Daleko skoczą tylko na luzie

Czytaj dalej
Fot. Wacław Klag
Przemysław Franczak

Daleko skoczą tylko na luzie

Przemysław Franczak

Polska legenda analizuje kłopoty polskiej reprezentacji przed TCS.

- Martwi się pan o formę Polaków przed TCS?
- Na pewno tak. Coś nie gra w tym wszystkim. To, że te pierwsze konkursy wychodziły tak a nie inaczej, jest niepokojące.

- Kadra Łukasz Kruczka przed świętami trenowała na Wielkiej Krokwi. To może wystarczyć, żeby teraz w TCS zawodnicy wyglądali znacznie lepiej?
- A ile to było dni treningowych? Dwa? Ciężko jest coś wytrenować w tak krótkim czasie. Jeśli już coś mogło pomóc, to odpoczynek, na który mogli sobie pozwolić. To okazja do wyłączenia się ze skoków, oderwania od stresu, który jest związany z każdym startem. I może to będzie to brakujące ogniwo.

- Skąd ten kryzys?
- Coś nie spasowało. Nie chcę robić za wszystkowiedzącego, nie jestem blisko tej reprezentacji.

- Ale zna pan wszystkich zawodników, pracował pan z nimi.
- To prawda, ale nie zwierzają mi się. Widzę tyle, ile w telewizji pokażą. Z tego, co słyszę, chłopcy sami nie wiedzą, co się dzieje. Trudno więc prorokować, czy na TCS będzie dobrze.

- W skokach narciarskich nie za często pada zdanie: „nie wiemy co się dzieje”?
- Taki urok tej dyscypliny. Pamiętam, że z Adamem Małyszem też zdarzały się takie sytuacje. Zrobiliśmy wszystko jak trzeba, wydawało się, że będzie OK, ale jednak coś nie szło. Wtedy trzeba było kombinować, wycofywało się go z zawodów, żeby zrobić jeden mikrocykl treningowy i spróbować coś poprawić. Z reguły się udawało. Dla obecnej kadry to też byłby dobry pomysł, tyle że teraz jest turniej, więc nie ma o czym mówić. Zresztą nie byłoby za bardzo kim tych zawodników zastąpić. W Pucharze Świata przewinęło się ich sporo i generalnie wszyscy mieli problemy.

- Jedna z teorii głosi, że Polacy rozregulowali się tuż przed inauguracją sezonu, bo po treningach na torach lodowych wrócili jeszcze na ceramiczne. Różnica rzeczywiście jest aż tak duża?
- Nie jest, ale w tej chwili są tak małe różnice w wynikach między zawodnikami, że drobiazgi mogą mieć wpływ na gorsze skoki. Na pewno byłoby lepiej, gdyby przed inauguracją zawodnicy mieli możliwość przeprowadzenia 2-3 treninów na torach lodowych. W Polsce takich nie mamy, ale można ich było poszukać. Może więc trochę za bardzo zaufali wtedy tej swojej niezłej dyspozycji, bo przecież nic nie wskazywało, że tak to będzie wyglądać.

- A potem, gdy nic nie wychodziło, wszystko się posypało?
- Jeden, drugi nieudany start i przychodzi taki moment, że zawodnik chce coraz bardziej, a coraz mniej mu wychodzi. Nie wiem, czy wszystkich dopadło coś takiego, ale w skokach naszych chłopaków brakuje luzu, są spięci. A żeby latać daleko, musi być pełen luz, pełna kontrola. To swobodne skakanie widać u tych najlepszych. Ci, którzy dobrze weszli w sezon, zaczęli uciekać reszcie. Bawią się skokami.

- TCS od siedmiu edycji wygrywają Austriacy. To się zmieni?
- Dużo na to wskazuje, ale to jest Turniej Czterech Skoczni, specyficzna impreza. W żadnym konkursie nie można sobie pozwolić na zepsuty skok. Teraz bawić się w typowanie kandydatów do triumfu jest łatwo: Prevc, Freund, Norwegowie. Ale to też wróżenie z fusów, bo - tak jak mówię - trzeba oddać osiem dobrych, równych skoków. Ale zdarzało się też, że zawodnik bez wygranego konkursu wygrywał cały turniej, a zawodnik z trzema wygranymi konkursami musiał obejść się smakiem.

- A pan jak go wspomina? W czterech konkursach stał pan na podium, dwukrotnie zajął w klasyfikacji generalnej 7. miejsce...
- Wyniki na pewno nie były złe, ale były dwa turnieje, w których mogłem być w „szóstce“.

- W 1986 roku do podium zabrakło 14 punktów. Tylko czy aż?
- W tamtych czasach to nie było dużo. W zawodach były większe różnice punktowe niż dzisiaj, nie było przeliczników, nie było mieszania rozbiegami. Wydaje mi się, że troszkę było łatwiej, mimo że w konkursach startowało dużo więcej zawodników, bo 110-120. Kwalifikacji nie było, do finałowej serii awansowało 50 najlepszych.

- Teraz z zazdrością patrzymy na Norwegów, którzy szturmują klasyfikację PŚ. Jak to się robi?
- Norwegowie sami mieli kilka lat temu problem, musieli ciężko popracować, żeby wyjść z dołka. Teraz jest efekt. A my na razie nie rozdzierajmy szat. Mimo wszystko mam nadzieję, że od TCS naszym chłopakom pójdzie już z górki.

Przemysław Franczak

Życie, wszechświat i cała reszta. Wydawca, autor felietonów: społeczno-polityczno-kulturalnego "Smecza towarzyskiego" oraz sportowego "Sporty bez filtra". Korespondent Polska Press Grupy z siedmiu igrzysk olimpijskich.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.