Co policjant może zrobić, jeśli obywatel nie wykona jego polecenia

Czytaj dalej
Fot. Fot. KRZYSZTOF LOKAJ
Marcin Rybak

Co policjant może zrobić, jeśli obywatel nie wykona jego polecenia

Marcin Rybak

Funkcjonariusze i ich konie świetnie nadają się na przykład do rozdzielania grup walczących ze sobą kibiców. Czy policjant może strzelać? Kogo nie wolno razić paralizatorem? Jak zakładać kajdanki? Czyli rzecz o środkach przymusu bezpośredniego

Scena jak z filmu. Lata 90. ubiegłego wieku. Centrum Wrocławia. Dwaj mężczyźni przy luksusowym samochodzie z zagranicznymi numerami rejestracyjnymi. Nagle jeden z nich tłucze szybę w aucie. Potem razem z kolegą wyciągają na ulicę kierowcę i „rzucają na maskę”.

Ci dwaj to policjanci kryminalni. Wówczas elita policji. Spece od łapania złodziei samochodów. Kierowca - blady z przerażenia - obywatel jakiegoś zagranicznego państwa.

Co zrobił? Ano nic. Oni chcieli wylegitymować. A on - na widok nieumundurowanych policjantów - zaczął uciekać. Myślał, że to bandyci. Dogonili go, zatrzymali, a on zamknął się w środku samochodu. - No to kolega jakąś pompką wybił szybę i wyciągnął go z auta - wspomina dziś jeden z uczestników tej akcji. - Przepraszaliśmy potem. On myślał, że napadli go bandyci, a my mieliśmy obowiązek kontrolować kierowców różnych aut. Szczególnie dobrych, zagranicznych. Bo takie często w Polsce ginęły.

Cóż zrobili owi kryminalni funkcjonariusze? No, „rzucili człowieka na maskę”. Oficjalnie „użyli środków przymusu bezpośredniego”. Bo człowiek nie chciał się zastosować do poleceń wydawanych przez policjantów. Co to te środki? Skąd się wzięły?

- Pan chce o środkach? Ustawę proszę przeczytać - mówią w biurze prasowym dolnośląskiej policji. - Tam wszystko jest. Jakie to środki, kiedy i jak ich użyć. Kiedy i jakich używać nie wolno.

Tych środków jest wszystkiego siedemnaście. Od tak banalnych, jak „siła fizyczna”, przez „środki pirotechniczne o właściwościach olśniewających albo ogłuszających albo psa czy konia służbowego”. To nie pomyłka. W przypadku konia „środkiem przymusu bezpośredniego” jest jego masa.

Przeciętny Polak najczęściej spotyka się ze „środkiem przymusu” zwanym siłą fizyczną. Owa siła - ustawowo - to aż cztery podpunkty. Najczęściej spotykane to „chwyty obezwładniające” i „chwyty transportowe”. Ogólnie mówiąc chodzi o to, by osobę, która nie chce z nami iść dobrowolnie, przymusić do tego. Ważne, by to przymuszanie było sprawne i szybkie.

- Bo jak człowiek zaczyna się szarpać, nie daje sobie rady, to zaraz robi się sensacja i zbiegają się gapie - opowiada wrocławski policjant. - Pamiętam, jak raz z kolegą zatrzymywaliśmy takiego przestępcę. Wysoki, sprawny, napakowany, bo w więzieniu cały czas trenował. Nas było dwóch. Położyliśmy go na ziemię i w minutę był w radiowozie. W naszym przypadku nie było gapiów, tylko jacyś ludzie z jego rodziny, którzy wykrzykiwali coś pod naszym adresem.

W „chwytach transportowych” chodzi o to, by zaprowadzić z miejsca na miejsce człowieka, który niespecjalnie ma ochotę z nami gdzieś iść. Tego typu technik przeciętny policjant uczy się na kursie podstawowym.

- I potrafi to robić w praktyce, a nie na szkoleniu?

- Niespecjalnie. Dziś młodzież mało ćwiczy. Mało jest zajęć WF-u. Przychodzi do nas do policji potem taka wychowana na hamburgerach z restauracji szybkiej obsługi. I tacy później jeżdżą w patrolach - tłumaczy funkcjonariusz X.

- Są sale gimnastyczne. Trzeba by ćwiczyć. Ale mało jest na to czasu - dodaje policjant Z.

- Chwyty? Jak mnie zawijali, to nie było żadnych chwytów - wspomina były wrocławski gangster. - Po prostu policjant kładł ręce na kaburze z bronią i mówił: „Na ziemię”. A potem: „Ręce”. Uwierz mi, Marcin: każdy się wtedy kładzie i daje ręce do tyłu, a oni zakładają kajdanki.

To też jeden z częściej spotkanych „środków”. Po co się go stosuje? Ano - czytamy w specjalnym materiale, jaki można znaleźć na internetowej stronie szkoły policyjnej- „do obezwładnienia osoby przez zadanie bólu lub do zablokowania kończyn”.

Każdy policjant, który ma pałkę, musi zaliczyć test: wiedzieć, kiedy i jak może jej użyć, a kiedy nie. Musi więc wiedzieć choćby to, że zatrzymanego nie bije się w głowę, szyję, brzuch czy też inne szczególnie wrażliwe części ciała. Chyba że mamy do czynienia z „bezpośrednim zagrożeniem życia lub zdrowia”.

Ma je każdy policjant. Warto, by nie gubił do nich kluczyków - kilka lat temu we Wrocławiu funkcjonariusze przykuli do znaku drogowego awanturującego się nieszczęśnika i kluczyki zgubili...

Paralizator? Nie celujemy w głowę i nie używamy go wobec osoby zakutej w kajdanki
Fot. KRZYSZTOF LOKAJ Paralizator? Nie celujemy w głowę i nie używamy go wobec osoby zakutej w kajdanki

Dla nas kajdanki to kajdanki. Zakłada się je na ręce i już. Ale w myśl przepisów co innego na ręce z przodu, a co innego z tyłu. Zasadniczo kajdanki zakłada się z tyłu. Chyba że policjant oceni, że zatrzymany nie będzie się wyrywał, uciekał czy w jakikolwiek sposób utrudniał czynności policjantów. Wtedy można skuć go z przodu.

- Kajdanki? - wspomina były wrocławski gangster. - Siedziałem kiedyś na komisariacie. Byłem przykuty do krzesła za ręce i za nogi. A przede mną stał antyterrorysta z bronią gotową do strzału. „Tylko się rusz” - usłyszałem.

Ano właśnie. Kajdanki mogą być też na i na ręce, i na nogi. Połączone ze sobą. To tzw. kajdanki zespolone. Zakłada się je najgroźniejszym gangsterom czy terrorystom. Albo skazanym ze statusem „niebezpieczny”. Mając takie kajdanki, przestępca z pewnością nie ucieknie.

Paralizator, inaczej zwany taserem. Tak jak z każdym tego typu „środkiem przymusu”, ten, kto ma go na wyposażeniu, przeszedł specjalne przeszkolenie i zdał test.

O paralizatorze od kilku dni jest głośno za sprawą tragedii na wrocławskim komisariacie policji przy ulicy Trzemeskiej. Zatrzymany na wrocławskim Rynku mężczyzna, jak twierdzi policja, był tak agresywny, że użyto paralizatora, by go obezwładnić.

Co musi wiedzieć każdy policjant posiadający paralizator? Dwie ważne rzeczy. Po pierwsze - nie celujemy w głowę. Po drugie - nie wolno używać paralizatora wobec osoby, która ma założone na rękach kajdanki. Dlaczego? Bo tak mówi prawo. Ustawowy zakaz. I tyle. A kiedy w ogóle wolno użyć paralizatora? Choćby wtedy, gdy osoba „stawia czynny opór”. Czyli wyrywa się, próbuje uciekać.

- Jestem dobrym strzelcem - chwali się wrocławski policjant kryminalny.

Broń to ostateczność. Tak mówią prawo i logika. Używa się jej wtedy, gdy nie ma innego wyjścia. Ściślej, gdy zawiodło wszystko inne. Albo gdy z góry wiemy, że nic innego nie zadziała. Jak strzelać? Najlepiej w ogóle nie strzelać. A jeżeli już, to tak, by wyrządzić możliwie najmniejszą szkodę.

Żeby w ogóle myśleć o strzelaniu, policjant musi przeprowadzić krótką, ale niezwykle istotną procedurę. Musi krzyknąć, że jest z policji. Musi „wezwać osobę do zachowania zgodnego z prawem”. Na przykład by przestępca rzucił broń, przestał uciekać czy „odstąpił od używania przemocy”. Jeśli przestępca nie usłucha, policjant krzyczy: „Stój, bo strzelam!”. Potem oddaje strzał ostrzegawczy „w bezpiecznym kierunku”. Wtedy może strzelać w stronę przestępcy.

Jest też „procedura skrócona”, gdy nie ma czasu na wszystkie okrzyki i strzały ostrzegawcze. Choćby dlatego, że naprzeciwko policjanta stoi uzbrojony po zęby gangster, którego żadna procedura nie obowiązuje. Wtedy policjant po prostu strzela, bo broni życia swojego albo innej osoby.

Prawo szczegółowo opisuje, kiedy i jak policjant może strzelać. Choćby po to, by zatrzymać samochód, jeśli za kierownicą siedzi zdeterminowany szaleniec, który próbuje przejechać policjanta. Przypominaliśmy niedawno podobną historię. Jej bohaterem był policjant „Kola”, późniejszy „Agent Tomek” - superagent CBA, a potem poseł. Kierujący samochodem złodziej aut nie chciał się zatrzymać. Gangster o pseudonimie „Rożek” jechał autem wprost na „Kolę”. Ten wyciągnął broń i strzelał za uciekającym samochodem.

A co jak się policjant pomyli? Strzeli, kiedy nie trzeba, źle użyje pałki albo kajdanek? Będą kłopoty. Czeka go dyscyplinarka i postępowanie karne. Za przekroczenie uprawnień. A za to grozi kara nawet trzech lat więzienia. Tymczasem policjant czasem musi reagować bardzo szybko. Bywa, że ma sekundy na decyzję, co robić. Ten, który w niedzielę używał paralizatora na Rynku, pomylił się, bo raził człowieka w kajdankach. Zapomniał, że ustawa na to nie pozwala?

Marcin Rybak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.