Iwona Góralczyk

Fatalny finał wycieczki: 20 chorych w 4 szpitalach

Jednego nie można odmówić ośrodkowi w Wiktorowie - pięknego położenia na półwyspie Jeziora Ostrowieckiego. Nic dziwnego, że ściągają tu wycieczki. Stąd Fot. wiktorowo.com Jednego nie można odmówić ośrodkowi w Wiktorowie - pięknego położenia na półwyspie Jeziora Ostrowieckiego. Nic dziwnego, że ściągają tu wycieczki. Stąd blisko też m.in. do Biskupina.
Iwona Góralczyk

To miała być dla nich niezapomniana wyprawa na Pałuki. I pewnie taka zostanie. Jednak również dlatego, że wielu z nich pobyt tu zakończyło w szpitalu. Dzieciaki z Bydgoszczy, Torunia i Wrocławia zamiast się bawić, leżały pod kroplówką.

- Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się, gdy przyjechała do nas grupa z Wrocławia. Jeden chłopiec, 12-latek, wymiotował właściwie tuż po przybyciu - mówi Mirosława Olszewska, właścicielka ośrodka wypoczynkowego w Wiktorowie. - Opiekunka przekazała, że ma jelitówkę. My jednak nie mieliśmy wiedzy, co faktycznie mu dolegało. Dziecko zostało zabrane przez rodzica do domu. Następnego dnia przyjechały kolejne szkolne wycieczki - dwie z Bydgoszczy oraz jedna z Torunia.

Część młodych ludzi spotkała się na imprezie plenerowej nad jeziorem, miały też kontakt na stołówce. Wszyscy jedli posiłki przygotowywane w tej samej kuchni.

Zamieszanie rozpoczęło się z wtorku na środę. U dzieci stwierdzono nudności, wymioty, stany podgorączkowe, bóle głowy. Od godziny 1 w nocy do 6 rano karetki woziły chorych do szpitali w Żninie i Inowrocławiu.

Miała być sielanka, a jest szpital

Pierwsze, niepokojące sygnały pojawiły się, gdy przyjechała grupa dzieci z Wrocławia. - 12-latek wymiotował właściwie tuż po przybyciu. Nawet nic tu nie jedząc - mówi Mirosława Olszewska, właścicielka ośrodka wypoczynkowego w Wiktorowie. - Opiekunka przekazała, że ma jelitówkę. Co faktycznie mu dolegało, nie wiemy. Dziecko zostało zabrane przez rodzica do domu. Następnego dnia przyjechały kolejne szkolne wycieczki - tym razem dwie z Bydgoszczy oraz jedna z Torunia.

Część młodych ludzi spotkała się na imprezie plenerowej nad jeziorem, miały też kontakt na stołówce. Wszyscy jedli posiłki przygotowywane w tej samej kuchni.

Zamieszanie rozpoczęło się z wtorku na środę. U dzieci stwierdzono podobne dolegliwości: nudności, wymioty, stany podgorączkowe, bóle głowy. Od godziny 1 w nocy do rana karetki woziły chorych do szpitali w Żninie i Inowrocławiu.

- Na nasz oddział trafiło 12 osób w wieku 10-13 lat - informuje dr Tomasz Zwolenkiewicz, ordynator oddziału pediatrycznego Pałuckiego Centrum Zdrowia w Żninie. Pacjentom podano kroplówki. - Zostały podjęte działania objawowe, które zapobiegają odwodnieniu.

W PCZ przeprowadzono szersze badania, w kierunku wykrycia zakażeń wirusowych. Tu jednak, na razie, w posiewach kału nic nie wyhodowano.

- Na razie czynnika sprawczego nie mamy. Ale i tak powyższe przypadki - czy to jest salmonella, czy wirus, leczy się tak samo.

Do wczoraj połowa młodych pacjentów została ze żnińskiej lecznicy wypisana. - Wszystko idzie w dobrym kierunku - usłyszeliśmy.

Sanepid czeka na wyniki

Jednak to niejedyne przypadki zachorowań.

- Łącznie stwierdziliśmy 40 chorych - do tej pory są to tylko dzieci. - Jak wracały do domów, u kolejnych pojawiły się podobne objawy - informuje Tadeusz Kosiara, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Żninie. - Łącznie, na dziś, hospitalizowanych było 19 osób w lecznicach w Żninie, Inowrocławiu, Bydgoszczy i Wrocławiu.

- Przypadek jest bardzo niejednoznaczny, na razie nie wiemy, co było przyczyną. Na jednego wirusa - konkretnie norowirusa - w żnińskim szpitalu nie było prowadzone badanie. Ta sama próbka trafiła do Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Bydgoszczy. Czekamy na wyniki. Wówczas będziemy wiedzieć, czy to te, czy inne przyczyny spowodowały zamieszanie - dodał Kosiara.

- Nie mamy nic do ukrycia, nie uchylamy się od odpowiedzialności, jeśli coś by się przydarzyło - mówi Mirosława Olszewska. - Na razie jednak, a prowadzimy ten ośrodek 15 lat, historii z zatruciem u nas nie mieliśmy. Jeśli potwierdzi się podejrzenie, że przyczyną mógł być wirus, staniemy się ofiarą tego przykrego incydentu. Bo każdy mógł tego wirusa przynieść.

- Szukaliśmy punktu wspólnego, analizowaliśmy, co które dzieci jadły. Nie ma tego punktu wspólnego, o który można by się zaczepić. My też jemy to, co grupy. A jesteśmy zdrowi. Mięso i wędliny bierzemy od sprawdzonego, miejscowego producenta. To dla nas także przykra sprawa, bo akurat nasza kuchnia oceniana jest jako bardzo smaczna - dodaje właścicielka.

Wczoraj po południu w Wiktorowie pracowali inspektorzy żnińskiego sanepidu. - Wcześniej pobraliśmy próbki surowców żywnościowych i próbki dań, które jeszcze pozostały. Badana jest czystość naczyń, sztućców, wszystko, co mogłoby pomóc w ustaleniu źródła - mówi Tadeusz Kosiara.

Przy reporterze „Pomorskiej” inspektorzy umawiali się także na przegląd wolnych pokoi w ośrodku. W tym czasie przebywało tu niewiele osób, ponieważ nowe grupy nie wróciły jeszcze z wycieczek po okolicy.

- Zażądaliśmy pełną dokumentację ze żnińskiego szpitala. Właśnie ją otrzymaliśmy - mówi Dariusz Mańkowski, prokurator ze Żnina. - Przekazaliśmy materiały do policji w Żninie. Sprawa jest badana w kierunku narażenia na utratę zdrowia i życia dzieci. Będziemy wyjaśniać, ale i czekamy na wyniki z sanepidu.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że na podobne objawy zaczęli się uskarżać także pracownicy ośrodka. Właścicielka jednak tego nie potwierdziła.

Iwona Góralczyk

Staram się być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego dla mieszkańców powiatu żnińskiego. Od roku 1998 mieszkam na Pałukach i niezmiennie fascynują mnie ludzie stąd - twórczy, pełni pasji, pomysłów i chęci działania.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.