Artysta zwerbowany, czyli jakość donosicieli ważniejsza niż liczba [wideo]

Czytaj dalej
Fot. Szymon Starnawski
Katarzyna Kaczorowska

Artysta zwerbowany, czyli jakość donosicieli ważniejsza niż liczba [wideo]

Katarzyna Kaczorowska

W początkach lat 60. XX wieku Służba Bezpieczeństwa odkryła, że nie ma agentury w środowiskach twórczych. Zaczęto werbować aktorów, pisarzy, malarzy. Dlaczego godzili się na współpracę? Czasem to był szantaż, ale najczęściej zawiści o czyjś talent i dobrze zapowiadającą się karierę.

W 1968 roku Henryk Worcell został prezesem wrocławskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Na trzy lata. Od czterech lat był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie Konar, zwerbowanym, bo po pierwsze miał dobrą pozycję w środowisku literatów, a po drugie fatalną sytuację materialną i czworo dzieci na utrzymaniu. Worcell początkowo w swoich donosach pisał o lojalności kolegów po piórze wobec nowego ustroju, ale sytuacja zmieniła się, kiedy zorientował się, że środowisko, w którym się obraca, ma przed nim tajemnice.

Jako prezes wrocławskiego oddziału ZLP informował SB o przyznawanych stypendiach, kto stara się o wyjazd zagraniczny, często też te starania negatywnie komentował. Szczególnie irytowali go poeci Janusz Styczeń i Rafał Wojaczek z Koła Młodych przy ZLP. O tym drugim donosił: „Ten uzdolniony poeta zachowuje się zupełnie po chuligańsku, jest notorycznym pijakiem i po pijanemu kaleczy ludzi rzucając w nich szklankami lub popielniczkami (…)”. I apelował, by władze wreszcie znalazły sposób „ukrócenia samowoli tego niebezpiecznego faceta”. Dwa miesiące później tej samowoli nikt nie musiał ukrócać - Wojaczek popełnił samobójstwo.

SB nie potrzebowała wielu ludzi do współpracy. Ważniejsze było to, jakie informacje dostarczają.

O zakończeniu współpracy - w 1973 roku - zdecydowała bezpieka. Nie był już potrzebny, bo apogeum wykorzystania przypadło w 1968 roku, kiedy w lutym, na krótko przed wydarzeniami marcowymi, na nadzwyczajnym posiedzeniu ZLP przyjęto rezolucję Andrzeja Kijowskiego, w której potępiono politykę kulturalną w PRL, żądano zniesienia cenzury i przywrócenia swobody twórczej. SB szczególnie interesował XI Zjazd Pisarzy Ziem Zachodnich i Północnych, który odbył się w czerwcu w Katowicach, a na którym wystąpienia mieli m.in. Wojciech Żukrowski, Stanisław Grochowiak, a Wilhelm Szewczyk oskarżył polskich artystów i naukowców, że swoją postawą i kontaktami „służą niemieckim reakcjonistom z NRF”.

Wojciech hr. Dzieduszycki został wytypowany na tajnego współpracownika, bo znał świetnie środowisko przedwojennego ziemiaństwa i arystokracji oraz artystyczny światek. W ciągu 23 lat współpracy dwa razy próbował wyrwać się z matni. Bez skutku. UB raz zawiesiło kontakty z nim na pół roku, ale kiedy sugestie Dzieduszyckiego, że został zdekonspirowany, nie potwierdziły się, wrócono do rutynowych spotkań.

Pisał o wszystkim. O problemach Zygmunta Huebnera i Kazimierza Wiłkomirskiego, o wzajemnie zwalczających się frakcjach w środowisku artystycznym, o ucieczce bratanicy do Szwecji i nawiązaniu przez nią współpracy z Radiem Wolna Europa, o środowisku wrocławskich homoseksualistów i że wybitny mim Marcel Marceau przyjechał do Wrocławia ratować Teatr Pantomimy właśnie z powodu orientacji seksualnej. Wykonał też zadanie wyznaczone mu przez oficera prowadzącego z SB i zrobił charakterystyki ludzi związanych z Radiem Wolna Europa w czasie pobytu w Londynie w drugiej połowie lat 60. O Janie Nowaku-Jeziorańskim pisał jako o człowieku dużej kultury osobistej.

W doniesieniu agenturalnym z 28 lipca 1952 Dzieduszycki pisał: „Po przedstawieniu „Człowieka z karabinem w Warszawie” w dniu 22 lipca 1952 roku prezydent Bierut przysłał dla zespołu teatru kosz róż i wielką bombonierę czekoladek. Aktor Szukalski w garderobie centralnej, w obecności aktorów, m.in. Szymona Szurmieja i Chomickiego, zaczął ordynarnie wymyślać, że prezydent wykręcił się sianem i zamiast przysłać coś porządnego, przysłał jakieś dziadowskie cukierki. „Też się postawił” wołał Żukowski. Aktorzy byli zaskoczeni taką postawą Żukowskiego, zwłaszcza że gra on rolę Lenina oraz otrzymał nagrodę państwową.

O Wojciechu Dzieduszyckim, który jako TW używał pseudonimów „Jeden” i „Turgieniew”, koledzy donoszący na niego w latach 60. pisali do SB, że we wrocławskim ośrodku Telewizji Polskiej mówi się „hrabia w tajnej służbie”. Uczulony na antysemityzm, nigdy nie wziął pieniędzy za raporty.

Współpracę z nim rozwiązano w 1972 roku.

Henryk Tomaszewski, legendarny tancerz, twórca Teatru Pantomimy we Wrocławiu, SB donosił na swojego równie sławnego kolegę - Marcela Marceau, którego SB podejrzewała o to, że jest współpracownikiem francuskiego wywiadu. Skąd się wzięły te podejrzenia? Otóż legendarny dzisiaj mim regularnie zapraszał polski zespół do Paryża i najwyraźniej polskie służby uznały, że nie może tego robić bezinteresownie.

Tomaszewski współpracował z SB w latach 1960-66, początkowo jako kontakt poufny, potem jako tajny współpracownik, którym formalnie był tylko rok. Dokładnie w tym samym czasie donosy pisano też na Tomaszewskiego - jednym z ich autorów był TW „Zawisza”, członek zespołu pantomimy.

Dlaczego SB ostatecznie zdecydowała, że wykorzystywanie twórcy Teatru Pantomimy jako donosiciela nie ma sensu? Uznano, że homoseksualizm nie daje gwarancji wiarygodności TW „Henryka”.

W 2007 roku dziennikarze nieistniejącego już „Dziennika” ujawnili, że SB próbowała zwerbować Piotra Fronczewskiego, złapanego na jeździe samochodem po pijanemu. Aktor podpadł tajnym służbom w 1977 roku, kiedy podpisał „Petycję 175”, w której znani artyści i naukowcy zaprotestowali przeciwko represjom stosowanym przez władzę wobec robotników z Radomia i Ursusa.

Fronczewskiemu założono podsłuch, nałożono na niego zakaz wydawania paszportu do krajów kapitalistycznych - obowiązujący do 1979 roku - i zbierano donosy od jego kolegów z teatru. Jednym z nich był Maciej Damięcki, zwerbowany do współpracy z SB w 1973 roku - zatrzymano go do kontroli, kiedy prowadził po pijanemu trabanta. Postraszony odebraniem prawa jazdy, podpisał zobowiązanie do współpracy. Dokładnie tak samo, tyle że 10 lat później, próbowano zwerbować Fronczewskiego, którego patrol milicji zatrzymał w Warszawie na ulicy Wilczej w środku dnia w styczniu 1983 r - badanie krwi wykazało, że miał 1,1 promila we krwi.

Informacja o tym, że znany aktor jechał w centrum Warszawy po pijaku, szybko trafiła z drogówki na biurko oficerów bezpieki. Fronczewskiego, któremu odebrano prawo jazdy, miał zwerbować Zbigniew Grabowski, oficer prowadzący Macieja Damięckiego. Zaprosił aktora do kawiarni „Pod Kurantem”. Według notatki sporządzonej po spotkaniu, a odnalezionej w 2007 roku w Instytucie Pamięci Narodowej, Grabowski, gdy usłyszał, że jego rozmówca żali się, że stracił prawo jazdy, obiecał mu, że „zobaczy, co da się zrobić”. I złożył od razu Fronczewskiemu propozycję współpracy. „Odmówił, tłumacząc, że byłoby to niezgodne ze względu na swój charakter” - napisał w raporcie Grabowski. Piotr Fronczewski tamto spotkanie opisał dziennikarzom tak: „Odpowiedziałem mu: „Zbyszek, ni chu..., będę jeździł rowerem”.

Na drugim spotkaniu Grabowski oddał aktorowi prawo jazdy, licząc, że tym razem uda się go przekonać do lojalności wobec tajnej policji PRL-u. „Wytłumaczyłem, że to nagroda za umiar i rozsądną postawę w czasie stanu wojennego” - odnotował w raporcie, nie przewidując, że Fronczewski spali werbunek - z prawem jazdy w garści chodził po Warszawie i opowiadał, że SB chce z niego zrobić agenta. Nic dziwnego, że przełożeni Zbigniewa Grabowskiego byli wściekli, a naczelnicy wydziału III stołecznej SB pisali w wytycznych: „Decyzja o oddaniu prawa jazdy była nieprzemyślana. Następnym razem rozmówcy nie mogą nas tak wpuszczać w maliny”.

Oświadczenie napisane przez Tomasza Dedeka, aktora, który zadebiutował rolą Orła w „Godzinie W”, filmie Janusza Morgensterna o wybuchu powstania warszawskiego, było szokiem, kiedy w 2007 roku ujrzało światło dzienne. Dzisiaj jednak wydaje się modelowym wręcz wyjściem z sytuacji, która miała miejsce w latach 1977-1980. Dedek, dzisiaj znany przede wszystkim z roli męża Alutki, Jędruli w serialu „Rodzina zastępcza” (gra w nim zresztą z Piotrem Fronczewskim) przyznał, że przez trzy lata był świadomym współpracownikiem służb bezpieczeństwa PRL. „Jest prawdą, że brałem za tę działalność pieniądze. Jest to fakt dramatyczny i ciężar, który będzie obciążał moje sumienie do końca życia. Powyższy akapit zamyka najistotniejszą część mojego oświadczenia”.

Aktor nie krył, że współpracę rozpoczął w wieku lat dwudziestu, na pierwszym roku studiów w Akademii Teatralnej. Zwerbował go Zbigniew Grabowski - pracujący na odcinku aktorskim poprzez szantaż. „Wykorzystano skradzione mi kilka tygodni wcześniej dokumenty. Jako dwudziestolatek czułem się osaczony. Składanie raportów i współpracę zakończyłem w roku 1979. Była to moja decyzja. Raporty, które składałem, dotyczyły wyłącznie osoby Jerzego Gudejki. Jeszcze podczas studiów, w roku 1979 poinformowałem go o mojej działalności, powiadomiłem o zawartości moich raportów i postawiłem pod jego osąd moralny. Fakt ten można zweryfikować bezpośrednio u osoby pokrzywdzonego”.

Tomasz Dedek ujawnił, że wszystkim osobom, na które donosił, powiedział o tym - choć fakt współpracy ujawniał długo, bo od roku 1979 do 2007. „Nie podjąłem zarazem decyzji o zamieszczeniu publicznego oświadczenia, czy informacji medialnej na temat haniebnego epizodu z mojej przeszłości. Dzisiaj uważam to za błąd. Będąc osobą publiczną, powinienem był odsłonić swoją przeszłość wobec wszystkich, w których życiu zaistniałem poprzez kreowane postacie. Także za to, wszystkich, którym moje nazwisko kojarzy się przede wszystkim z filmem i sceną - przepraszam”.

Tomasz Dedek w 2007 roku wydał oświadczenie, w którym przyznał się do współpracy z SB i przeprosił tych, na których donosił, oraz widzów.
Piotr Smoliński Jerzy Zelnik - aktor poparł Andrzeja Dudę. Współpracował z SB w połowie lat 60.

Kiedy niedawno „Gazeta Wyborcza” ujawniła, że tajnym współpracownikiem SB - w latach 1963-1965 - był Jerzy Zelnik, nie wybuchł skandal lustracyjny, a polityczny. Aktor był zaangażowany w kampanię prezydencką Andrzeja Dudy, gra w filmie Antoniego Krauzego „Smoleńsk” - o katastrofie rządowego tupolewa, w której zginął m.in. prezydent Lech Kaczyński. Jego teczka tajnego współpracownika o pseudonimie Jaracz została znaleziona w zbiorze zastrzeżonym. Dlaczego była właśnie tam, skoro to zaledwie 35 kart?

„W celu zachowania konspiracji oraz zapobieżenia możliwości skontaktowania się z innymi osobami przechodzącymi w sprawie przedstawiłem się jako reżyser, który chce go zaangażować do filmu reklamowego. Zelnik nie orientując się w podstępie, przyszedł na spotkanie, gdzie na wstępie wyjaśniłem mu, kim jestem i z jakiego powodu chcę z nim rozmawiać” - raportował Janusz Wielgo, oficer Wydziału II Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych.

19-letniemu studentowi szkoły aktorskiej oficer Służby Bezpieczeństwa przedstawił się jako funkcjonariusz kontrwywiadu. Dwa lata później Jerzy Zelnik, na zasadzie dobrowolności, podpisał zobowiązanie do współpracy, ale jak wynika z materiałów odnalezionych w tzw. zetce, nie ma w archiwach jego donosów, a pod koniec okresu współpracy Januszowi Wielgo opowiadał głównie o swojej roli w filmie Jerzego Kawalerowicza „Faraon”.

Dr Sebastian Ligarski, historyk, który jest koordynatorem projektu badawczego Instytutu Pamięci Narodowej „Władze PRL wobec środowisk twórczych, dziennikarskich i naukowych” i ujawnił współpracę z bezpieką m.in. Henryka Tomaszewskiego, nie kryje, że w przypadku Jerzego Zelnika czy Beaty Tyszkiewicz, która w latach 60. była kontaktem operacyjnym kontrwywiadu PRL, a której akta również znajdują się w zbiorze zastrzeżonym, ciekawsze od pytań o to, dlaczego te dokumenty znalazły się w tzw. zetce, jest pytanie, kto je tam ukrył.



- Bezpieka inwigilację środowisk artystycznych zaczęła na początku lat 60., kiedy zorientowała się, że nie ma w nich agentury, a jednocześnie w środowiskach tych narasta bunt przeciwko władzy - mówi dr Sebastian Ligarski i podkreśla, że nad liczbę przy werbunku przedkładano jakość. - Wystarczył jeden Henryk Worcell, żeby wiedzieć, co się dzieje w środowisku pisarzy na ziemiach zachodnich. To, co donosił, weryfikowano informacjami od kolejnych dwóch osób, ale naprawdę SB nie potrzebowała wielu ludzi do współpracy. Ważniejsze było to, jakie informacje dostarczają.

Projekt IPN-u, realizowany od momentu, kiedy na czele Instytutu stanął prof. Janusz Kurtyka, który zginął w katastrofie smoleńskiej, to w chwili obecnej 25 książek naukowych.

- Decyzja o współpracy z SB najczęściej w środowiskach twórczych i naukowych wynikała z zawiści i zazdrości o to, że kolega jest zdolniejszy, ma lepsze widoki na karierę. Pieniądze nie były wcale główną motywacją, choć niewątpliwie znaczenie miały na przykład tłumaczenia czy wyjazdy na plan za granicę, bo tam płacone były realne pieniądze - tłumaczy dr Sebastian Ligarski, dodając, że sytuacja zaczęła się zmieniać od połowy lat 70. - W latach 80. starano się neutralizować środowiska artystyczne. Nie straszono, ale przekonywano, że może krytyka władz nie musi być taka ostra, że przecież nie trzeba wydawać w drugim obiegu, bo to kojarzy się ze sprzeciwem wobec państwa i cenzury. Niewątpliwie zdawano sobie sprawę z oddziaływania tych środowisk i starano się tam, gdzie to było możliwe, wpływać poprzez nie na szerszą opinię publiczną - podkreśla Ligarski, który pytany, jakie niespodzianki czekają jeszcze na odkrycie w zbiorze zastrzeżonym Instytutu Pamięci Narodowej, po chwili zastanowienia odpowiada:

- Nie wiem. To wiedzą tylko ci, którzy przekazali akta tajnych współpracowników do zetki, bo uznali - przynajmniej oficjalnie - że ich ujawnienie zagraża bezpieczeństwu państwa. Przyznam, że nie wiem, w jaki sposób bezpieczeństwu państwa miałoby zagrażać ujawnienie współpracy z SB Jerzego Zelnika, współpracy, która trwała kilka lat, nie przyniosła jakichś spektakularnych efektów, a sam zainteresowany mówi, że wynikała z młodzieńczej naiwności, w dodatku jeszcze za nią przeprasza. W tym zbiorze mogą być same sensacje albo wiele drobiazgów. Po prostu musimy poczekać.

Autor: Katarzyna Kaczorowska

Katarzyna Kaczorowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.