Fotografie na wieczną pamiątkę

Czytaj dalej
Fot. Piotr Spigiel
Roman Laudański

Fotografie na wieczną pamiątkę

Roman Laudański

Jeździła od wsi do wsi i napotkanym mieszkańcom proponowała zrobienie portretów fotograficznych. Za darmo, a raczej za coś do jedzenia lub za opowieść. Z historii z nadgranicznych wsi i z Dolnego Śląska powstała książka „Wędrowny Zakład Fotograficzny”.

Na trzecim roku studiów kulturoznawczych Agnieszka Pajączkowska przyjechała do mazowieckiej wsi. Miała porozmawiać z mieszkańcami o domowych fotografiach. Trafiła do pani Heleny, starszej kobiety, która, widząc aparat, poprosiła Agnieszkę o zrobienie zdjęcia na grób, czyli popularną „porcelankę”. Jak każda zapobiegliwa kobieta - mężczyzn to jakoś mniej obchodzi - miała już przygotowany strój do trumny. I frasowała się, że nie ma dobrego zdjęcia, na którym podobałaby się sobie z okresu starości. Ktoś jej zrobił jakąś fotografię, ale nie była z niej zadowolona. Agnieszka przyznaje się, że poczuła ciarki na plecach. Zgodziła się. Pani Helena poprosiła o pomoc przy ubieraniu. Codzienny strój ustąpił miejsca białej bluzce i koralom. Gładko przyczesała włosy.

Ustawiła tło z paprotek. Przybrała surową minę.

- Sprawdzałam na podglądzie, czy zdjęcie dobrze wyszło - wspomina Agnieszka Pajączkowska. - Wtedy wyjęła z woreczka trzymanego pod poduszką dziesięć złotych. Nie chciałam przyjąć, ale powiedziała, że „niezapłacone się nie liczy”.

Po kilku miesiącach wróciła ze zdjęciem, które zdążyła jeszcze wręczyć kobiecie. A później dowiedziała się, że pani Helena zmarła. Nigdy nie wybrała się na jej grób, aby się przekonać, czy jej portret stał się „porcelanką”.

Takie spotkanie, jedno z kilku wyjątkowych, wpłynęło na jej późniejszą decyzję o założeniu Wędrownego Zakładu Fotograficznego.

- Byłam ciekawa, czy w XXI wieku oferta zrobienia portretu i wydrukowania go na miejscu jest jeszcze potrzebna - opowiada Agnieszka Pajączkowska, która przez pięć letnich sezonów jeździła od wsi do wsi wzdłuż granicy polsko - litewskiej, polsko - białoruskiej, polsko - ukraińskiej i polsko - rosyjskiej wykonując portrety ich mieszkańcom.

Na wieczną pamiątkę

Czym była kiedyś fotografia? Pojawiała się rzadko, towarzyszyła ważnym wydarzeniom rodzinnym. Stawała się wspomnieniem ze szkoły, z wojska i z pracy. Obowiązkowo z dedykacją „na wieczną pamiątkę”. - Małomiasteczkowe zakłady fotograficzne odwiedzano przy różnych okazjach - opowiada Agnieszka Pajączkowska. - Były zdjęcia z koleżankami i kolegami z okresu panieństwa czy tzw. kawalerki. Kiedy jeździłam po wsiach ludzie pokazywali mi zdjęcia z rodzinnych spotkań czy prywatek. Po 2005 roku, kiedy zaczynała dominować fotografia cyfrowa, zdjęcia papierowe stawały się rzadkością.

- Pierwsze, co zauważamy w nowym miejscu, to krajobraz, ale mnie, kulturoznawczynię, interesują ludzie kształtujący ten krajobraz - uśmiecha się Agnieszka Pajączkowska. - Wędrowny Zakład Fotograficzny to pomysł pograniczny, nie tylko dlatego, że dotyczy mieszkańców pogranicza, ale dlatego, że czerpie z różnych metod pracy: dokumentalnej, podróżniczej, artystycznej. Jako animatorka kultury stwarzam sytuacje, w których można się spotkać i czymś wymienić. Np. opowieścią i jedzeniem w zamian za portret. Lubię poznawać nowych ludzi oraz interesuje mnie przeszłość, historia, a w pogranicznych wsiach miałam mnóstwo okazji, żeby jej się nasłuchać. I ta podręcznikowa historia zamieniała się w indywidualne losy Polaków, Białorusinów, Ukraińców, przerzucanych z jednego końca kraju na drugi, jak w przypadku wojen, repatriacji czy akcji „Wisła”. Polacy wchodzili do poniemieckich domów, Ukraińcy musieli zostawić swoje gospodarki nad Bugiem i zaczynać nowe życie np. na Suwalszczyźnie. A przecież to żyjący nadal ludzie, z rodzinami, emocjami, uczuciami, a także garstką zdjęć, które - niektórym - udało się mieć i ocalić podczas przeprowadzki.

W drogę

Na początku chciała wynająć dom i otworzyć w nim zakład fotograficzny. Pomysł upadł. Wtedy pomyślała o wędrowaniu. Z nieduże pieniądze kupiła trzydziestoletniego volkswagena T3 przerobionego na kampera. W środku kuchenka, woda i łóżko. Dawał niezależność bez konieczności szukania agroturystyk. Przyciągał uwagę. Jego pojawienie się budziło ciekawość, a o to chodziło Agnieszce, by napotkanym osobom zaproponować zrobienie portretu.

Do każdej wsi wjeżdżała powoli, wypatrując ludzi na drodze, siedzących na ławkach czy pracujących w ogrodzie. Wysiadała, witała się i proponowała zrobienie portretowego zdjęcia. Zapewniała, że zdjęcie nie zostanie nigdzie opublikowane. Jest tylko dla tego człowieka. To był początek spotkania. Najczęściej ludzie reagowali odmową, ale czasem wygrywała ciekawość. Wtedy pytali, czy to się opłaca. I zaczynała się rozmowa.

- Na terenach przygranicznych trudno dziś nie tylko o sklep, bo dominuje handel obwoźny, ale i nie ma komunikacji publicznej. Mieszkańcy wybierają na sołtysa zmotoryzowanego, bo jak nagle trzeba do lekarza, to wiadomo, że podwiezie czy wykupi leki. W pierwszej chwili brano mnie za kogoś, kto czymś handluje lub coś skupuje. A ja proponowałam portret za opowieść lub jedzenie -opowiada.

Granice

Zaczęła od podróży wzdłuż granicy z Białorusią. - Granica jest czymś newralgicznym i peryferyjnym, jest daleko od centrum. Powstała w 1945 roku. Jak każda granica jest miejscem napięć. Oddziela terytorialnie, bo na niej kończy się Unia Europejska. Wybrałam tę granicę nieprzypadkowo zakładając, że tu znajdę ludzi, dla których moja fotografia będzie użyteczna. To mieli być ludzie mieszkający daleko od dużych i mniejszych miast, starsi i ubodzy - zakładałam, że takie osoby mogą nie mieć na co dzień dostępu do fotografii. Z czasem wciągnęły ją osobiste historie ludzi, które zostały przeorane przez historię polityczną, wojny, powojnia i różne przesiedlenia. To także historia różnych tożsamości, konfliktów lokalnych i międzynarodowych. - I otrzymywałam opowieści, które nie dotyczyły wyłącznie fotografii czy życia na wsi, ale również granicy, która na różnych odcinkach niesie inne historie. Inne opowieści słyszałam pod granicą z Ukrainą, a inne na Warmii i Mazurach, przy granicy z Rosją.

Pod granicą z Rosją usłyszała: tu nikt nie jest stąd. Wszyscy przyjezdni. Jasna sprawa, z Prus Wschodnich wypędzono Niemców, a ci, którzy przyszli na ich miejsce pochodzili z innych stron.

Kiedy była w jednym z domów na Dolnym Śląsku, na stół kuchenny gospodarze, Łemkowie przesiedleni z Beskidów, wysypali pudełko zdjęć. Były z ich rodzinnej wsi. Emigracyjne od ciotki z Kanady. Także te z Dolnego Śląska, gdzie musieli zacząć nowe życie.

- W niewielkim pudełku ze zdjęciami mieściła się historia XX wieku - uśmiecha się Agnieszka Pajączkowska. -Zaczynała się opowieść, a w książce odtwarzałam jej dynamikę. Wyrzucone na stół fotografie uruchamiały pamięć i wspomnienia. Pamięć jest indywidualna, różnorodna, nieweryfikowalna. Czasem idealizuje i mitologizuje, ale jest osobista i nie poddaje się naukowym kategoryzacjom: kto zaczął, kto był sprawcą, a kto ofiarą. Indywidualne historie przesiane są przez emocje, tak jest np. z osobami, które zostały przesiedlone w ramach akcji „Wisła”. Pod granicą z Rosją wysłuchiwała historii ludzi, którzy zostawili gospodarki w Hrebennem. Zostali stamtąd wywiezieni. Zapamiętali tygodnie spędzone w pociągach. Jest w nich żal. Tęsknią. Ale równie ważną częścią ich opowieści było także „tu i teraz”. Książka nie jest wyłącznie zbiorem opowieści starszych osób. To także zbiór refleksji, opisu sytuacji, spotkań, które wydarzyły się w trakcie podróży. To były spotkania z ludźmi w różnym wieku, różnej religii i narodowości. Także różnej sytuacji ekonomicznej.

Szczególną satysfakcję odczuwała, kiedy okazywało się, że jej oferta jest komuś potrzebna. To nadawało sens projektowi. Spotykała młode małżeństwa, np. z piątką dzieci, a to najmłodsze nie było jeszcze fotografowane. Rzadko okazywało się jednak, że zdjęcie jest naprawdę potrzebne. Cenne były same spotkania, kiedy zagadnięta osoba nie potrzebowała portretu, ale dzieliła się opowieścią, historią życia. - Potrafiliśmy rozmawiać i dwa dni.

Rozmowy

Oczywiście pytali: „dziecko, a ile ty masz lat? Gdzie twój mąż? Kto to finansuje? Po co tak jeździć? Nie obraź się, ale to cygańskie życie.” Czasem wzbudzała podejrzliwość, bo jeśli nie chce pieniędzy, to być może ma niecne zamiary. A przecież to słabo zaludnione tereny. Wioski, w których zostało tylko kilkoro starszych mieszkańców, bo dzieci w mieście, a wnuki za granicą. I nikt tam nie wróci.

Niektóre starsze osoby, z którymi rozmawiała Agnieszka, przyznawały, że opowiadają jej więcej niż własnym dzieciom i wnukom, które nie chcą słuchać. -To niezwykły przywilej bycia osobą, której powierza się takie opowieści - uśmiecha się Agnieszka Pajączkowska. - Czasem komuś obcemu, kto tylko na chwilę pojawia się w naszym życiu, mówimy więcej. Te osoby wiedziały, że ja nie zdradzę ich opowieści lokalnej społeczności czy rodzinie. Nie zostaną wykorzystane przeciwko nim. To budowało atmosferę bezpieczeństwa i zaufania. Spotykałam samotne starsze osoby, dla których jedynym rozmówcą był pojawiający się czasem u nich strażnik graniczny, listonosz lub ktoś z objazdowego sklepu z chlebem. Czasem sąsiadka, o ile miała więcej siły, żeby przyjść w odwiedziny. Chociaż o czym można codziennie, przez kilkadziesiąt lat, rozmawiać z tą samą sąsiadką? Jedna z kobiet powiedziała Agnieszce, że wolałaby, żeby ta sąsiadka już do niej nie przychodziła, bo tylko płacze, a jej już brakuje sił, żeby płakać razem z nią.
W książce opowieści są anonimowe. Nie pojawiają się nazwy wsi. Historie opowiadane były w zaufaniu, w intymnej sytuacji spotkania.

- Fotografia w życiu wielu osób pełni ważną rolę biograficzną - opowiada autorka „Wędrownego Zakładu Fotograficznego”. - Zdjęcia utrwalały śluby, chrzty, pogrzeby. Trzeba było zrobić zdjęcie przed wyjazdem syna do wojska, a później obowiązkowo w mundurze. Fotografia była okazjonalna. Dla większości z nas jest sposobem tworzenia narracji w życiu, poczucia ciągłości I przynależności. Pozwala pamiętać, co się kiedy wydarzyło. Jak się wyglądało. Tworzy więzi. Wiele osób nie chciało portretu: „bo jestem już stary - za stara i brzydki”. Odmawiały ze świadomością, że są u schyłku życia. Mówiły, że fotografować trzeba młodych i ładnych. Dziś z urlopów przywozimy setki, tysiące zdjęć cyfrowych. Czy wystarczy nam cierpliwości, żeby wybrać kilka najlepszych, wydrukować, mieć pod ręką lub ułożyć w fotoksiążce, którą można wziąć do ręki?

Roman Laudański

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.