Barbara Bursztynowicz: - Skoro Elżbieta w „Klanie” tak postępuje, to może ma rację

Czytaj dalej
Fot. Andrzej Wiktor
Roman Laudański

Barbara Bursztynowicz: - Skoro Elżbieta w „Klanie” tak postępuje, to może ma rację

Roman Laudański

Ile można tkwić w jednej roli? Czasami mam pokusę, żeby gdzieś uciec - przyznaje aktorka, Barbara Bursztynowicz - od 18 lat grająca w „Klanie” rolę Elżbiety Chojnickiej.

Czy rola Elżbiety w serialu „Klan” nie jest trochę zbyt monotonna? Może w jej życiu coś się powinno wydarzyć?
Kiedyś rzeczywiście słyszałam opinie, że Elżbieta jest zbyt uległa, że wszystko bierze na siebie, nie potrafi się sprzeciwić losowi i tak po prostu tupnąć nogą. Ta postać już się bardzo zmieniła i pewnie za moją sprawą. Nie zgadzam się z jej wszystkimi decyzjami, wyborami i podejściem do problemów. Próbuję w tę rolę wlać więcej temperamentu, pazura, żeby Elżbieta więcej się buntowała. Nie jest już tylko biernym odbiorcą różnych przykrych zdarzeń w rodzinie. Ona tylko doradzała, niby nie miała swojego zdania, a przecież tak naprawdę je miała. Jej rola się zmienia. Racje się równoważą. Raz ma, raz nie ma, ale tak jest w życiu. Przecież w życiu też nie zawsze jesteśmy przekonani o słuszności swojego zdania, które jest w kontrze do partnera lub otoczenia. Elżbieta nie jest monotonna, buntuje się, krzyczy, może jeszcze nie tupie nogami, ale... Wszystko zależy od panujących w rodzinie napięć. Dodam, że reżyserzy czasami przywołują mnie do porządku, kiedy za bardzo odbiegam od postaci.

Czyli buntuje się pani, pracuje nad rolą Elżbiety!
Na szczęście reżyserzy dają mi się trochę w tej roli wyżyć. Przez 18 lat trwania serialu udało mi się zagrać tyle stanów emocjonalnych Elżbiety, że nie można powiedzieć, iż jest to jednostajna i nudna postać. Czasami tak, ale w życiu też czasami jesteśmy nudni, a „Klan” to jest serial o życiu.

Przepraszam, chciałem tylko panią sprowokować do tego, by zasugerowała pani scenarzystom, żeby wysłali Elżbietę na turnus sanatoryjny do Inowrocławia lub Ciechocinka... Może ona by się tam zakochała, kimś zafascynowała?
O nie, ona już raz się zakochała i miało to poważne konsekwencje! Ani scenarzyści tego nie chcą, ani publiczność. Elżbieta jest przykładem kobiety zrównoważonej, takiej, która jest ostoją w rodzinie i ma nad nią pieczę, wprowadza do niej spokój. Ona wycisza, jest w stanie wytłumaczyć wszystkich, co - przyznam - czasem mnie denerwuje. Wydaje mi się, że babcia w tym wieku nie powinna aż tak bardzo ulegać kaprysom wnuczka czy córki, którym brakuje jeszcze życiowego doświadczenia. Ktoś mi jednak słusznie to wytłumaczył, bo sama jeszcze nie jestem babcią. Babcie są najbardziej tolerancyjne wobec wnuków. I taka właśnie jest Elżbieta. Która babcia pozwoliłaby wnuczkowi zamieszkać u siebie ze starszą dziewczyną?! A wnuczek jest nieletni! Elżbieta woli go mieć na oku niż wypuścić gdzieś, gdzie otoczenie i środowisko mogłoby wypaczyć mu charakter. Można powiedzieć, że to przesadna tolerancja. Ale publiczność, która myśli tak jak ja w tej chwili, przyzwyczaja się do takiego stanu. Na tym w ogóle polega telenowela. Przyzwyczajamy się do postaci, które zawsze traktowaliśmy jako dobre, zrównoważone, z których warto brać przykład, bo one dużo wnoszą w nasze prywatne życie. Myślimy: skoro Elżbieta tak postępuje, to może ona ma rację?

I nie ma w niej miejsca na odrobinę szaleństwa na turnusie w Inowrocławiu?
Elżbieta już nie może się zakochać. Jerzy, jej serialowy mąż, poprawił się przecież, przestał ją zdradzać. I potrafi z nią rozmawiać na tzw. poziomie; chociaż czasami gada głupstwa, jak każdy z nas. Zakochanie tej postaci byłoby może niesmaczne - chociaż to zbyt brutalne określenie. Ona ma prawo do zakochania...

... nie wypada jej w tym wieku?
Wypada, ale przypomnę, że nie mamy wpływu na scenariusz. Może się pojawiać pan, który będzie dla niej miły i który ją zafascynuje, ale musi być jakiś powód, żeby się zakochała. Chyba że ekipa „Klanu” dostałaby zaproszenie do Inowrocławia i w sanatorium nakręcilibyśmy kilka scen...

Czyż to nie dodałoby akcji trochę pieprzu?
Oczywiście, ja również uważam, że trzeba zmieniać miejsca akcji, bo zawsze kamery stoją w tym samym miejscu, a my wiemy, czego będzie oczekiwał od nas reżyser. Przyjazd do Inowrocławia i odetchnięcie innym powietrzem, pięknym miastem i okolicą byłoby znakomitą odmianą, ale wie pan, ile to kosztuje? To bardzo droga inwestycja. W Warszawie znamy już miejsca, gdzie można nakręcić taniej, a przywiezienie całej ekipy do Inowrocławia? Statystów? Można ich zatrudnić na miejscu, ale trzeba za to zapłacić. Wiem, co odpowiedziałby producent na taką wyjazdową propozycję.

Reżyser Jerzy Gruza mówił kiedyś „Pomorskiej”, że nakręciłby serial o tym, co dzieje się w sanatoriach...
Jan Nowicki napisał cudowną opowieść o sobie samym i o pensjonariuszach. Mam bogatą wyobraźnię i wyczuwam ten „ciechocinkowy” nastrój. Tylko - proszę mi wierzyć - to wszystko jest dziś kwestią pieniędzy.

„Klan” jest jednym z tańszych seriali, ale i tak to wszystko dużo kosztuje.
Skoro już rozmawiamy o pieniądzach, o zarobkach aktorów nic pani nie powie?

Prasa pisze głupstwa, kiedy twierdzi, że aktorzy zarabiają jakieś straszne duże pieniądze. Nieprawda!
To są pieniądze, za które można godnie żyć. Nie muszę się martwić, czy mi nie wystarczy do końca miesiąca, ale muszą sobie odkładać na emeryturę, która w przypadku aktorów jest bardzo niska. Muszę sobie odkładać teraz, żeby po najdłuższym życiu „Klanu” mieć za co żyć.

Rozumiem, że o wiek emerytalny nie powinienem pani pytać.
Jestem już na wcześniejszej emeryturze, bo aktorki mogły przechodzić na nią w wieku 55 lat.

„Aktorki tracą swoją wartość rynkową mniej więcej w tym czasie co dziwki. Aktorzy za to osiągają wtedy największy finansowy potencjał” - irytuje się Meryl Streep w „Wysokich Obcasach”.
Hollywood i Polska to przecież są dwa różne światy, których proszę nie mieszać. Proporcje są nieporównywalne! Zarobki - to są przepaści.

Aktorzy rzeczywiście zarabiają więcej niż aktorki?
Przecież nie wszyscy. Ona opowiada o tym z perspektywy gwiazdy światowego kina. Niech nie narzeka. Może znalazła się w chwilowej „dziurze” między rolami? Gwiazdy z wiekiem stają się coraz droższe, zarabiają, ale w Ameryce. Byłam na wycieczce w Hollywood, widziałam te studia filmowe...

...i nie pojawiła się myśl o zagraniu w takiej produkcji filmowej?
Oczywiście, że się pojawiła, ale Hollywood też upada. Tam również jest kryzys. Przepiękne, świetnie wyposażone studia stoją puste. Ale widziałam też roześmiane twarze aktorów, którzy kręcili pewnie jakiś serial. My jednak przy nich jesteśmy zgrzebnym narodem i w takich warunkach kręcimy filmy.

Jak wygląda kuchnia „Klanu”?
Wszystko zależy od tego, czy dany wątek jest rozbudowany. Jednemu poświęca się więcej czasu, inny jest wart rozciągnięcia, ale nagle się kończy. Aktorzy mają zajęcie w zależności od tego, ile roli napisze dla nich scenarzysta.

Rola Elżbiety od 18 lat jest trzonem, filarem serialu.
Jednym z kilku, ale gdyby mnie nie było, to też byłby sposób, żeby wypełnić moje miejsce. Pewnie ci widzowie, którzy mnie lubią, przez chwilę by tęsknili, ale później pokochaliby innych aktorów - przecież następuje wymiana, to zjawisko normalne. Ja też miewałam kryzysy. Myślałam: ile można tkwić w jednej roli?

Mamy stałą publiczność, która jest do nas tak przywiązana, że nie wyobraża sobie życia bez „Klanu”.

To przecież kawał życia!
Dorosłego życia. Czasami mam pokusę, żeby znaleźć jakąś odskocznię, gdzieś uciec. Takie spotkania jak dzisiejsze w Inowrocławiu są bardzo ciekawe.

A teatr?
Genialna odskocznia. Teatr to jest moja miłość. Jestem zwierzęciem teatralnym, to podstawa mojej pracy w tym zawodzie. Mógłby istnieć tylko i wyłącznie teatr i przez lata tak było. Rola w „Klanie” spadła mi z nieba w dojrzałym życiu. Byłam wtedy ukształtowaną aktorką teatralną, dlatego woda sodowa nie uderzyła mi do głowy (śmiech). Tasiemcowe seriale pojawiły się jednocześnie z „Klanem”.

Pani musi lubić tę rolę, żeby grać ją przez ponad 2800 odcinków!
Raz ją lubię, a innym razem nie cierpię! Najtrudniejsze są momenty, kiedy zagląda się do scenariusza i widzi źle napisaną scenę.

To jeszcze można jakoś odkręcić?
Ja nigdy się nie poddaję. Tłumaczę, że Elżbieta nigdy by tak nie powiedziała. Czasami ulegam, żeby się nie kłócić - zresztą już nikt nie chce się ze mną o to kłócić. Ja również kształtowałam przecież tę Elżbietę. Musiałam ją polubić, ale w życiu nie zawsze siebie lubimy, prawda? Mamy dużo wad, popełniamy głupstwa. Czasami zastanawiam się, jaki człowiek jest marny w swoim działaniu. Elżbieta też jest taka. Raz fajna, raz beznadziejna!

Zarobki? Nie muszę się martwić, że mi nie wystarczy do końca miesiąca, ale muszę odkładać na emeryturę - niską dla aktorów

Gracie w „Klanie” wielopokoleniową rodzinę, której w życiu próżno szukać.
Przecież z przyczyn materialnych młodzi latami nie mogli mieszkać osobno, bo ich na to nie było stać, ale dziś młodzież nie chce mieszkać kątem u rodziców. Ma jakieś możliwości.

Jak zmieniali się widzowie przez te 18 lat?[b]
Mamy stałą publiczność, która jest do nas tak przywiązana, że nie wyobraża sobie życia bez „Klanu”. Ona trochę się zmienia, ale najwięcej dowiaduję się podczas takich spotkań jak to tutaj, w Inowrocławiu. Na spotkania jeżdżę z moimi felietonami, które zostały wydane w książce. To okazja do rozmów z ludźmi. Najchętniej ogląda nas piękna prowincja. Ludzie, którzy też tęsknią za rodziną. Warszawa jest zwariowana, to miasto singli, „słoików”. Tu się trudno skupić, ale przecież wielu młodych nosi w sobie tęsknotę za spotkaniem z mamą, żeby usiąść, poskarżyć się. Te „słoiki” wyjeżdżają z Warszawy, wracają do mam, przy których wyrzucają swoje stresy. Też powinien powstać serial na ten temat, a może już jest?

Przepraszam, ale czy przypadkiem bardziej nie przejmujemy się wymyślonymi problemami bohaterów „Klanu” niż interesujemy się marudną ciotką?
Na początku też zastanawiałam się, kto ogląda seriale? Ale serial wycisza, daje poczucie, że nie jest się samotnym z problemem. „Klan” to serial misyjny, przedstawia trudne sytuacje człowieka, rodziny, pokazuje przeciętność. A raczej nieprzeciętną przeciętność, bo nasze problemy nigdy nie są przeciętne. Są podobne do tego, co przeżywa serialowa Elżbieta czy inni bohaterowie.

Tego o niej nie wiecie:

Ludzie identyfikują się z serialowymi problemami?
Na początku „Klan” cieszył się ogromną popularnością i nie miał takiej konkurencji. Podchodzili do mnie zwykli ludzie, dziękowali, że rozwiązałam ich problem. Albo radzili mi, co powinna zrobić Elżbieta. Czasem pytali, dlaczego ona postąpiła tak, a nie inaczej. Uprzedzali, że Elżbieta będzie żałowała swoich decyzji. Ja, z racji uprawianego zawodu, patrzę na to z dystansem, bo wiem, jak wygląda praca nad serialem, ale gotowy materiał przypomina podglądanie życia rodziny przez dziurkę od klucza. Jeśli jest w miarę prawdziwie przedstawiony i zagrany, to może być przykładem, że za ścianą u Lubiczów czy Chojnickich jest tak, a u mnie trochę lepiej...

...albo gorzej.
Może to rodzaj psychodramy, ale można prościej: nie jestem sam z problemem.

Wspomniała pani o misyjności. Czasem pojawia się w „Klanie” taki dydaktyzm, że aż strach. Jak jest o odchudzaniu, to mówią o tym wszyscy, jak o HIV czy badaniach okresowych - podobnie. Czasem brzmi to sztucznie
To jest właśnie misja. W krótkim czasie trzeba opowiedzieć widzowi, jak sobie z czymś poradzić. Teraz jest wątek o wciągnięciu dziecka do sekty - przecież to zdarza się w życiu. Uświadamiamy ludziom, że jest taki problem, zagrożenie. Wiem, że można byłoby to pogłębić, ale nie każdy chce oglądać tylko o czymś takim. Zgoda, czasami jest za duże rozdrobnienie w wątkach. Czasem warto coś dogłębnie wyjaśnić, a nie porzucać tematu, ale przypominam - to nie my piszemy scenariusz.

Co roku Telewizja Polska zastanawia się, czy kontynuować „Klan”.
Patrzę na to ze spokojem. Po najdłuższym życiu „Klanu” coś sobie wymyślę.

Kiedyś Danuta Stenka powiedziała, że po pięćdziesiątce kobiety stają się przezroczyste, mężczyźni przestają zwracać na nie uwagę.
Dodam, że w ogóle kobiety po 50. mają gorzej. Chociaż możemy być atrakcyjne w każdym wieku. Świat jest okrutny wobec kobiet, spycha je na margines, to źle. Mówię o tym ze swojej perspektywy.

Dlaczego świat miałby się nie interesować kobietami 60-letnimi? Tym bardziej że społeczeństwo się starzeje. Potrzebujemy starszych reprezentantów, także w mediach. A proszę zauważyć, że wszystkie spikerki i prezenterki są młodymi kobietami.
To wszystko chyba się zmieni, będzie musiało się zmienić. Będą potrzebne również starsze osoby. Młodzież się angażuje, bo jest odważna. Musi wprowadzać ferment w zastały świat dojrzałych ludzi. Sama bardzo dużo uczę się od młodych, z którymi uwielbiam pracować i czerpać od nich wiedzę, bo to oni są źródłem nowoczesności.

* Spotkanie z Barbarą Bursztynowicz odbyło się w Bibliotece Miejskiej im. Jana Kasprowicza w Inowrocławiu

Roman Laudański

Nieustającą radością w pracy dziennikarskiej są spotkania z drugim człowiekiem i ciekawość świata, za którym coraz trudniej nam nadążyć. A o interesujących i intrygujących sprawach opowiadają mieszkańcy najmniejszych wsi i największych miast - słowem Czytelnicy "Gazety Pomorskiej"

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.