Rajmund Wełnic

Czarnobyl, atom, zagrożenie. Nikt nie chce powtórki sprzed 36 lat

Samosioły - ludzie, którzy do dzisiaj zamieszkują Strefę Wykluczenia utworzoną w Czarnobylu i jego okolicach po katastrofie. Fot. Tomasz Markowski Samosioły - ludzie, którzy do dzisiaj zamieszkują Strefę Wykluczenia utworzoną w Czarnobylu i jego okolicach po katastrofie.
Rajmund Wełnic

36 lat temu rozegrał się tam dramat, którego byliśmy świadkami i ofiarami. Agresja Rosji na Ukrainę sprawiła, że wspomnienia tamtych dni powróciły. Wspomnienia i strach.

24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę. Jeden z frontów armia Putina otworzyła na północy kraju, atakując z terytorium Białorusi. Już w pierwszych dniach zajęła elektrownię atomową w Czarnobylu, a wkrótce potem największy tego typu obiekt w Europie, czyli elektrownię w Zaporożu na południu Ukrainy. W powszechnej opinii Rosjanie zajęli elektrownie, aby kontrolować produkcję energii, a jednocześnie mieć atomowy straszak. I palec na cynglu trzymali przez ponad miesiąc, bo teren elektrowni - plądrując ją na odchodne - opuścili z początkiem kwietnia.

Elektrownia w Czarnobylu od lat nie produkuje już prądu. Jest - a przynajmniej powinna być - pod nadzorem specjalistów strzegących wyłączonych reaktorów i sarkofagu skrywającego reaktor, w którym w roku 1986 doszło do wybuchu. Ryzyko powtórki katastrofy jest dziś bardziej realne niż kiedykolwiek, a odpowiednie służby non stop monitorują poziom skażenia w Europie. Na szczęście na razie pozostaje on w normie.

To wszystko dzieje się w przededniu kolejnej rocznicy katastrofy czarnobylskiej elektrowni atomowej. Eksplozja w Czarnobylu na długo zrujnowała zaufanie do energetyki atomowej. W Polsce wkrótce potem podjęto decyzję o zaprzestaniu budowy elektrowni w Żarnowcu, choć tu decydujące znaczenie miały względy finansowe, bo bankrutującego PRL nie było stać na kontynuowanie drogiej inwestycji.

Wielkie picie płynu Lugola

Dramat rozegrał się 26 kwietnia 1986 roku. W wyniku porażających błędów ludzkich i wadliwie zaprojektowanego reaktora podczas testu bezpieczeństwa doszło do wybuchu jednego z bloków elektrowni atomowej w Czarnobylu. Władze sowieckie nie kwapiły się z poinformowaniem o zagrożeniu skażeniem radioaktywnym nie tylko swoich mieszkańców, ale też zagrożonej radioaktywnym opadem Europy.

I pewnie tragedię i jej rozmiar długo skrywałaby tajemnica, gdyby nie to, że radioaktywny obłok wiatr zaniósł też nad Skandynawię i tamtejsze służby radiologiczne podniosły alarm.

Oczywiście nie można też było liczyć na informację ze strony polskich władz i dopiero wtedy, gdy sprawa zrobiła się głośna na Zachodzie, przystąpiono do akcji. Upłynęły już jednak bezcenne godziny i dni. Masowa akcja picia płynu Lugola, czyli wodnego roztworu jodu z jodkiem potasu, w Szczecinku rozpoczęła się dopiero 1 maja. W innych rejonach Polski nieco wcześniej, w sumie podano go prawie połowie Polaków.

Nikt nawet nie spróbował i nie odważył się odwołać pierwszomajowych pochodów czy zamknąć szkół, choć trzeba przyznać, że i tak jak na stosunki PRL-u była to w miarę samodzielna operacja władz polskich. Co ciekawe, zdecydowano się na nią, mimo że Sowieci, po początkowych zaprzeczeniach na temat katastrofy, potem długo bagatelizowali jej skutki i słali na Zachód i do sojuszników uspokajające informacje co do skali tragedii.

„Głos Pomorza” o wybuchu poinformował dopiero 2 maja. Dużą część gazety zajęły uspokajające komunikaty władz centralnych, ale znalazło się też miejsce na migawkę i zdjęcie z picia roztworu jodowego przez dzieci w przychodni zdrowia w Świeszynie.

W Szczecinku dzieci i młodzież, bo głównie tę grupę ludności objęła akcja picia płynu Lugola, maszerowały wprost z pochodu do dziecięcej przychodni zdrowia przy obecnej ulicy Ordona. Utworzyła się gigantyczna kolejka. Nikt specjalnie nie wiedział, dlaczego dzieciakom serwuje się obrzydliwie smakującą ciecz i czemu to ma służyć.

Roztwór ten jest używany w medycynie do leczenia chorób tarczycy, mocno rozcieńczony bywa też stosowany do płukania i odkażania gardła. Polscy radiolodzy - jak się potem okazało, nieco na wyrost, uznali, że trzeba jakoś ochronić ludność przed wchłanianiem radioaktywnego izotopu jodu, który dostał się do atmosfery po wybuchu w Czarnobylu. Jod zawarty w płynie Lugola miał powstrzymać wchłanianie radioaktywnego jodu, który mógł spowodować raka tarczycy. Po latach, gdy znano już rozmiary skażenia, szef Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej Zbigniew Jaworowski w rozmowie dla tygodnika „Polityka” przyznał, że gdyby wówczas wiedział, jakie jest zagrożenie, to pewnie nie zdecydowałby się na masowe aplikowanie płynu Lugola.

Atomowy gwóźdź do trumny ZSRR

Traf chciał, że w tych dniach do Szczecinka z okazji 1 Maja przyjechała delegacja sportowców z zaprzyjaźnionego Neustrelitz w Niemieckiej Republice Demokratycznej. O ile u nas skąpe informacje o Czarnobylu oficjalnie były przekazywane i próbowano uchronić ludzi przed skutkami promieniowania, o tyle w NRD panowało kompletne embargo na wiadomości o katastrofie. Niemcami opiekował się nieżyjący już Kazimierz Margol, ówczesny dyrektor szkoły zawodowej. - Byli mocno zaniepokojeni, bo nie wiedzieli, co się stało, czy coś grozi młodzieży - wspominał. - Po gorączkowych naradach zdecydowali się podać młodym Niemcom płyn Lugola.

Zdzisław Szyszło ze Szczecinka na podstawie szczątkowych informacji z oficjalnych mediów i nasłuchu Radia Wolna Europa sporządził odręcznie rysowaną mapkę ze strefami opadu radioaktywnego. W Skandynawii normy promieniowania tła przekroczono nawet kilkaset razy. Danych z Polski nie ma, widzimy tylko, że Czarnobyl w linii prostej od Szczecinka dzieli blisko tysiąc kilometrów.

Skala zakłamania władz chylącego się do upadku Związku Sowieckiego była porażająca. Dla kraju koszty katastrofy w Czarnobylu - wraz z interwencją w Afganistanie - okazały się gwoździem do trumny. Bezpośrednio w wyniku napromieniowania zginęło ponad 100 strażaków, żołnierzy i górników. Przesiedlono kilkaset tysięcy ludzi mieszkających w strefie skażenia, a prawdopodobnie kilkadziesiąt tysięcy osób zmarło w latach następnych w wyniku zachorowań na raka spowodowanego przez promieniotwórcze izotopy, które dostały się do atmosfery.

Czarnobyl przed inwazją

Po latach epilog do tej historii dopisał Tomasz Markowski, kierowca zawodowy ze Szczecinka, który jesienią zeszłego roku wybrał się na wyprawę do Czarnobyla.

- W roku 1986 miałem dwa latka i żadnych wspomnień, nawet z picia płynu Lugola - mówił pan Tomasz, który swoją wiedzę o tym wydarzeniu i miejscu czerpał tylko z filmów, zdjęć i przekazów medialnych. - Pomysł pojechania tam pojawił się w mojej głowie, gdy zobaczyłem dokument o samosiołach (staruszkach, którzy zostali w strefie, wspomaganych przez uczestników wypraw - red.).

Na własną rękę do zony wokół Czarnobyla można się było przed wojną dostać, uzyskując odpowiednie zgody władz. Ale lepiej zdać się na doświadczonych organizatorów, który wszystko perfekcyjnie przygotują, a przynajmniej mogli to zrobić do wybuchu wojny.

Czym jest czarnobylska Strefa Wykluczenia? Aby to zrozumieć, trzeba tam być. Pan Tomasz spędził w niej trzy dni. Zewnętrzna Strefa Wykluczenia to dostępny wyłącznie za przepustką teren z nielicznymi ocalałymi wioskami i wpół żywym miastem Czarnobyl, które w pewnym zakresie funkcjonuje jako widmowe, senne miasteczko pracowników strefy i nielicznych gości. Tam spał, w hotelu w Czarnobylu, gdzie czas zatrzymał się w latach 80. XX wieku.

Wewnętrzna Strefa Wykluczenia za kolejną strefą kontroli granicznej i kontroli dozymetrycznej to wymarłe centrum wydarzeń: elektrownia, Prypeć i radary DUGAz. Przewijają się tutaj wyłącznie pracownicy, turyści, strażnicy, policja, patrole administracji, turyści-eksploratorzy i nielegalni stalkerzy.

Prypeć

Licząca 50 tys. mieszkańców Prypeć miała być modelowym miastem komunizmu: o najniższej średniej wieku w ZSRR, pełnym małych ekspertów dzięki licznym szkołom i przedszkolom. Miastem wyjątkowym nawet na tle innych „atomgradów” (miast atomowych).

Przyroda całkowicie przejęła strefę i przykryła Prypeć gęstym lasem. Tak gęstym, że jadąc głównymi arteriami miasta, można nie zauważyć budynków kilka metrów dalej. Wymarłe, niemal odcięte od ingerencji człowieka miejskie tereny w zaledwie 36 lat stały się rezerwatem dzikiej przyrody.

Rajmund Wełnic

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.