Dzisiejsza Polska jest królestwem nie z tego świata

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Kapala
Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

Dzisiejsza Polska jest królestwem nie z tego świata

Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

- Jest tylko jeden ratunek dla Polski - powiedział w mistycznym widzeniu Rozalii Celakówny sam Jezus Chrystus. - Jeżeli mnie uzna, z Rządem na czele, za swego Króla i Pana.

Mamy w Polsce największą na świecie figurę Chrystusa. Mamy w Licheniu jedną z największych na świecie świątyń. A od soboty będziemy, jeśli nie jedynym, to jednym z kilku państw na świecie, w którym królem i panem będzie sam Jezus Chrystus. Niełatwo w to uwierzyć, ale jutro prezydent Andrzej Duda i najwyżsi przedstawiciele rządu RP i parlamentu będą świadkami i uczestnikami intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla i Pana Polski. W Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie Łagiewnikach zostanie odczytany akt zawierzenia:

„W Jubileuszowym 1050-lecia Chrztu Polski, w roku Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia, oto my, Polacy, stajemy przed Tobą wraz ze swymi władzami duchownymi i św i e c k i m i, by uznać Twoje Panowanie, poddać się Twemu Prawu, zawierzyć i poświęcić Tobie naszą Ojczyznę i cały Naród”.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy jest to tylko religijna ceremonia, rozwiewa je bp Andrzej Czaja przekonując, że intronizacja ma być poddaniem się Polaków pod prawo Boże, bo ono stoi nad prawami człowieka. I nie ukrywa biskup, że skutki kościelnego aktu mogą być nie tylko religijne, ale i polityczne. Nic dziwnego - kolejna część aktu intronizacyjnego brzmi tak: „Króluj nam Chryste w naszych szkołach i uczelniach, w środkach społecznej komunikacji, w naszych urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku - Króluj nam Chryste”!

Zaczęło się na początku lat 30., kiedy młoda pielęgniarka Rozalia Celakówna z Krakowa doznała wizji (o cechach schizofrenicznych, jak twierdzą niektórzy dzisiejsi psychiatrzy). Dziewczynie objawiał się Jezus i przez lata domagał się intronizacji na króla Polski. W rozmowach z Rozalią przestrzegał: „Jest tylko jeden ratunek dla Polski - jeżeli mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności przez Intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym Państwie z R z ą d e m na czele”. Jednak nawet w przedwojennej Polsce mistyczka i jej wizje nie były traktowane całkiem poważnie. Niewielu spowiedników uwierzyło w jej objawienia.

W 1938 roku Celakówna miała straszliwą wizję: „Kula pękła. Z jej wnętrza wybuchnął ogromny ogień, za nim polała się obrzydliwa lawa jak z wulkanu, niszcząc doszczętnie wszystkie państwa, które nie uznały Chrystusa. Widziałam zniszczone Niemcy i inne zachodnie państwa Europy. Z przerażeniem zwróciłam się o ratunek do Pana, a on mi mówił: Nie bój się, i trzymał mnie za ramiona. Pytam go: Czy to jest koniec świata czy to jest piekło? Otrzymuję odpowiedź: Nie jest to koniec świata ani piekło, tylko straszna wojna, która ma dopełnić dzieła zniszczenia. Granice Polski były nienaruszone - Polska ocalała”.

Wiara, że przyszłość Polski zależy od koronacji Jezusa odżyła w fundamentalistycznych kręgach katolickich w latach 90. XX wieku. Do pierwszej próby uznania Chrystusa za króla Polski przez demokratyczne władze świeckie doszło w 2006 roku. Taki wniosek zgłosił poseł Artur Górski. Jednak wówczas intronizacji nie poparli najbardziej wpływowi hierarchowie. Ruchy intronizacyjne pozostawały bowiem poza kontrolą episkopatu, a biskupi zapewne obawiali się też ośmieszenia. Opór części duchownych był ogromny. Jeden z zagorzałych propagatorów intronizacji, ks. Tadeusz Kiersztyn pisał wówczas: „Na naszych oczach, w debatach telewizyjnych, w radiu i w prasie rozegrał się prawdziwy dramat - sąd nad Panem Jezusem, czy Parlament może Go ogłosić Królem Polski, czy nie? Adwokaci diabła starali się storpedować projekt uchwały o nadanie Panu Jezusowi tytułu”.

Mimowolnie ks. Kiersztyn użył sformułowania, które zdumiewa trafnością, a którego głośno nie wypowie żaden hierarcha. Intronizacja, według ks. Kiersztyna, ma ukazać, jak ważna jest zasada pomocniczości państwa dla prawidłowego funkcjonowania organizmu narodu chrześcijańskiego.

Z biegiem lat stanowisko Konferencji Episkopatu Polski ulegało zmianie - od początkowej negacji intronizacji po jej afirmację. Jednym z niewielu duchownych, którzy sprzeciwiali się głośno mieszaniu porządku religijnego i świeckiego był ks. Andrzej Luter, publicysta i doktor teologii. Nazwał tę inicjatywę fundamentalistycznym absurdem. - Wiara upolityczniona, zideologizowana nie jest żadną wiarą - przekonywał w jednym z wywiadów. Wtórował mu dominikanin o. Maciej Biskup pytając: „Czy pomysł politycznego aktu intronizowania Chrystusa na Króla Polski, nie jest uleganiem podpowiedzi samego Szatana, by przyjąć jego warunki gry? Czy w ten sposób nie ulegamy pokusie pokazania wszystkim ateuszom, kto tu rządzi”?

Tak bezkompromisowa klerykalizacja struktur dużego europejskiego państwa w drugiej dekadzie XXI wieku mogła jeszcze niedawno wydawać się niemożliwa. Gdyby intronizacja Chrystusa dotyczyła tylko Kościoła i polskiego katolicyzmu, koronowanie Boga byłoby jednym z wielu obrzędów. Jednak to wydarzenie w majestacie świeckiego państwa, z udziałem świeckich władz niesie za sobą konsekwencje polityczne. Państwo uznające Chrystusa za swojego króla staje się z wolna państwem wyznaniowym nie tylko w sferze symbolicznej. Brakuje jedynie uchwały sejmowej przyjmującej akt intronizacji i wpisania tego do ustawy zasadniczej. A to całkiem prawdopodobne - według fundamentalistycznej części katolików kolejnym etapem po intronizacji ma być „ustanowienie Jezusa jako Króla Polski z wpisaniem tego do Konstytucji oraz do szeregu formuł prawnych naszego państwa”.

W tej sytuacji pytanie czy państwo polskie, zgodnie z konstytucyjną i obowiązującą zasadą, jest neutralne światopoglądowo - staje się retoryczne. Polski episkopat krok po kroku zawłaszcza sfery życia uważane dotąd za świeckie. Czy ktoś pamięta, aby Kościół katolicki w Polsce powstrzymywał swe piętrzące się z roku na rok, z dekady na dekadę żądania?

W latach 80. ubiegłego wieku biskupi wynegocjowali z władzami PRL sprawy „bazy” głoszenia wiary: zwrot majątków kościelnych, prawo handlu ziemią i budynkami, finansowanie przez państwo ubezpieczeń duchownych, ulgi podatkowe i celne, nieskrępowane zakładanie mediów, finansowanie uczelni katolickich i dotowanie katolickich instytucji.

Po upadku PRL episkopat zażądał wprowadzenia religii do szkół i przedszkoli i uzyskał na to zgodę. Początkowo biskupi przekonywali, że katecheci nie będą pobierali pensji. Następnie hierarchowie zapytali: dlaczego oni pracują za darmo, skoro są nauczycielami jak pozostali?

Na świeckich uczelniach powstały liczne wydziały teologiczne. Setki duchownych to generałowie i oficerowie wojska, pożar nictwa, służb celnych. Pomorski Urząd Wojewódzki dorobił się pierwszego w Polsce kapelana. Teraz czas na maturę z religii, przedmiotu wiary, a nie wiedzy. Są też wymierne koszty, które „królestwo Jezusa Chrystusa” płaci Kościołowi - to setki milionów złotych rocznie ponad obowiązujące już daniny państwa.

Kościół wciskał się cicho w każdą powiększającą się szczelinę życia świeckiego, ale dopiero zwycięstwo Andrzeja Dudy i PiS otworzyło biskupom drzwi na oścież do władzy i pieniędzy. Polityka stała się religijna, a religia - polityczna. I z roku na rok, wraz ze wzrostem liczby „wrogów” Kościoła, wydłuża się wykaz biskupich żądań wobec państwa: walki z gejami, lesbijkami i transeksualistami, ideologią gender, wolnością myślenia, aborcją, sztucznym zapłodnieniem, Unią Europejską, liberalizmem, prawem, konsumpcjonizmem (nie zważając na swój feudalny status) cywilizacją śmierci, Halloween, kulturą Zachodu, z galeriami handlowymi, emancypacją kobiet, imigrantami itd. Żądaniom Kościoła nigdy nie będzie końca.

Ale dopiero teraz, po podwójnym zwycięstwie PiS, abp Stanisław Gądecki mógł triumfalnie ogłosić, że: „nastąpił ogromny przełom. Po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. Nie można też się dziwić, że bp Józef Wysocki nazwał premier Beatę Szydło i prezydenta Andrzeja Dudę darami od Boga. A Jarosław Kaczyński, najważniejszy dziś polityk w Polsce, daje hierarchom czek in blanco mówiąc wszem i wobec, że nikt nie ma prawa kwestionować roli Kościoła. Bo tylko ta instytucja jest depozytariuszem polskości, prawdy i uczciwości. Potwierdził to mówiąc, że „to zwycięstwo potrzebowało prawdy i ludzi, którzy prawdzie służą. Którzy służą Polsce. Którzy są patriotami. To zwycięstwo jest także potwierdzeniem jednej prawdy. Fundamentem polskości jest Kościół i jego nauka. I że nie może być Polski bez Kościoła”.

Niepojęte, ile milionów rodaków spycha w ten sposób „naczelnik Polski” na poziom ludzi gorszego sortu. Są wśród nich nie tylko ideowi przeciwnicy PiS, ale ci inaczej niż Kaczyński pojmujący patriotyzm i obowiązki wobec ojczyzny. Dlatego nieco złowróżbnie brzmią słowa bpa Andrzej Czai: „Akt w Krakowie Łagiewnikach nie będzie zwieńczeniem, lecz początkiem dzieła intronizacji Jezusa Chrystusa w Polsce”. Zgodnie z tezą Kaczyńskiego, że każda ręka podniesiona na Kościół, to ręka podniesiona na Polskę.

Jacek Deptułajacek.deptula@pomorska.pl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.