DJ Wika - obala mity o starości [wideo]

Czytaj dalej
Fot. Tomek Czachorowski
Jolanta Zielazna

DJ Wika - obala mity o starości [wideo]

Jolanta Zielazna

Nie ukrywa swego wieku, przeciwnie, mówi, że dzięki niemu jest znana. Gra w pubach z młodymi didżejami, prowadzi dansingi międzypokoleniowe. Wirginia Szmyt znana jako DJ Wika.

- Pani nie ma oporów przed ujawnianiem swego wieku.
- Zostałam wypromowana dzięki temu, że się nie wstydzę swoich lat. Wszędzie piszą, że 77 skończyłam, niektórzy jeszcze rok dołożą - 78. Ja w grudniu skończyłam 77 (śmiech serdeczny). Moje babeczki mówią: Wika, po co ty mówisz, że masz tyle lat?! Pytam, a co?! Wstydzicie się być moimi znajomymi?
Nie robię sobie reklamy, nie zabiegam o żadne zaproszenia! Żadne! A nie mogę się od nich opędzić! (śmiech)

Wirginia Szmyt czyli DJ Wika gra w pubach i obala mity o starości
Tomasz Czachorowski

Jak Wirginia Szmyt została DJ

- Bo, przepraszam, ilu jest DJ-ów w wieku 70 plus? Skąd wziął się pomysł, by zostać DJ? Z przekory, żeby pokazać, że nie tylko młodzi mogą grać? Z niezgody na starość?
- Nie! To przypadek! Z seniorami pracuję 23 lata, natomiast w pubie gram 16 lat...

- ... i od tego czasu jest pani DJ (didżej- dop. red.), czyli prowadzi dyskoteki, zabawy?
- Didżejem jestem ponad 20 lat. To znaczy... Nie jestem profesjonalnym DJ, jak młodzi, którzy komponują i nagrywają swoje sety. Ale na pewno jestem ewenementem, że nocą gram z młodymi DJ.

Wykorzystuję swoją popularność do walki z mitem, że starość jest niedobra.

- Ale jak to się zaczęło?
- Zwyczajnie. Gdy przeszłam na emeryturę, wolnością zadowoliłam się na dwa lata. I miałam dość! (śmiech) Brakowało mi materiału do "obróbki", bardzo umownie rzecz ujmując. Bo jestem z krwi i kości wychowawcą. Brakowało mi kontaktu, robienia czegoś.
Zaczęłam pracować z seniorami w domu kultury, organizować zabawy taneczne dla mego pokolenia. Na początku zaprosiłam didżeja. Ale jemu trzeba płacić, a zabawy miały być raz w tygodniu. Dyrekcja powiedziała, że na to nie ma pieniędzy. Podejrzałam, jaki prowadzący miał sprzęt, ponad 20 lat temu to były odtwarzacze, kasety, płyty. Pomyślałam sobie, wielka filozofia! Nakupowałam kaset, płyt, odtwarzacze w domu kultury były. No i poszło, metodą prób i błędów.



- Tylko że pani gra dla starszych w pubie!
- To później, kiedy Fundacja Wspierania Inicjatyw Artystycznych zaproponowała mi współpracę. W pubie poznałam młodych DJ. Mieli już inny sprzęt, wprowadzili mnie w tajniki komputera, nauczyli wielu rzeczy. Spotkałam też Paulinę Braun, która zaprosiła mnie do udziału w dansingu międzypokoleniowym.

- I młodzi, i starsi przychodzą?
- To łączenie pokoleń przez muzykę. Gra się z młodym DJ w klubach, do których chodzi tylko i wyłącznie młodzież. On gra muzykę, której się nie gra dla seniorów, a ja proponuję młodzieży muzykę, którą gram dla seniorów. Tworzymy klimat i pokazujemy, że możemy się wspólnie bawić, pokazać, że starość wcale nie jest taka straszna, jak ją młodzież odbiera.

- Młodzi nie byli zaskoczeni, gdy zobaczyli panią za konsoletą?
- Było bardzo duże zaskoczenie! Na początku zapraszali mnie tak, jak się zaprasza starszą panią. Myśleli, że zagram "Mały biały domek" albo "Tango Notturno", czy coś w tym stylu. A ja gram muzykę elektroniczną, gram wszystkie hity naszego wieku, lat 60., 70., 80., 90; gram muzykę zagraniczną, jive, rock, twist, muzykę latynoską no i gram muzykę klubową. Zależy, jaki jest parkiet.
No i zaczęli mnie zapraszać. Grałam w Londynie, Berlinie, w Budapeszcie - też jako starsza pani. Praktycznie karierę zrobiłam na swojej metryce (śmiech)!

- Zastanawiała się pani, czego ludzie oczekują od tych imprez? Dlaczego przychodzą?
- Na pewno narobiłam dużo fermentu. Myślę, że nikt nie przypuszczał, że się utrzymam. Zakładali, że to fanaberie ludzi starszych. Ale ja nie zamierzałam rywalizować z młodymi. Ja chciałam grać.

Siła człowieka na tym polega, że jeśli zaakceptuje siebie, jest wolny.

Starość się panu Bogu udała

- Pani jest pedagogiem. To pomaga w kontaktach?
- Bardzo pomaga, bo jestem pedagogiem nie z konieczności, a z wyboru. Jestem wychowawcą z całą odpowiedzialnością. Kocham to, co robię przez całe moje życie.

- Dopowiedzmy, że jest pani pedagogiem od trudnej młodzieży.
- Z wykształcenia jestem pedagogiem specjalnym. 30 lat pracowałam w zakładzie poprawczym. Ukończyłam uniwerek w Poznaniu, pracowałam z młodzieżą upośledzoną, ale to mi nie odpowiadało. Wolałam wyższy pułap porozumiewania. Zrobiłam w Warszawie specjalizację i pracowałam w resocjalizacji, z chłopakami po wyrokach sądowych. Zaczęłam jako wychowawca, skończyłam jako dyrektor zakładu. Karierę zawodową mam do końca spełnioną.

- W domu, dla siebie, jakiej muzyki pani słucha?
- Ciszy słucham. Proszę sobie wyobrazić, że gram całe noce, wracam o piątej rano, nieraz jest taki cały tydzień, że gram co noc.
Bardzo dużo gram. Poza tym zapraszają mnie do różnych telewizji, żebym powiedziała coś, a to jako babcia, a to o wychowaniu i tak daje. Staram się zawsze promować tolerancję, dobro, szacunek do człowieka, szacunek do starości.

- Wyniosła to pani z domu?
- Byłam jedynaczką, przeżyłam bardzo trudny okres wojny, zginęła prawie cała rodzina ze strony ojca. Jestem z Wilna, tu, na Zachód, przyjechaliśmy tylko we trójkę. Dla mnie istotna jest bliskość, stosunek do ludzi, do zwierząt. Ważna jest tolerancja, szacunek. Zresztą, lubię ludzi starych, zawsze lubiłam ludzi opuszczonych, chorych, innych. Zawsze.

- Jaka jest starość w Polsce?
- Trudno powiedzieć. Różną starość spotykam. Grając wykorzystuję swoją popularność do walki z mitem, że starość jest niedobra. Bo jest taki mit! Jestem innego zdania. Uważam, że starość się panu Bogu udała. A wie pani dlaczego?

- Wielu ludzi się z panią nie zgodzi.
- Dlatego, że starość to mądrość. Mądrość, której nam brakowało wtedy, kiedy byłyśmy młode. Mądrość, doświadczenie, dystans do wielu rzeczy. Nie zazdroszczę młodym kobietom, że są piękne, bo byłam. A młodzi nie wiadomo, czy będą starzy. Po drugie, starość to dar życia.
Czasami jednak starość jest bardzo biedna i uboga. Kojarzy się z niepełnosprawnością, chorobami, z uzależnieniem od kogoś, kojarzy się z niedbałością, przykrym zapachem. Z człapaniem po ziemi kojarzy się starość.

- Starość to też niepełnosprawność, zależność od innych. I to chyba najbardziej ludzi uwiera.
- Można być starym i można czuć się starym.
W zależności od tego, jaki człowiek był młody, taki stara się być stary. Jeżeli był aktywny, stara się być do końca aktywny, w miarę sobie pomagać.
Dwa lata chodziłam o kulach, grałam z kulami na scenie.
Mój mąż zmarł, a dwa tygodnie po jego śmierci grałam. Nie dlatego, że mi wesoło w życiu, jak mógłby ktoś pomyśleć.
Wie pani dlaczego grałam?

- ??? Po śmierci męża powinna pani być pogrążona w żałobie.
- To niech tak siedzi pogrążony, komu to potrzebne! Mój mąż by mnie kopnął z grobu, gdybym tak siedziała! Jemu nie jest to potrzebne. Cały świat nie musi wiedzieć o moim bólu i się nade mną litować.
Zauważyłam, że moja rozpacz po śmierci męża nie jest nikomu potrzebna. Dla mnie jest ważne i daje mi siłę psychiczną, że zapalę świeczkę, sprzątnę grób. Mam moich zmarłych bliskich sercu, ich zdjęcia w pokoju, ale nie muszę przesiadywać na cmentarzu.
Gram i płaczę, ale gram. Muzyka daje mi radość. Siedem lat jestem samotna. Ale nie interesuje mnie mężczyzna, żebym sobie życie ułożyła. Nie jest mi potrzebny.

- Boi się pani, że znowu może zostać sama?
- Nie mam na to czasu, proszę pani! (śmiech). Mężczyzna wymaga zaangażowania, czasu. Ja jestem zajęta muzyką, domem, w którym mam dwa koty, karmieniem bezdomnych kotów.

- Ludzie starsi potrafią zaakceptować starość? Obserwuję, że czasami trudno się z tym pogodzić.
- Wydaje mi się, że ci, którzy potrafią zaakceptować są szczęśliwi. Kto nie potrafi zaakceptować siebie, jest nieszczęśliwy. Jak żyjąc z sobą mogę siebie nie akceptować?

- Oooo, są ludzie, którzy nie zgadzają się z tym, że się starzeją. Broń Boże napisać, ile kobieta ma lat!
- Opowiem pani taką historię. Od 16 lat prowadzę również wczasy dla seniorów. Kiedyś to była mała grupa, teraz wyjeżdża 900 osób. Muszę mieć ich PESEL. I co?! Przychodzi pani osobno i pan osobno. Bo nie chcą się zdradzić przed drugim, ile mają lat! Jedno drugiemu mówi, że ma o 10 mniej!
Siła człowieka na tym polega, że jeśli zaakceptuje siebie, jest wolny. Wolny! Kiedy byłam młoda, starałam się podobać mężczyźnie, żeby zawsze wszystko było jak trzeba. Teraz mam to w nosie! (śmiech). Albo mogę się podobać taka, jaka jestem, albo wcale. Ważne, że się podobam sobie.
Uważam, że moja starość jest piękna. Pracowita, mam motywację do tego, by żyć.
Jeśli się czegoś boję, to choroby.

- Choroby i zależności?
- Właśnie. Mam rodzinę, na której mogę polegać, mam kochane dzieci.
Ja się nie wtrącam w ich życie, a oni w moje. Ale mam synów. I synowe, z którymi mam bardzo dobre relacje. Kiedy ze mną mieszkała moja mama, to była MOJA mama. Dla nich ich mama jest ICH mamą, a ja jestem mamą męża.

Wirginia Szmyt czyli DJ Wika gra w pubach i obala mity o starości
Tomasz Czachorowski Wirginia Szmyt w ubiegłym roku prowadziła zabawę międzypokoleniową na placu Kościuszki w Bydgoszczy

- Czy ta zgoda na starość, swój wiek i związane z nim ograniczenia wynikają ze spełnienia w życiu?
- Wydaje mi się, że zgoda na starość ma wynikać z mądrości życiowej, z wyciągnięcia wniosków z życia. Życie nigdy nie składa się z samych pozytywów, życie to walka, życie to również niepowodzenia, rozwody, choroby, porzucenia, rozczarowania.
Ja zawsze mam nowe wyzwania. Dziś coś się nie udało, jutro może się udać. Jeśli pierwsze małżeństwo nie spełnia moich oczekiwań, to się rozstajemy. Nie ma sensu trwać z związku, który nie przynosi satysfakcji i radości.

- Za to drugie małżeństwo było spełnieniem.
- Tak, drugie było moim spełnieniem. Gdy powiedział, że beze mnie nie może żyć, to wie pani... Na te słowa człowiek czekał całe życie. Gdyby mój pierwszy mąż powiedział, że beze mnie nie może żyć, to może bym nawet się nie rozwiodła (śmiech).

- To małżeństwo dało pani siłę, kiedy już została sama?
- Człowiek jest sam, gdy zostaje sam. Ale jeżeli jest się we dwoje, a każdy jest sam, to znacznie gorzej.
Dużo ludzi zostaje teraz we dwoje i we dwoje każdy jest sam. Każdy zamknięty w swoim pokoju, jeden kubek podpisany Krysia, drugi Jurek. Na zasadzie - nie rusz, bo to moje!
Na pewno jest sztuką i wielką radością, jeśli ludzie się razem zestarzeją, mają wiele wspomnień, wspólne dzieci, wnuki. Bo to jest... To jest tak, jak pora roku - jesień naszego życia, zbieramy owoce naszego życia. I zbieramy wspólnie. Nie każdemu się udaje. Ale zostać razem tylko dlatego, że łączy nas mieszkanie i nic poza tym? Ja do takich nie należę.

Zgoda na starość ma wynikać z mądrości życiowej, z wyciągnięcia wniosków z życia.

DJ senior wśród seniorów

- Wróćmy do tańców. Czy dużo jest imprez prowadzonych przez DJ takich, jak pani? Czy jest pani jedynym didżejem w tym wieku?
- Paru kolegów, koleżanka ukończyli kurs DJ-owski. Nie wiem, dlaczego akurat do mnie tak to przylgnęło, mam dużo zaproszeń. Może z tej racji, że jestem wygadana, że pracowałam z młodzieżą po wyrokach, że jestem pedagogiem specjalnym? Sama nigdzie się nie pcham.

- Jest pani seniorką wśród tych seniorów?
- W moim wieku nie ma nikogo. Chyba nawet jestem najstarsza w Europie.

- Nie ma pani chwil rezygnacji, zmęczenia? Myśli, że może już dać sobie święty spokój, bo naprawdę dużo zrobiłam?
- To jest całkiem ludzkie. Naprawdę, jestem czasami bardzo zmęczona. Nie mam menedżera, zdarzy się, że zapiszę dwie imprezy w tym samym terminie.
Jeden dzień odpocznę. A potem już mam dość odpoczywania.
Ale myślę o tym. Prowadzenie tych imprez jest bardzo odpowiedzialne. Są takie w mieście, gdzie na plac przychodzi 1500 osób, albo i 2000. Wychodzę i z wrażenia, ze strachu zamieram. Przecież nie jestem muzykiem, nie jestem artystą, ani wodzirejem. A mam przed sobą cały plac.

- Pani drugi mąż był dyplomatą, skosztowała pani z nim innego życia?
- Z jednym i drugim to było życie nieco inne. Pierwszy był profesorem uniwersyteckim, z drugim byłam zagranicą, pięć lat mieszkaliśmy w Szwajcarii. To jest nieco inny świat, świat rautów, przyjęć, inne towarzystwo.
A poza tym spędziliśmy z sobą ponad 30 lat.

- Była pani wtedy żoną przy mężu?
- (Śmiech) Nigdy nie byłam żoną przy mężu. Może w pierwszym małżeństwie mąż tak mnie widział, ale ja siebie nie. Dlatego się rozstaliśmy. Podczas pobytu w Szwajcarii zawiesiłam pracę. Wróciłam, pracowałam jeszcze rok i przeszłam na emeryturę.
A zagranicą pracowałam społecznie w szkole przy ambasadzie, uczyłam języka polskiego.
Jako żona charge d'affaire byłam zobowiązana do pełnienia funkcji bądź co bądź reprezentacyjnych, musiałam z mężem uczestniczyć w różnych przyjęciach, spotkaniach. Po pracy w zakładzie poprawczym to dla mnie była bajka.
Wie pani, co jeszcze mnie uderzyło? Że ci ludzie, których poznałam, bardzo zamożni, utytułowani byli tak normalni, tacy serdeczni. To jest piękne.
Nie czułam się Kopciuszkiem, ani wycofanym, zawstydzonym człowiekiem.To, co daje znajomość ludzi, znajomość życia, to człowieka wzbogaca, daje mu odwagę.

Jolanta Zielazna

Emerytury, renty, problemy osób z niepełnosprawnościami - to moja zawodowa codzienność od wielu, wielu lat. Ale pokazuję też ciekawych, aktywnych seniorów, od których niejeden młody może uczyć się, jak zachować pogodę ducha. Interesuje mnie historia Bydgoszczy i okolic, szczególnie okres 20-lecia międzywojennego. Losy niektórych jej mieszkańców bywają niesamowite. Trafiają mi się czasami takie perełki.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.