Afera mieszkaniowa: Kulisy działalności byłego piłkarza Mariusza T., który został skazany na 12,5 roku więzienia. "Czuł się panem sytuacji"

Czytaj dalej
Fot. Lukasz Gdak
Łukasz Cieśla

Afera mieszkaniowa: Kulisy działalności byłego piłkarza Mariusza T., który został skazany na 12,5 roku więzienia. "Czuł się panem sytuacji"

Łukasz Cieśla

W sportowych kronikach Mariusz T. zapisał się jako napastnik poznańskiej Warty. W najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce zagrał w 19 spotkaniach, nie zdobył żadnej bramki. Znacznie większą „karierę” zrobił w policyjnych i prokuratorskich kartotekach. W 2011 roku został zatrzymany przez policję za oszustwa w aferze mieszkaniowej, w 2016 roku rozpoczął się proces, a we wtorek został skazany na 12,5 roku więzienia. Choć wyrok jest nieprawomocny, Mariusz T., z uwagi na wysokość zasądzonej kary, trafił za kratki prosto z sądowej sali. Za kratki trafiła już również skazana w tej samej sprawie poznańska notariusz Violetta D.

- Fajny, miły i lubiany chłopak, nasz wychowanek, ale żaden wybitny napastnik. Wchodził raczej z ławki, nie był pierwszoplanową postacią

– tak Mariusza T. jako piłkarza zapamiętał dawny działacz poznańskiej Warty.

Mariusz T. pierwszoplanową postacią stał się poza boiskiem. W wielkiej aferze gospodarczej nazwanej przez policję aferą mieszkaniową. Usłyszałem o nim po raz pierwszy w 2010 roku. Wtedy to poznańska adwokat opowiedziała mi o nietypowych pożyczkach i wyłudzeniu mieszkania na poznańskich Ratajach. Wskazany przez nią jako winowajca Mariusz T. zgodził się na spotkanie w swoim biurze niedaleko poznańskiej Cytadeli.

Nasz pierwszy tekst o działalności byłego piłkarza dotyczył „pożyczki” dla rodziny K. z poznańskich Rataj. Opowiadali nam, że mieli długi. Na ich spłatę chcieli pożyczyć pieniądze pod zastaw trzypokojowego mieszkania. Z taką świadomością, że pożyczają 40 tys. zł pod zastaw mieszkania, wychodzili ze spotkania z Mariuszem T. i „jego” notariuszem, panią Violettą D. Tyle, że z papierów wynikało już, że nie pożyczyli pieniędzy, lecz sprzedali mieszkanie i że dostali za to nie 40 tys. zł, a pięć razy więcej. Doradca powiedział im także, że mogą zostać w mieszkaniu, jeśli będą spłacać całą kwotę oraz czynsz za wynajem nieswojego już mieszkania.

Czytaj też Afera mieszkaniowa: nasz pierwszy tekst z 2010 roku o działalności doradcy Mariusza T.

Haczyk był oczywisty – koszty zobowiązań były znacznie wyższe niż suma rzeczywistej pożyczki. Prokuratura najpierw nie dopatrzyła się przestępstwa i umorzyła śledztwo. Bo była to sytuacja jeden do jednego. Wersja rodziny była sprzeczną z wersją Mariusza T. Na nic zdały się skargi rodziny, że w kancelarii notarialnej nie przeczytano im całości umowy, że ich oszukano.

Czytaj też Afera w spółdzielni mieszkaniowej Sielska: Mariusz T. został uznany przez prokuraturę za ofiarę działań byłego prezesa

Pani K. oraz jej córka na wyrok czekały długie lata. We wtorek przyszły do poznańskiego Sądu Okręgowego, by wysłuchać, co stanie się z Mariuszem T. i panią notariusz.

- Nogi się pode mną ugięły, jak usłyszałam, że idzie do więzienia na tyle lat. Obawiałam się, że cała ta sprawa się rozmyje i nic mu nie zrobią. Sędzia bardzo dobrze powiedział, że Mariusz T. miał nad nami przewagę i ją wykorzystał

– mówi Agata, córka państwa K., którzy przed laty wzięli pożyczkę u Mariusza T.

Rodzina pozostała w mieszkaniu, którego własność straciła po kontakcie z Mariuszem T.

- On sprzedał nasze mieszkanie innej osobie, jakiemuś „słupowi”, który próbował nas eksmitować, ale ten „słup” przegrał z nami sprawę o eksmisję. My z kolei nie odkręcaliśmy tej sprawy, tak nam poleciła nasza pani adwokat. Kazała czekać na zakończenie sprawy karnej. Teraz, skoro wyrok zapadł i uznano winę Mariusza T., będziemy działać – zapowiada córka państwa K.

Afera mieszkaniowa: doradca Mariusz T. od początku miał wątpliwości, czy działał zgodnie z prawem

Doradca Mariusz T. został skazany na 12,5 roku więzienia, bo takich rodzin, jak państwo K., było zdecydowanie więcej. Został zatrzymany w czerwcu 2011 roku, kilka miesięcy po naszym pierwszym artykule. Ostatecznie, w akcie oskarżenia z 2014 roku, prokurator Sebastian Domachowski postawił mu aż 151 zarzutów. Jeszcze więcej, bo aż 165 zarzutów, usłyszała współpracująca z nim notariusz Violetta D. Prokuratura przygotowała obszerny akt oskarżenia, w którym zebrała historie różnych rodzin i zwróciła uwagę na powtarzający się mechanizm „Pożyczki” były udzielane najczęściej ludziom niezamożnym, starszym, z długami, naiwnym, nie znającym procedur. Ale zdarzali się też cwaniacy, jak pewien wnuczek, który zastawił mieszkanie własnych dziadków, a za uzyskanie pieniądze pojechał na wakacje do Egiptu.

Czytaj też Afera mieszkaniowa: wnuczek Jakub C. sprzedał mieszkanie razem z dziadkami

W 2010 roku, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się z doradcą, był rozbrajająco szczery. Przyznawał, że sam do końca nie wie, czy wszystkie jego działania są zgodne z przepisami. Wiele ustaleń zawierał z klientami „na gębę”. Przyznał, że transakcji robi całkiem sporo. Jego wypowiedzi wskazywały, że tworzy pewnego rodzaju piramidę mieszkaniową. Niby pożyczał pod zastaw, ale tak naprawdę najczęściej przejmował własność mieszkań swoich klientów. Pod przejęte mieszkania zaciągano kredyty, by zdobyć pieniądze na nabywanie kolejnych mieszkań. Tym samym klient wpadał w jeszcze w większe bagno: oprócz wcześniejszych długów, miał nowy dług u Mariusza T. i jeszcze mieszkanie z zajętą przez bank hipoteką. Nic, tylko usiąść i płakać.

Potem, w rozmowach ze swoimi współpracownikowi, Mariusz T. żałował, że był tak wylewny w rozmowie z dziennikarzem, że chyba jednak za dużo powiedział. Te jego rozterki oraz wypowiedzi świadczące o tym, że wiedział, że akty notarialne są fikcją, wyszły na jaw dzięki podsłuchom i nagraniom. Mariusza T., oprócz policji, nagrywał również jego bliski współpracownik Jerzy M. Gdy afera zrobiła się głośna, Jerzy M. poszedł na współpracę ze śledczymi. Wyjaśnił, jak działała grupa oszustów, dał policji nagrania. Dzięki temu Jerzy M. uniknął odsiadki za oszustwa, w których brał udział. Dostał wyrok w zawieszeniu.

Mariusz T. do winy nigdy się nie przyznał. Od zawsze zaprzeczał, by kogokolwiek oszukał. Widział w sobie dobroczyńcę, który pomaga ludziom bez zdolności kredytowej. Bo przecież, jak przekonywał, nikogo nie wyrzucał z mieszkania, jeśli klient spłacał raty „pożyczek” i inne koszty.

Czytaj też Afera mieszkaniowa: Mariusz T. przedstawiał się jako specjalista od trudnych mieszkań

- Mariusz miał pomysł na biznes. Ale od początku brakowało mu kompetencji, wsparcia prawnego, wiedzy oraz pieniędzy, by samemu sfinansować pożyczki. Od początku stąpał po kruchym lodzie. No i się wyłożył

– opowiada nam jego znajomy.

Afera mieszkaniowa: Mariusz T. liczył się ze skazaniem, ale nie za oszustwa lecz za lichwę

W 2014 roku, co zdarza się rzadko, prokuratura zwołała specjalną konferencję prasową, by poinformować opinię publiczną o wynikach zakończonego śledztwa w sprawie Mariusza T. Aktem oskarżenia objęto 40 osób, doliczono się 249 pokrzywdzonych, choć tak naprawdę było ich znacznie więcej. Ofiarami „szybkich pożyczek” Mariusza T. i jego grupy stały się bowiem cały rodziny, które na mocy aktów notarialnych traciły własność mieszkania. Straty, jak wyliczała prokuratura, wyniosły 44 mln zł.

Czytaj też Afera mieszkaniowa: Prokuratura Okręgowa w Poznaniu przedstawia szczegóły aktu oskarżenia

Głównymi oskarżonymi byli Mariusz T. i notariusz Violetta D., skazana we wtorek aż na 14 lat więzienia. Oskarżeni zostali także inni poznańscy doradcy finansowy współpracujący z Mariuszem T., pośrednicy, naganiacze oraz „słupy”, na których wpisywano własność przejętych mieszkań. Część z tych osób również ma trafić do więzienia, część dostała kary w zawieszeniu. Mariusz T. był urażony, gdy pytaliśmy o rolę „słupów” w prowadzonym przez niego procederze. Przekonywał, że nie ma „słupów” lecz inwestorów. Tyle, że tymi inwestorom, aby dostali kredyt, trzeba było wystawiać fikcyjne zaświadczenie o zatrudnieniu, o zarobkach i tym samym fikcyjną zdolność kredytową.

Z rozmów z osobami z otoczenia Mariusza T. wiemy, że choć publicznie deklarował swoją niewinność, liczył się ze skazaniem, ale nie aż na 12,5 roku więzienia, lecz najwyżej na 4,5. I nie za oszustwa, ale za lichwę, czyli za pożyczki na zbyt wysoki procent. Mariusz T. od lat utrzymuje bowiem, że nikogo nie chciał oszukać. Przecież oddałby mieszkanie, gdyby klient wszystko spłacił, czyli „pożyczkę” i horrendalne odsetki, które sobie naliczał. Kwota odsetek, procentów, prowizji była ustalana przez „pana dobroczyńcę”. I była wysoka. Tym bardziej, że poszczególne mieszkania przechodziły często przez kolejne ręce, przez kolejnych pośredników.

Proces przeciwko Mariuszowi T. zakończył się we wtorek w poznańskim Sądzie Okręgowym. Wydany na niego wyrok, 12,5 lat więzienia, jest nieprawomocny. Sędzia Antoni Łuczak zdecydował, że Mariusz T. od razu trafi do aresztu, właśnie w związku z wysoką karą. Oczywiście jego obrońca może złożyć zażalenie na areszt, ale decyzja była natychmiast wykonalna. Policjanci zakuli byłego piłkarza w kajdanki. Mariusz T. był na to przygotowany. Wcześniej na salę rozpraw wniósł torbę sportową z rzeczami osobistymi.

Notariusz Violetta D. skazana na 14 lat więzienia. W czwartek, 23 lipca sama zgłosiła się na komisariat i trafiła już do aresztu

Skazanej na 14 lat więzienia notariusz Violetty D. nie było podczas ogłoszenia wyroku. Sąd również ją polecił aresztować do czasu rozprawy odwoławczej. Pani notariusz jest już w areszcie. W czwartek rano, dwa dni po rozprawie, sama zgłosiła się na komisariat.

Czytaj też Inny poznański notariusz, Wojciech C., również trafił za kratki za współpracę z grupami oszukującymi ludzi

Ale ich skazanie, podobnie jak pozostałych osób, nie jest prawomocne. Sprawa na pewno trafi do drugiej instancji, czyli do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. Adwokat Łukasz Mieloch, obrońca Mariusza T., przekonuje, że jego klient miał ograniczone prawo do obrony. Chodzi o to, że sędzia Antoni Łuczak kilka tygodni temu niespodziewanie dla stron zamknął przewód sądowy.

- W mojej ocenie sąd ograniczył mojemu klientowi prawo do obrony, niespodziewanie zamykając przewód sądowy, a przecież mój klient już na początku procesu zapowiedział, że będzie chciał złożyć obszerne wyjaśnienia po przesłuchaniu wszystkich pokrzywdzonych. Chciał ustosunkować się do zarzutów oraz odpowiadać na pytania innych obrońców oraz pełnomocników osób pokrzywdzonych. Ale sąd nie dał mu tej możliwości. Owszem, Mariusz T. mógł wygłosić mowę końcową, jednak nie jest ona protokołowana, nie stanowi dowodu w procesie. Z kolei ja jako jego obrońca dostałem tydzień na przygotowanie się do mowy końcowej w tak obszernej sprawie, ale jednocześnie z przyczyn technicznych nie udostępniono mi akt sprawy pomimo złożonego wniosku

– mówi adw. Łukasz Mieloch.

Dodaje, że zaplanowanych było jeszcze wiele rozpraw, aż do jesieni, kiedy to mieli zostać przesłuchani kolejni świadkowie.

- Nie przesłuchano całej rzeszy świadków. Niektórzy nie przychodzili mimo wezwań, ale pojawili się za to na ogłoszeniu wyroku. Bezpośrednie ich przesłuchanie przed sądem było o tyle istotne, że część z nich składało różne, wzajemnie sprzeczne zeznania na poszczególnych etapach sprawy. Inni co innego mówili policji, a co innego w postępowaniach cywilnych w sprawach o uzgodnienie treści księgi wieczystej. Tych niejasności nie wyjaśniono. Zeznań w procesie nie złożyła między innymi Monika Błoch, która wcześniej stanęła na czele stowarzyszenia osób poszkodowanych. Nie przyszła na wezwanie, a przecież sąd miał szereg prerogatyw, by doprowadzić tych nieobecnych świadków, zeznających w śledztwie – wskazuje adw. Łukasz Mieloch.

Mariusz T. do winy się nie przyznaje.

- Przypadki wielu klientów, którym oddał nieruchomości, świadczą o tym, że jeśli jakaś rodzina spłacała pożyczkę, odzyskiwała nieruchomość, co znalazło wyraz w umorzonych śledztwach. Oczywiście można się zastanawiać nad konstrukcją prawną umów, jakie Mariusz T. zawierał z klientami, która mogła być wadliwa w ujęciu cywilistycznym, nad procentami, których się domagał, ale to nie znaczy, że kogoś oszukał, wprowadził w błąd i ostatecznie wypełnił znamiona zarzucanych jemu czynów – dodaje adw. Łukasz Mieloch.

Adwokat pokrzywdzonych: Mariusz T. sądził, że jest panem procesu ws. afery mieszkaniowej

Z wydanego wyroku cieszą się pokrzywdzeni, a adwokat Tomasz Terpiński, które reprezentuje część rodzin, zwraca uwagę, że sędzia Antoni Łuczak miał pełne prawo zakończyć proces właśnie teraz.

- Sprawa trafi do Sądu Apelacyjnego. Jeśli on uzna, że są braki w materiale dowodowym, na mocy przepisów sam będzie mógł te dowody przeprowadzić. Zakładam, że wydany wyrok nie zostanie uchylony – podkreśla adw. Tomasz Terpiński. - Ponadto Mariusz T. miał kilka lat na złożenie wyjaśnień w tym procesie. Owszem, nie stosował jawnej obstrukcji, ale swoją postawą demonstrował przekonanie, że jest panem tego procesu i ma wszystko pod kontrolą. Przedstawiał się jako łaskawca tych pokrzywdzonych osób i jednocześnie dyskredytował ich wiarygodność i poczucie krzywdy. Sądził, że sprawa potrwa z 10-15 lat, że zostaną powołani biegli, a on na koniec wstanie i zacznie odnosić się do każdej historii, do każdego mieszkania. Sędzia Antoni Łuczak dobrze wychwycił tę jego postawę i wskazał, że od 2016 roku był czas na składanie wyjaśnień w procesie. Sędzia nie miał też obowiązku przeprowadzać każdego dowodu. Uznał, że zebrane dowody są dla niego wystarczające do wydania wyroku. Dobrze, że ten wyrok w końcu zapadł, bo trzeba brać pod uwagę również względy humanitarne. Część pokrzywdzonych zmarła, inni są w podeszłym wieku. Sprawiedliwość powinna więc nadejść szybko, a nie za wiele lat, gdy sporej grupy osób może już nie być wśród nas

– dodaje.

Wciąż otwartą kwestią pozostaje los wielu rodzin, pokrzywdzonych w aferze mieszkaniowej. Adw. Terpiński wystąpił do sądów cywilnych w sprawach kilkunastu rodzin.

- Siedem spraw zostało wygranych przez osoby, które utraciły nieruchomości, dwie przegrane, kolejne dwie są w toku, a cztery zawieszone. Oczywiście nie reprezentuję wszystkich osób. Wiem jednak, że część rodzin w ogóle nie podjęła żadnych kroków, by na drodze cywilnej odzyskać własność nieruchomości – wskazuje adw. Tomasz Terpiński.

Czytaj też Poznańska prokuratura pomogła niektórym rodzinom w odzyskaniu nieruchomości utraconych w aferze mieszkaniowej

Na to, że pokrzywdzeni powinni zająć się uregulowaniem spraw własnościowych, zwrócił już uwagę sędzia Antoni Łuczak. Sąd, w procesie karnym, nie załatwi wszystkich przypadków.

Wiadomo, że mieszkania straciło kilkaset osób. Nikt nie oszacował, ile rodzin nadal nie ma wyjaśnionej sytuacji z księgą wieczystą. Jak powiedział nam jeden z prawników, afera mieszkaniowa doprowadziła do olbrzymiego bałaganu prawnego. Zostanie on opanowany tylko wtedy, jeśli rodziny, które utraciły mieszkania, również wykażą się inicjatywą. Zakończone sprawy cywilne, o uregulowanie zapisów księgi wieczystej z rzeczywistym stanem prawnym trwały zazwyczaj do dwóch lat. Obecny wyrok skazujący doradcę i panią notariusz - za zdecydowaną większość zarzucanych im czynów - powinien pomóc pozostałym ofiarom w dochodzeniu sprawiedliwości.

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Łukasz Cieśla

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.pomorska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.