Edyta nie zamierza ulegać presji i zakładać rodziny na zawołanie [wideo]

Czytaj dalej
Fot. Mikołaj Suchan
Paweł Gzyl p.gzyl@gk.pl

Edyta nie zamierza ulegać presji i zakładać rodziny na zawołanie [wideo]

Paweł Gzyl p.gzyl@gk.pl

Wczesne lata poświęciła na taneczne treningi. Ale to nie zaspokoiło jej ambicji. Dziś chce być gwiazdą filmu, jak Pola Negri, którą gra w serialu "Bodo".

Pierwszy odcinek telewizyjnego serialu „Bodo” podbił nie tylko szeroką widownię, ale nawet marudnych krytyków. Edyta Herbuś gra nie byle kogo - bo samą Polę Negri, gwiazdę przedwojennego kina.



- Gdy w pełnej charakteryzacji wysiadałam z automobilu z tamtych czasów, gdy widziałam pięknie wystrojonych statystów, gdy publiczność skandowała imię mojej postaci, przez chwilę poczułam się jakbym faktycznie była Polą Negri. To było coś niesamowitego - ekscytuje się w rozmowie z portalem Świat Seriali.

Zaczynała karierę w show-biznesie jako tancerka, dlatego przez długi czas była tak postrzegana.

Edyta Herbuś? Tej pani już dziękujemy!

- słyszała nieraz, kiedy zatrzaskiwały się jej przed nosem drzwi na kolejny casting. Najgorsze było to, że wielu reżyserów nie dawało jej nawet możliwości pokazania aktorskich umiejętności, chociaż robiła wszystko, żeby przekonać do siebie ludzi filmu.

- Mocno zaangażowałam się w naukę aktorstwa, a warsztaty, na których pracowałam w Londynie, Rzymie i Los Angeles, pozwoliły mi skonfrontować się na scenie z aktorami z całego świata. Nauczyłam się nowych technik pracy nad wydobywaniem emocji i okazało się, że całkiem nieźle odnajduję się w scenach komediowych - opowiada Edyta w magazynie Party.

Wychowana na blokowisku

Kiedy była dzieckiem, spędzała każde wakacje u dziadka i babci pod Kielcami. Szczególna więź łączy ją z babcią. Być może dlatego, że nie dość, że jest ona piękną kobietą, to ma w sobie zaraźliwy optymizm. Babcia przyjeżdża dzisiaj na spektakle wnuczki, zbiera dotyczące Edyty wycinki z prasy i pocztówki, które wnuczka przysyła jej z zagranicznych podróży. Dziadkowie obchodzili niedawno sześćdziesiątą rocznicę ślubu - co było okazją do zjazdu całej rodziny. Ich wiejskie gospodarstwo zawsze było dla Edyty miejscem do złapania oddechu. Przyjeżdżała do nich z kieleckiego blokowiska, na którym się wychowywała.

- Różni ludzie tam mieszkali i żeby przetrwać, trzeba było sobie radzić. Nieraz byłam świadkiem sytuacji, w których dziewczyny z dwóch kobiecych gangów po męsku walczyły o swoich samców. Jak im weszło się w drogę, można było dostać w ryj. Nie wszystkim się podobało, że przez taniec wyróżniałam się na dyskotekach. A jak okazało się, że spodobałam się facetowi niewłaściwej dziewczyny, bywało gorąco! - śmieje się w „Party”.

Kiedy miała dziewięć lat, wracając ze szkoły zauważyła na ulicy plakat reklamujący szkołę tańca. Zapisała się i już po kilku dniach wiedziała, że odkryła swoje powołanie. Rodzice zgodzili się na treningi pod warunkiem, że nie opuści się w szkole. I dawała z siebie wszystko, osiągając najwyższą średnią ocen z możliwych. Aby nie opuszczać zajęć, rezygnowała z wszystkich wycieczek i wyjazdów szkolnych. Mało tego - sama musiała sobie zarobić na lekcje tańca.

- Nie pochodzę z bogatego domu, a taniec to droga pasja. Lekcje, suknie, wyjazdy na turnieje pochłaniają ogromne pieniądze. Kiedy pewnego dnia rodzice powiedzieli: „Będziesz musiała na jakiś czas przerwać lekcje, bo nas na to nie stać”, wiedziałam, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Miałam 14 lat. Latem zbierałam truskawki, a w ciągu roku szkolnego uczyłam młodsze dzieci tańca. Rano szłam do szkoły, na przerwach odrabiałam lekcje, potem biegłam na szesnastą na trening. W domu byłam grubo po dwudziestej drugiej - wspominała na portalu Rossman.

Palce zdarte do krwi

Miała szczęście, że trafiła na świetnych nauczycieli. Robert Kupisz, dziś ceniony projektant mody, wtedy trener tańca, narzucał ostre tempo i dyscyplinę, z kolei Małgorzata Nita tonizowała sytuację łagodnością i ciepłem. W efekcie spędzała z nimi więcej czasu niż z rodzicami. Najwięcej kosztowały ją wyjazdy na obozy taneczne.

- Na swój pierwszy pojechałam, gdy miałam 11 lat i przez następne prawie 20 schemat zawsze wyglądał tak samo: śniadanie, trening, obiad, trening, kolacja, trening… Bawisz się naprawdę świetnie, ale palce masz zdarte do krwi, stopy opuchnięte, połamane paznokcie, mokre od potu ubranie, obtartą pachę i prowadzisz właśnie tego dnia szóstą wojnę światową z partnerem. Dlatego kiedy ktoś rzuca lekceważąco, że jestem „tylko tancerką”, nie mając pojęcia o takiej pracy, szlag mnie trafia - irytuje się w „Party”.

Ostry reżim opłacił się - dziś ma najwyższą międzynarodową klasę S w tańcach latynoamerykańskich. Występowała w drugiej i czwartej edycji programu „Taniec z gwiazdami”. Jest zwyciężczynią Konkursu Tańca Eurowizji w 2008 roku.

Edyta Herbuś: - Ciekawie jest obcować z ludźmi, od których można się tak wiele nauczyć, którzy żyją zupełnie inaczej i mają odmienną perspektywę. Ciekawie
Lucyna Nenow Lata spędzone na parkietach sprawiły, że ma idealną figurę i świetnie prezentuje się na ekranie.

Z motyką na słońce

Właściwie mogła założyć szkołę tańca w Kielcach i zostać tam na zawsze. Ale coś ją ciągnęło w świat. Zostawiła więc swojego ówczesnego partnera i chłopaka - Tomka Barańskiego - i choć byli razem od dwunastego roku życia, wyjechała do Warszawy. Zarabiała jako tancerka, ale też występując w reklamach.

- Moje początki w stolicy nie różniły się pewnie od doświadczeń większości młodych ludzi, którzy wyruszają z rodzinnego domu do samodzielnego życia. Wynajmują ze znajomymi małe mieszkania i sami dbają o zapełnienie lodówki. Czasami trzeba było dobrze pokombinować, żeby wystarczyło do pierwszego. Ale jak widać, zmysł organizacyjny i hart ducha nie pozwoliły mi umrzeć z głodu - mówi w „Party”.

Po wygranej w konkursie Eurowizji, przestała odczuwać potrzebę rywalizacji. Dlatego zrezygnowała na dobre z tego typu imprez. Do głosu doszły wtedy jej marzenia o aktorstwie. Początkowo wszyscy tłumaczyli jej, że porywa się z motyką na słońce. Gdy pojawiała się na planie, za jej plecami szeptano: „Niech teraz ta mała pokaże, co potrafi ”. Nie brała jednak wszystkiego jak leci - nie interesują jej role, w których kobiety traktowane są przedmiotowo. Przełomem w jej karierze okazała się główna rola w spektaklu „Diwa”.

- Reakcja widzów przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Wszyscy byli wzruszeni. Kiedy zaczęli bić brawo na stojąco, popłakałam się jak dziecko - wspomina w „Gali”.

Podniecający kontrast

Oczywiście złośliwi uznali, że teatralna kariera to zasługa mezaliansu. Edyta związała się bowiem z cenionym reżyserem operowym, Mariuszem Trelińskim. Wszyscy mówili im na początku, że kompletnie do siebie nie pasują. Ona - „tancereczka” z prowincji, on wybitny intelektualista z wielkiego miasta, do tego starszy od niej prawie o dwadzieścia lat. Poznali się podczas pracy nad „Traviatą”.

- Zawsze podniecały mnie kontrasty. To niezwykle odświeżające uczucie - tłumaczył Treliński. Edyta początkowo była bardzo onieśmielona. Potem zdziwiło ją, że dyrektor Teatru Wielkiego jest tak miły i ciepły dla niej. Myślała, że podobnie zachowuje się wobec wszystkich aktorów. Okazało się, że traktuje ją wyjątkowo. I w końcu lody zostały przełamane.

- Ciekawie jest obcować z ludźmi, od których można się tak wiele nauczyć, którzy żyją zupełnie inaczej i mają odmienną perspektywę. Ciekawie jest móc spojrzeć na świat innymi oczyma. Fascynują mnie ci, którzy - podobnie jak ja - mają w sobie niepokój, ciągle szukają i nie boją się ryzykować. Mariusz jest właśnie taki - wyjaśnia w „Gali”.


Edyta Herbuś: Czuję satysfakcję ze swojej pracy, kiedy widzę wzruszenie publiczności

Wiadomo jednak - związek dwojga artystów to poważne wyzwanie. Oboje nadwrażliwi, nieraz musieli ścierać się ze sobą. Przyszedł więc i kryzys - na pewien czas rozstali się i zamieszkali osobno. Ostatecznie jednak pogodzili się i dzisiaj znowu są razem.

- Nie nadawałabym się do związku, w którym zamykam swoje marzenia w pudełeczku ze złotą kokardką, bo nam, kobietom, wpaja się, że najważniejszy jest mężczyzna. Miłość to wspólna przestrzeń, gdzie pragnienia obojga partnerów są tak samo ważne - deklaruje w „Gali”.

Jak to w świecie artystów, na razie nie legalizują swego związku. - Nie zamierzam się dostosowywać do presji otoczenia i na trzy, cztery koniecznie rodzić dziecko i wychodzić za mąż, bo to już tak zwany najwyższy czas - mówi Edyta w „Party”.

Paweł Gzyl p.gzyl@gk.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.