesie pozostałości kopalni.

Jesienią 2014 roku zmieniła się gminna władza i wszystko potoczyło się inaczej. Gmina wydzierżawiła stowarzyszeniu teren. Postawili domek, w którym jest makieta, drugi, gdzie można kupić pamiątki, kawę, coś zjeść. Stanął plac zabaw, jest ścieżka dydaktyczna, audioprzewodnik w trzech językach.

W lesie odtworzony jest fragment zejścia do sztolni, urzęduje tam Duch kopalni czyli Skarbek i raczy zwiedzających opowieścią, jak węgiel wydobywano. Planów stowarzyszeniu BUKO nie brakuje. W zapadlisku obok budynku z makietą stanie zrekonstruowana wieża kopalni. Obok - już leży odtworzony fragment wąskich torów. Właśnie kolejką wąskotorową wywożono urobek do Gostycyna. Stamtąd pociągiem jechał do polskich i niemieckich miast.

Tory są, bo ktoś podczas rozbiórki budynku gospodarczego odkrył, że strop wzmacniają szyny kolejki wąskotorowej. Przekazał je stowarzyszeniu. Ktoś inny przyniósł wyciągarkę. Może też pokopalniana. Czyścili ją wolontariusze podczas obozu w ubiegłym tygodniu. Fragment parowego kotła jest kręgiem w czyjejś studni.

Przede wszystkim stowarzyszenie chciałoby odkryć (dosłownie, bo wydobyć spod ziemi) jak najwięcej pozostałości po kopalniach. Jednak większość relików leży na gruntach należących do Lasów Państwowych. Ale stowarzyszenie zadowolone jest ze współpracy. Zresztą, może jeszcze w tym roku, dostanie teren kopalni od Lasów w zarząd. Formalności w tej sprawie się toczą. Trwa też procedura wpisania koplań do rejestru zabytków.

Odkurzone pamiątki

Gdy historia kopalń zaczęła być wydobywana z zapomnienia, niektórzy przypominali sobie, że mają w domu jakieś pamiątki, zdjęcia. Niektóre można w Górniczej Wiosce zobaczyć na planszach.

Legitymację ubezpieczeniową Franciszka Straszewskiego przekazała wnuczka, Joanna Karwasz, wiceprezes stowarzyszenia BUKO. Bardzo długo nie miała pojęcia, że jej dziadek pracował w kopalni!

- Dopiero, kiedy o kopalni zaczęło być głośno, ciocia mi powiedziała, że dziadek tam pracował, że ma nawet jego legitymację ubezpieczeniową. Oczywiście, że chciałam ją mieć - wspomina Karwasz.

Tylko już porozmawiać o kopalni nie miała z kim. Babcia zdążyła jej pokazać, gdzie stał dom, w którym mieszkała. Blisko białej chaty. Ale Joanna nie traktowała tego serio. Przecież tam był las...

Ostatnie dwa lata Górnicza Wioska była otwarta tylko w kilka weekendów, poza tym dla grup zorganizowanych. W tym roku od maja do połowy września czynna jest od wtorku do niedzieli. Cały czas przewijają się turyści z różnych stron kraju. Członkowie stowarzyszenia wyznaczyli sobie dyżury. Pracują społecznie, w co wielu mieszkańców nie chce uwierzyć.

Weyna mówi, że jeśli takie zainteresowanie będzie w przyszłym roku, będą musieli zatrudnić 3-4 osoby do obsługi turystów. - Coraz szerzej otwieramy oczy widząc, co się tu dzieje - nie kryje Joanna Karwasz. - Usatysfakcjonowani jesteśmy, że tak wiele indywidualnych osób przyjeżdża.

Weyna: - Chcemy pokazać, że ze swego dziedzictwa można na wsi zrobić ciekawe rzeczy, rozwijać się. Ludzie przyjadą, by poznać ciekawą historię.

Górnicza Wioska to atrakcja i świetna promocja gminy. Wójt Gostycyna Ireneusz Kucharski doskonale zdaje sobie z tego sprawę. W pobliżu mają jeszcze jedną wioskę, miodową, mają inne atrakcje, więc warto to pożenić, rozwinąć agroturystykę, by zatrzymać przyjezdnych na kilka dni, a nie tylko na kilka godzin.

Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.